Szukaj

Południk 21 - trailer

Świat w oczach specjalistów

 

Zapewne większość z nas, którzy – skierowani przez pracodawcę – uczestniczyli w szkoleniach BHP doznało takiej, niemiłej, iluminacji, że z punktu widzenia wykładowców bezpieczeństwa i higieny pracy świat w zasadzie składa się z permanentnych lub potencjalnych wypadków i katastrof, a ich chwilowy brak jest jedynie dziwaczną anomalią.

Okazuje się, że specjalistyczne spojrzenie na literaturę, tym razem fachowców z innej dziedziny, może doprowadzić do bardzo intrygujących wniosków interpretacyjnych.

Ale najpierw dwa zdania wstępu. Moja najmłodsza córka wzięła udział w przyrodniczym konkursie fotograficznym zorganizowanym przez Lasy Państwowe. Wysłana przez nią fotografia została jakoś tam dostrzeżona i dziecko otrzymało upominek w postaci eleganckiej broszury pod tytułem „O ścinaniu drzew” (sic!). Autorem tekstów zawartych w tym zeszycie jest Edward Marszałek, a recenzował je (jak rozumiem – wewnętrznie, na potrzeby wydawnictwa) Wojciech Gil. Przy okazji dowiedziałem się, że ta publikacja to jakaś część całej serii edycyjnej przedsiębiorstwa Lasy Państwowe, gdyż, jak byk, stoi napisane w stopce redakcyjnej, że za koncepcję serii, jak napisano, odpowiada Hanna Będkowska.

Zapewne nie są to znane nazwiska, być może jedynie poza środowiskiem leśników. Nieważne. Konkurs, w którym wzięła udział moja córka, dotyczył kontaktu (można by domniemywać, że empatycznego) człowieka z przyrodą. Nagrodą natomiast jest publikacja promująca wycinkę drzew. Ciekawe. Publikacja przekonuje, że ścinanie drzew jest ekologiczne i potrzebne, ważne dla gospodarki narodowej itd. Ma ona walor – przynajmniej w założeniu twórców – wyraźnie edukacyjny. Wpisuje się zatem w ogólniejszą koncepcję, zakładającą np. , że dbałością o dobrostan zwierzyny jest jej odstrzał.

Tu zapala się lampka ostrzegawcza. Jeśli taka byłaby filozofia i jednocześnie logika myślenia o trwałości przyrody (wyrąb drzew oraz odstrzał jako działania opiekuńcze wobec tychże), to aż prosi się o twórcze rozwinięcie. Kto więc powinien kierować państwową agencją przeciwstawiającą się rozwojowi alkoholizmu – dyplomowani alkoholicy oczywiście. A kto Ministerstwem Zdrowia – najlepiej ludowi uzdrowiciele. I tak dalej.

Edward Marszałek uznał także, że swą perswazję w nakłanianiu dzieci i młodzieży do uznania wycinki drzew za przejaw dbałości o stan zasobów leśnych w Polsce należy wzbogacić o przykłady z kręgu literatury pięknej. Efekt: proszę uprzejmie.

O „Siekierazadzie” moja córka przeczyta (w rozdziale „Drwale w literaturze polskiej”): „Kultowa powieść Edwarda Stachury była wielką pochwałą siekiery”. Przypomina mi to stylistykę wykładów pewnego oficera Ludowego Wojska Polskiego, który nam, studentom Polonistyki, enuncjował w połowie lat 80. XX wieku prostą prawdę, dotyczącą rozwoju lotnictwa: „Już od czasów Hannibala ludzie chcieli latać”.

Czytałem powieść Stachury i dalibóg do głowy by mi nie wpadło, że jest ona „wielką pochwałą siekiery”. Edward Marszałek ujawnia się jako oryginalny i prekursorski jednocześnie interpretator polskiej literatury. Dalej: o sztuce Stanisława Tyma pod tytułem „Rozmowy przy wycinaniu lasu” ma do powiedzenia tyle, że jest to „ przewrotna i gorzka zarazem opowieść o drwalach, których świat zaczyna się i kończy na zrębie, a wszystko, co istotne w życiu krąży wokół siekiery”. Brawo!

Już czekam, aż moje dziecko poprosi, bym kupił mu fachową siekierkę, a gdy będzie dorosła – zasponsorował nabycie sztucera, z którym, odstrzeliwując zające, sarny, dziki, wilki i jelenie zadba troskliwie o polską przyrodę.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 07-11-2016  |   komentarze: (0)

Sny słodkie jak chuj

 


Sny słodkie jak chuj . Dwa słowa o formule poetyckich zabiegów Marcina Barana

Sny słodkie jak chuj
Jakieś nieznane mieszkanie, skrzypiąca
podłoga z desek, oszklona weranda,
zaraz potem podwórka wymoszczone skwarem.
Który to brzeg Wisły? Za chwilę
wybuchnie powstanie, a ja czuję, że jeśli
jestem na lewym brzegu, to niedługo
zginę. Więc Praga, czy, dajmy na to,
Środmieście? Za oknem stoi dziewczyna
z ustami pełnymi spermy.
Sprężyste nici krochmalu ciekną jej
po brodzie. Uśmiech się idiotycznie,
z czego zadowolona? Siedzę naprzeciw siebie
i jestem łysy jak pewien młody polityk,
który zaszedł daleko – nad czołem nic,
na czubku nic i nic na potylicy.
Tylko po bokach bokowłosy. Jestem
niezadowolony. I jeszcze gdzieś zniknęła
lewa połowa mojej dolnej szczęki.
No ładnie, do czego to wszystko zmierza?
Pewnie mogłoby to trwać dłużej, ale
eksploduję, cokolwiek to znaczy i
budzę się. Przede wszystkim po to, żeby nie
chrapać. To powód zasadniczy. Natury
estetycznej. Ale nie jedyny. Mogłoby się
wydawać, że nie lubię jawy. Nieprawda,
kocham ją i szanuję. Tylko że ostatnio,
a właściwie zawsze, niezbyt mi z nią idzie.

Wiersz ten rozpoczyna część poetycką „Zabiegów miłosnych” (następującą po dwóch prozach poetycko – monologowych o ewidentnie refleksyjno – zwierzeniowym charakterze) , zatytułowaną 27 wariacji sentymentalnych i sennych (s.23 – 51). Tomik zamyka „Koda”, zawierająca tylko jeden tekst poetycki - Biedny chrześcijanin traci wyczucie proporcji i zwraca się bezpośrednio do Boga w sprawie raczej błahej (s.55) – z pewnością jeden z najbardziej znanych wierszy z całej twórczości poety.

W rozlicznych, dość przychylnych zresztą, głosach krytycznych omawiających tom wierszy Marcina Barana daje się odnaleźć i taki trop myślowy, który widzi w całym tomiku swoisty poemat miłosny, rozpisany na głosy. Rzeczywiście, tendencja do takiej organizacji książek poetyckich, by stanowiły one rodzaj całości, a poszczególne wiersze układały się na kształt poematu jest w dorobku autora Sprzecznych fragmentów wyraźnie widoczna . Chciałbym zatem potraktować cytowany utwór jako swoisty wstęp do metody twórczej, choć mam świadomość, że oczywiście i inne utwory poety mogłyby się do tej roli nadawać.

Wulgarność kolokwialnego frazeologizmu w tytule wiersza („Sny słodkie jak chuj”) zostaje natychmiast zneutralizowana przez odautorski przypis („bardzo słodkie sny”), co zdaje się obracać rzecz całą w żart i zamiast ewentualnego oburzenia budzi raczej uśmiech sympatii. Założony, zapewne, przez autora efekt zostaje tym samym osiągnięty – zaintrygowanie odbiorcy każe mu dalej czytać i to czytać z uznaniem dla błyskotliwości twórcy.

W wierszu pojawi się jednak jeszcze jeden, dość brutalny w swym weryzmie obraz: „(…) Za oknem stoi dziewczyna/z ustami pełnymi spermy./Sprężyste nici krochmalu ciekną jej/po brodzie.(…)”. Tłumaczy go tym razem oniryczna poetyka całej lirycznej wizji. Zmieszane wszak zostały czasy i miejsca: mieszkanie (a może raczej samodzielny dom, skoro pojawia się też oszklona weranda?) w przeddzień wybuchu powstania warszawskiego. Bohater zaś ewidentnie – choć jest obecny w tamtej rzeczywistości – dysponuje wiedzą człowieka współczesnego. Zdaje sobie sprawę, że to ostatni moment przed godziną „W” i rozważa czy mieszkanie (dom?) znajduje się na praskim czy lewym brzegu Wisły (tego nie jest pewien, ale zdaje się jak gdyby zarządzać biegiem snu – znana to sytuacja, kiedy śnimy, ale jednocześnie mamy, czasami niepełną, kontrolę nad biegiem snu, a co więcej świadomość, że to, co jest naszym udziałem nie jest naprawdę doświadczeniem życiowym, tylko właśnie kształtem nocnego marzenia). Świadczy o tym całkiem racjonalna uwaga, że ocalenie w mającym właśnie wybuchnąć powstaniu poniekąd zależy od miejsca, w którym się znajduje: jeśli na lewym brzegu, który będzie areną walk – to są one niewielkie („jeśli /jestem na lewym brzegu, to niedługo/zginę.”). Kwestia ta nie zostaje jednakże rozstrzygnięta („Więc Praga, czy, dajmy na to/Śródmieście?”).

Mamy też – również często spotykane w onirycznych wizjach – rozdwojenie obecności i widzenia podmiotu obserwującego świat. Dziewczyna ze spermą w ustach stoi, jak czytamy, „ za oknem” (a więc bohater zdaje się obserwować ją z zewnątrz – z ulicy, trotuaru, z zaułka?), ale jednocześnie czytamy, że „siedzę naprzeciwko siebie” (jakby było ich dwóch, „jeden” być może więc przebywa z rzeczoną dziewczyną we wnętrzu, a „drugi” obserwuje siebie samego z innej perspektywy?). Czy więc akt seksu oralnego, który miał miejsce wcześniej, a teraz jedynie dane jest nam zobaczyć jego finał (spermę w ustach dziewczyny) był udziałem lirycznego narratora czy też raczej nie? Ale też nikogo innego nie ma w polu sennego widzenia. Czyżby więc to sam bohater liryczny – we śnie – obserwował siebie (i anonimową dziewczynę, która na dodatek nie budzi w nim zbyt czułych uczuć, skoro opisuje ją jako idiotycznie uśmiechniętą i nie wiadomo z czego zadowoloną? Moglibyśmy odpowiedzieć wszakże, że z udanego seksu chociażby) czy też mamy tu do czynienia z przypadkiem fantasmagoryjnego
uczestnika wydarzeń obecnego w przedstawianym świecie i jednocześnie będącego poza nim?

„Akcja” wierszowego snu toczy się w przeszłości (ostatnie dni upalnego lipca 1944 roku w Warszawie?), ale jednocześnie wkracza w nią współczesność. Z niej pochodzi świadomość i wiedza bohatera , co już wiemy, ale też z niej wywodzi się inne aluzyjne nawiązanie. Bohater mówiący zatem zdaje się – z wyglądu – przypominać (w tej wizji przynajmniej) „pewnego młodego polityka. Który zaszedł daleko”, a który charakteryzuje się specyficzną fryzurą: „nad czołem nic,/na czubku nic i nic na potylicy./Tylko po bokach bokowłosy .” Wiele wskazuje, biorąc pod uwagę nasuwające się konteksty, że to lekko ironiczny portret Jana Rokity (niemalże rówieśnika poety), który w połowie lat 90 XX był prominentnym (a z Krakowa wywodzącym się, co istotne, bo i Marcin Baran uchodzi za człowieka mocno wrosłego w tamte środowisko miejskie) politykiem krajowym.

Bohater mówiący stwierdza jednocześnie, że „gdzieś zniknęła/lewa połowa mojej dolnej szczęki.” To oczywiście typowy absurd widzenia sennego, ale czy aby nie również sugestia rozpadu ciała? Byłby więc pół – trupem lub trupem w rozkładzie, podobnym, jak czytamy w tekstach średniowiecznych, do inkarnacji samej śmierci? Byłby więc kimś, kto z jednej strony obawia się śmierci (w mającym nastąpić Powstaniu – tak widzi siebie we śnie), z drugiej już jest umarłym, który relacjonuje nam wydarzenia jakby spoza opisywanego świata.

Wszystko to jednak może być również onirycznym koszmarem, zwłaszcza w drugiej fazie wizji, więc następuje nagłe przebudzenie („(…)ale/eksploduję, cokolwiek to znaczy i/budzę się”). Niemniej jednak bohater tłumaczy je przyczynami estetycznymi (obudzić się, aby nie chrapać – znamy chyba wszyscy to żenujące doznanie, gdy usnęliśmy wśród ludzi – np. w pociągu – i wybudza nas nagle własne chrapanie…). Czy to jednak aby nie rodzaj asekuracji - jakby tłumaczenie się z ucieczki od stającego się coraz bardziej traumatycznym snu?

W wierszu następuje wtedy zwrot ku refleksji, że koncentracja na opisie śnienia jest wyrazem negatywnego stosunku bohatera do jawy, więc przykładem klasycznej ucieczki w marzenie senne. I znów następuje znana nam już neutralizacja tego twierdzenia: „Nieprawda. Kocham ją i szanuję.” [jawę], co sugerowałoby afirmującą postawę bohatera wobec doświadczanej rzeczywistości. Tyle tylko, że owo wyznanie brzmi niepokojąco podobnie do ironicznych słów wyśpiewywanych przez Muńka Staszczyka w znanej piosence „To wychowanie” zespołu T. Love: „Ojczyznę kochać trzeba i szanować/Nie deptać flagi i nie pluć na godło/Należy też w coś wierzyć i ufać/Ojczyznę kochać i nie pluć na godło”. Znów więc mielibyśmy do czynienia z niejednoznacznością…

Ostatnie zdanie wiersza (zawarte w końcowych dwóch wersach utworu) przynosi tymczasem zadziwiająco prostoduszne i poniekąd sentymentalne wyznanie („Tyle że ostatnio,/a właściwie zawsze, niezbyt mi z nią [jawą, rzeczywistością – przyp. JK] idzie.”]. Ciekawe, że mimo to Karol Maliszewski uznał w recenzji tomiku, iż jest on właśnie rozprawą z sentymentalizmem („książka w pewnym sensie demaskatorska, zdzierająca zasłonę złudzeń z obrazu „wielkiej miłości” – pokazanej tutaj jako mechaniczna realizacja odwiecznego, banalnego stereotypu”).

A wszak zakończenie wiersza brzmi jak powstrzymująca się od egzaltacji skarga na cierpienie. Sny, a wiele ich jeszcze, ujętych w rygor wierszy, pojawi się w Zabiegach miłosnych będą przynosiły remedium na trudne do zniesienia przygody egzystencji, a jednocześnie za ich pomocą poeta szyfrować będzie swój przekaz w arabesce wymykających się znaczeniowemu „przyszpileniu” sensów. Książka ta, gdyby traktować ją właśnie całościowo, jako swoisty poemat - co sugerowano - jest przecież zapisem „nieudanych zabiegów”, świadectwem miłosnej (związku, fascynacji, relacji seksualnych itd.) klęski, z której – poprzez pisanie i zarazem poprzez śnienie stara się bohater mówiący wyzwolić.

Czyni to na modernistyczną modłę, „idąc zamaskowanym” („larvatum prodeo” ) i chroniąc się za gardą przyjmowanych póz, tudzież igrając językowo w opisywaniu postaw oraz stanów emocjonalno – psychicznych swego bohatera lirycznego. Maliszewski napomina, że wiersze z Zabiegów miłosnych można czytać oczywiście w sposób niewinny, a wtedy, jak sarkastycznie dodaje, liczne z nich mogą „trafić do sztambucha nieszczęśliwie zakochanych nastolatków.” , ale jednocześnie zwraca uwagę, że kluczem do uchwycenia przesłania Baranowego poezjowania jest założona przez poetę subtelna wieloznaczność. Dlatego dochodzi do wniosku, w innym miejscu, że „ważną cechą stylu Barana jest trzeźwość rozumiana jako zdroworozsądkowość i rubaszność zarazem. Jego bohater bywa Sancho Pansą niezwykle wyczulonym na bzdurę, fałsz, uproszczenia. On sobie je zaraz testuje w kolejnym wierszu, ironicznie prześwietla. (…) Filuterny ton, ironiczne wtręty, żartobliwość jako zasada mówienia w niektórych tekstach nie mogą przesłaniać powagi (…).”

I tak się dokładnie rzeczy mają w Snach słodkich jak chuj. Podsumujmy: obsceniczność tytułu zostaje obezwładniona błyskotliwym, żartobliwym przypisem autorskim, który wprowadza z nagła ducha karnawału, przekory, dodaje lekkości mającej nastąpić lirycznej relacji. Powaga sytuacji (moment przed rozpoczęciem Powstania Warszawskiego, które, jak wiemy, było hekatombą żołnierzy armii podziemnej, ale zwłaszcza mieszkańców stolicy), oswojona zostaje przez szczegóły fantasmagoryjnej (onirycznej, a może nadrealnej) wizji erotycznego zbliżenia. Do tego dochodzą satyryczne konteksty związane z portretem pewnego współczesnego i znanego (zwłaszcza w latach 90. XX) polityka, przegryzione (tak jak „przegryzają” się słodko – gorzkie smaki w kulinarnych potrawach) przez – również na pół – poważnie wprowadzonym motywem śmierci własnej bohatera, a wreszcie ów równie dwuznacznie przywołana – poprzez odwołanie do utworu T.Love - pochwała rzeczywistości, która jednak doskwiera bohaterowi do żywego.

I taki właśnie, opalizujący, portret własnej sztuki pisarskiej pozostawia nam autor Zabiegów miłosnych. Jakby chciał być, by posłużyć się porównaniem Maliszewskiego, Sancho Pansą i Don Kichotem jednocześnie. Mówić poważnie i zarazem oświetlać swe wypowiedzi grymasem zgrywy i żartu, nie wahać się przed romansem z patosem, by nagle popaść w ramiona karnawału. Nie bać się autozaprzeczenia, samokompromitacji. Jakby, co tu kryć, trochę wstydził się słów, które wypowiada – więc właśnie dlatego ubiera je w kostium niejednoznaczności stylu, pogmatwanych odwołań i aluzji, niejednoznacznie wybrzmiewających kontekstów znaczeniowych. I dlatego sięga tez po rozmaite estetyki – realistyczną, nadrealistyczną, oniryczną – mieszając je w wierszu niczym w alchemicznej retorcie.

Być może nie ma to znaczenia, ale pamiętam, że Marcin Baran jest dyplomowanym polonistą, a więc – w pewnym sensie – realizuje wzorzec znany w przeszłości jako „poeta doctus” .
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 31-10-2016  |   komentarze: (0)

Kilka myśli o krytyce (znów)

 

I.
W eseju z roku 1937 pod tytułem Pełnomocnictwa recenzenta Jerzy Stempowski przywołuje broszurę abbe d’Aubignaca z roku 1669, która zawiera następującą uwagę autora: „Kiedy Cyd okrył sławą nazwisko Corneille’a, pewna dama wysoko postawiona i jeszcze bardziej zasłużona rozkazała mi zobaczyć tę sztukę i dać znać, co o niej myślę.” Dawne, acz nowożytne, recenzenctwo kulturalne Stempowski widzi bowiem jako rodzaj usług dla ludności ( akurat w XVII wieku dość nielicznej i specyficznej „ludności”), to znaczy zwraca uwagę na konieczność istnienia w miarę zdefiniowanego (określonego) odbiorcy tych praktyk.

II.

Wydaje się wszakże, że recenzent i krytyk to nie to samo. Niemniej jednak są to profesje (?) pokrewne, jak ładnie ujął rzecz jeden z moich znajomych: „krytyk to taki recenzent, tylko bardziej”. Ten pierwszy stawia nacisk w swej działalności raczej na jednostkowe przypadki omawianych przez siebie dzieł twórczych, a ponadto koncentruje się znacząco na samym akcie ich waloryzacji; ten drugi działa z większym rozmachem – próbuje identyfikować (choć też często wręcz stwarzać) zjawiska szersze oraz procesy w kulturze, zanurza je w licznych kontekstach swojej współczesności (niejednokrotnie z rzutem oka również na przeszłość), wreszcie podejmuje działania projektujące czy postulatywne wobec kultury. Zazwyczaj zresztą tak bywa, że jedna i ta sama osoba oddaje się zarówno pracy recenzenckiej jak i krytycznej. Do tej drugiej trzeba jednak bardziej subtelnego aparatu interpretacyjnego jak i wiedzy niż do recenzowania poszczególnych książek. O ile zatem w miarę sprawnym recenzentem potrafi bywać już łebski student (sam takim byłem), to krytykę uprawiali zazwyczaj – choć przecież nie ekskluzywnie – raczej ludzie powiązani z Akademią.

Powyższy opis określiłbym jako właściwy dla stanu w drugiej połowy lat 80 oraz przełomu 80/90 poprzedniego wieku w Polsce. Jeszcze, mniej więcej do połowy ostatniej dekady XX wieku, wydawało się, że niewiele się zmieni w tej materii. Odbiorcą prac recenzenckich i krytycznych był, tak jak wcześniej w XX wieku, inteligent. Do gazet codziennych, a nawet niektórych ambitniejszych tygodników, dołączane były rozmaite dodatki traktujące o literaturze (np. literaturocentryczna de facto „Polityka – Kultura” do „Polityki”; „Gazeta o Książkach” do „Gazety Wyborczej”, „ExLibris” do „Życia Warszawy”), po 1989 nastąpił też wysyp rozmaitych regionalnych pism kulturalnych z inklinacją do przechyłu ku literaturze, a niektóre z nich osiągnąć zdołały czasem wysoką pozycję ogólnopolską. Zaś o fenomenie „bruLionu” (czy też „Brulionu” – bo taką pisownię zaleca jego twórca i redaktor Robert Tekieli), którego redakcja w początkowych latach 90 chwaliła się dziesięciotysięczną sprzedażą poszczególnych numerów, napisano już dziesiątki mniejszych i większych tekstów. Do, stanowiących zwieńczenie tej piramidy, szacownych miesięczników i kwartalników z dłuższą i krótszą tradycją, typu „Twórczość” czy „Zeszyty Literackie”, dołączyły także te, skierowane już do samej elity czytelniczej, które były pokłosiem lokalnych inicjatyw (np. lubelskie „Kresy”). Procesy owe, wyraźnie widoczne, natchnęły nawet niektórych krytyków, jak choćby Jacek Łukasiewicz czy Janusz Sławiński do zbudowania komentarzy o czekającym nas zdecentralizowanym modelu kultury, gdzie ożywcze źródła nowych zjawisk miały bić regionalnie.

A potem, stopniowo, gdzieś od drugiej połowy ostatniej dekady XX wieku nastąpił kolaps. Liczne regionalne pisma literackie, po wydaniu kilku lub kilkunastu numerów zwinęły działalność (z rozmaitych powodów: rozpadu zespołu redakcyjnego, wyczerpania się entuzjazmu środowiska, kłopotów z uzyskiwaniem dotacji, wycofania się wydawcy – jak w przypadku niezwykle istotnego młodoliterackiego pisma „Nowy Nurt”, itp.), dodatki literackie i kulturalne do prasy bieżącej też uległy wygaszeniu (by użyć modnego dziś słowa) , a ambitniejsze teksty krytycznoliterackie przestały pojawiać w głównych grzbietach gazet czy tygodników. Dziś bronią się jeszcze twierdze Granady w postaci recenzji, ale często sprowadzone są do wymiaru notek nie przekraczających 1800 - 2500 znaków w WORDzie (rzecz tak się ma zwłaszcza w tygodnikach). Podobne zjawiska i procesy obserwujemy też w radiu i telewizji, niemniej to inne media, rządzące się odmienną poetyką odbioru niż prasa papierowa i „tołstyje żurnały” kulturalne.

III.

Co się stało? Odtrąbiono (czy słusznie?) zmierzch inteligencji, którą w wyniku przemian ustrojowych, społecznych i gospodarczych, zastępować ma stopniowo rodząca się i krzepnąca warstwa średnia. O ile etos inteligencki ufundowany został przede wszystkim na wartościach duchowo – intelektualnych, to etos warstwy średniej (a w zasadzie współczesnego nowego mieszczaństwa) odwołuje się do kwestii ekonomiczno – materialnych. Inteligencja współuczestniczy, często kreatywnie, w życiu kultury, warstwa średnia ma do niej raczej stosunek konsumpcyjny (w najlepszym rozumieniu tego słowa) i, by tak rzec, kwatermistrzowski.

Nowi mieszczanie chętnie kupią książkę lub bilet na przedstawienie i film, do przeczytania/obejrzenia których ich się zachęci. Ci najlepiej sytuowani wesprą nawet incydentalnie tę czy inną inicjatywę twórczą (wystawę, wernisaż, spotkanie autorskie), a przedstawiciele elity zainwestują duże, jak na nasze warunki, środki finansowe, by wręcz stworzyć jakąś kulturalną instytucję. Te ostatnie przypadki są już jednak zupełnie wyjątkowe i pewnie trudno by znaleźć inne emblematyczne przykłady spoza działalności Grażyny Kulczyk czy dawniej Janusza Palikota (przynależnych zresztą raczej już do warstwy wyższej). Warstwa średnia jest natomiast mniej, o ile w ogóle, zainteresowana samym życiem kultury – toczącymi się w jej łonie sporami ideowymi, etycznymi, estetycznymi czy programowymi. Nie ekscytuje jej także życie literackie, z wyjątkiem oczywiście przypadków środowiskowych skandali obyczajowych na dużą skalę, mieszczących zresztą bardziej warstwie kroniki towarzyskiej czy ewentualnie pitavalu (jak, dajmy na to, publiczne spoliczkowanie znanego pisarza, tłumacza i reżysera przez równie znanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego). Ten model postawy widać także – już od lat – także w polityce kulturalnej państwa, które, zwłaszcza w ostatnich latach, za kadencji ministra Bogdana Zdrojewskiego, również pojmowało swe obowiązki wobec kultury jako głównie „kwatermistrzowskie”.

Zatem urynkowieniu kultury, wciąż zresztą trwającemu, wspomaganemu przez absolutyzowane w dzisiejszych czasach narzędzie pomiarowe w postaci rozmaitych badań opinii publicznej (jej wyborów, preferencji, oczekiwań itd.) towarzyszyło przekształcanie się prasy; w ten sposób dawne tygodniki kulturalne i kulturalno – społeczne stały się tygodnikami opinii oraz przyjęły, atrakcyjny być może wizualnie, ale z cierpieniem dla zawartości, kształt magazynowy. Wraz ze stopniowym uwiądem - wynikającym także z praktyki dotacyjnej urzędów państwowych i samorządowych - ambitniejszych czy wręcz elitarnych miesięczników i kwartalników literackich dyskurs krytyczny został zdominowany przez informację i – zwłaszcza! - marketing.

Rozmyła się także – i tu wracamy do tez Stempowskiego – identyfikacja odbiorcy krytycznego i recenzenckiego pisania. Krytycy zwykli raczej zwracać się do czytelnika projektowanego przez nich jako wyedukowanego i w miarę kompetentnego, jeśli idzie o rozmaite konteksty - redaktorzy prasowi (więc nie z pism niespecjalistycznych, bo takimi w istocie zostały periodyki stricte literackie) stali się natomiast obrońcami w miarę prostej komunikacji. Kiedy z tekstu przeznaczonego dla „Polityki” (już w jej nowym, magazynowym, wcieleniu) wykreślano mi słowo „imponderabilia”, usłyszałem takie tego uzasadnienie: „Bo, panie Jarosławie, inżynier z Bytomia też powinien zrozumieć, o czym pan pisze.” Był to też jeden z powodów, dla których porzuciłem współpracę z tym pismem i w ogóle, stopniowo oraz w ogóle wycofałem się z pracy krytyczno – literackiej, węsząc nadchodzące zmiany (o czym jeszcze poniżej).

IV.

Tzw. „mainstreamowa” popularna prasa kulturalna skręciła w stronę odbiorcy definiowanego jako przedstawiciel klasy średniej i przeorientowała się na jego oczekiwania. W XXI w. nastąpił poza tym proces polityzacji dyskursu kulturalnego w Polsce. Zapowiadał go ongiś, wtenczas jeszcze pytająco, Andrzej Werner, inicjując dyskusję na łamach, niemagazynowego wówczas „Tygodnika Powszechnego”. Wtedy, w 2002 roku byłem sceptyczny wobec tych diagnoz i zagrożenia dla literatury oraz dla dyskursu krytycznego widziałem gdzie indziej – w obniżeniu samego poziomu rozmowy oraz – właśnie – w marketingu kulturalnym i intensyfikującym się w życiu literackim klientelizmie . Okazało się, jak zwykł mawiać jeden z moich kolegów z podwórka na Czerniakowie w Warszawie, że „jedno drugiemu nie wyklucza”. Lobbystyczny i klientelistyczny format postawy twórców związał się synergicznie ze zjawiskami polityzacyjnymi o szerszym, bo ogólnokrajowym charakterze. Literatura zaczęła coraz bardziej ulegać podziałom wartościującym wedle kryteriów tematycznych i ideowych, by nie rzec wręcz - politycznych, inne kwestie – np. estetyczne, a nawet poprawnościowe językowo spychając na absolutny margines. Dlatego zapewne Bronisław Wildstein mógł zostać laureatem Nagrody im. Józefa Mackiewicza w roku 2009 za powieść Dolina nicości (choć Dariusz Nowacki stwierdził kategorycznie, że jest to książka stanowiąca gwałt na Słowniku Poprawnej Polszczyzny, ), a Joanna Bator za powieść Ciemność, prawie noc otrzymać Nagrodę NIKE w roku 2013.

Mamy więc dychotomię: krytycznoliterackie pisarstwo w sferze popularnej zanikło na rzecz przyczynkarskiego, a niekiedy niemal usługowego recenzenctwa oraz wycofało się do niszy, którą stanowią nieliczne funkcjonujące „tołstyje żurnały”. W niej zaś znów mamy do czynienia z wyrazistym podziałem: na krytykę akademicką i tę rozumianą jako akt twórczy sam w sobie. Akademizacja krytyki to fakt istotny oraz znamienny. Jak wspomniałem, niegdysiejszy akademik bywało, że parał się działalnością recenzencką oraz krytyczną, jednak zawsze wyodrębniał ją z własnej działalności badawczej. Nawet w biogramach zapisywano to w formie rozdzielnej: „krytyk i badacz literatury”, „literaturoznawca i krytyk literacki” czy też wręcz „historyk literatury i krytyk literacki”. Od pewnego czasu na licznych uniwersytetach powstawać zaczęły zakłady czy nawet katedry współczesnej krytyki literackiej, przez co dokonano usankcjonowania krytyki jako w istocie działalności badawczej. O ile przyjmiemy i zgodzimy się, że tak rozumiana krytyka zajmuje się badaniem (interpretowaniem) zjawisk in statu nascendi (wciąż żywych, trwających), a historia literatury podejmuje refleksję nad zjawiskami niemal definitywnie zamkniętymi. Mówiąc skrótowo i nieco prostacko: dopóki autor żyje i tworzy – zajmują się nim raczej akademiccy krytycy; gdy twórcze dzieło jego życia zostaje zakończone – pałeczkę przejmują historycy literatury. Taka sytuacja otworzyła możliwości realizowania kariery akademickiej jedynie w obrębie krytyki literackiej, która to kariera owocuje kolejnymi stopniami naukowymi - czego mamy obecnie liczne przykłady. Zjawisko to przyjąć wypada z pewnego rodzaju ambiwalencją – z jednej strony to zapewne pozytyw, że literatura najnowsza stała się przedmiotem – także sformalizowanej – refleksji naukowej; z drugiej – to umacnianie procesu schodzenia krytyki do niszy i wyciszania temperatury, zazwyczaj ożywczych, sporów wokół życia kulturalnego . Stwierdzam to poniekąd smutny, bo sam pełen winy, gdyż w tym wszystkim przecież od jakiegoś czasu uczestniczę.

Natomiast z traktowaniem krytyki literackiej jako samoistnej twórczości trudno jest mi się pogodzić. Przeorientowany zostaje, w takim ujęciu, koncept odbiorczy oraz tradycyjne funkcje działalności krytycznej. Z jednej strony tak uprawiana krytyka staje się wypowiedzią metakrytyczną (dla kogo?), zaczyna też sobie uzurpować prawo do traktowania jej autora w kategoriach artystycznych (co z zaufaniem do merytorycznych jego kwalifikacji przy ocenie omawianego dzieła?); z drugiej odbiorcą takiego gestu pisarskiego staje się właściwie tylko sam twórca nicowanego przez krytyka – w jego autorskim tekście – dzieła. A to już jest nisza nisz.

V.

Znamienne, że w ostatnich latach, także dzięki nowym możliwościom technologicznym oraz komunikacyjnym, liczni krytycy literaccy podjęli wysiłek uprawiania swej profesji (?) na blogach lub wręcz przenieśli się do Facebooka. Skąd to się bierze? Po pierwsze - być może współczesne blogi przejęły funkcję dawnych dzienników (także intymnych) czy też w ogóle konfesyjnych relacji literackich i paraliterackich. Trzeba na nie spojrzeć również z perspektywy konceptu „praktyki pisarskiej” – w ujęciu Pawła Rodaka. Fenomen blogów sam w sobie jest bowiem wart analizy: czym de facto są? Skąd ich popularność i wspomniany wysyp?

Jaka jest ich wartość niesocjologiczna? Czy jest w jakiś sposób stwierdzalna czy mierzalna? Jakie mają znaczenie – jeśli w ogóle - dla literatury jako formy konfesyjne? Po drugie - czym blogi tematyczne, osobliwie krytycznoliterackie, różniłyby się od blogów społecznościowych i dziennikopodobnych? Czy to jakiś nowy gatunek wypowiedzi, ze względu na nośnik, czy tylko nowa forma zapisu refleksji? Czy takie blogi uznać można raczej za formę ucieczki krytyków z pozycji, z których i tak są rugowani czy raczej za przejaw poszukiwania nowych, innych form nawiązania kontaktu z czytelnikami (lub/i paradoksalnie powrotu do relacji tradycyjnych: krytyk funkcjonuje jako autorytet formalny zdający relację ze swej lektury i oceniający tekst)?

Co może zachęcać krytyka do założenia bloga tematycznego (krytycznoliterackiego)? Jest kilka powodów. Primo: poczucie wolności. Wybór książek, o których chce się pisać nie podlega negocjacji z redaktorem pisma, a z drugiej strony nie trzeba reagować na sugestie, że są książki, o których wypada (z bardzo różnych powodów, zwłaszcza tych, jakie są pokłosiem rozmaitych serwitutów i zobowiązań redakcji/wydawcy) wspomnieć. Dalej – brak konieczności uzgadniania samego kształtu tekstu (najczęściej – jego uproszczenia; to zazwyczaj w przypadku prasy niespecjalistycznej). W tej drugiej zachęcie (zalecie?) czai się też niebezpieczeństwo: brak fachowego partnera w dialogu, który mógłby zwrócić uwagę autora na rozmaite zagrożenia czy też skorygować ewidentne usterki jego tekstu. Secundo: możliwość nieskrępowanej ekspresji w wybranej stylistyce (zalety i zagrożenia jak wyżej). Tertio: możliwość nawiązania kontaktu z czytelnikami spoza obiegu „papierowego”, ergo: możliwość dotarcia do nowego, już zinternetyzowanego odbiorcy. Quarto: szansa bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem oraz nawiązania z nim relacji przez funkcję komentarza; także możliwość prowadzenia dyskusji, polemik etc. (zagrożenia: m.in. sprawa poziomu ewentualnych polemik). Quinto: działanie w czasie rzeczywistym - bezpośrednia i natychmiastowa reakcja na pojawienie się dzieła, bez konieczności czekania na druk, który może nastąpić dobrych kilka tygodni, jeśli nie miesięcy, po premierze książki (zwłaszcza w przypadku pism fachowych: miesięczników czy kwartalników).

Bernadetta Darska, akademiczka, sama intensywnie obecna w Sieci (prowadziła sumiennie przez kilka lat blog na platformie Onetu: http://bernadettadarska.blog.onet.pl/, a obecnie pisze na: http://bernadettadarska.blogspot.com/), potwierdzając poniekąd moje tezy, widzi też jeszcze inne funkcje oraz zalety związane z działalnością krytyczną w przestrzeni internetu:
… powiedziałabym, że blog pojawił się nie w zastępstwie jakiejś aktywności, ale jako kolejna forma refleksji krytycznoliterackiej. Wydaje mi się, że i jako naukowcy, i jako krytycy powinniśmy trzymać rękę na pulsie współczesności, a używanie do „rozmowy o książkach" nowych mediów wydaje mi się formą wartą uwagi. Z kilku powodów - blog wymusza krótszą formę recenzji, zakłada pojawienie się także przypadkowych czytelników (którzy trafią na bloga, wpisując coś w wyszukiwarce), tworzy pewnego rodzaju wspólnotę odbiorców (jest coraz więcej ludzi, którzy mają nawyk codziennego czy po prostu systematycznego zaglądania w określone miejsca w sieci) […] jest - choć zabrzmi to trochę patetycznie - formą promowania czytelnictwa i, co najważniejsze w każdej formie krytyki literackiej, pozostaje miejscem, gdzie najważniejsza jest literatura i pozytywnie pojmowany spór na jej temat. Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, mam na myśli raczej wymiar symboliczny tego aktu, bo rozmowa ta nie zawsze się przekłada na komentarze pod postami, ale skoro czytelnicy są, to i pewien dialog na poziomie lektury i reakcji na nią się odbywa. Warto też docenić w blogowaniu możliwość dotarcia do większej ilości czytelników oraz dostępność publikowanych tam tekstów (łatwość "namierzania" dzięki wyszukiwarkom, także po długim czasie od publikacji) .

Czy blogi krytycznoliterackie są zatem przyszłością, nową formą rozmowy krytycznej o literaturze, która wymykałaby się uwikłaniom i skostnieniu dyskursu prasowemu (zwłaszcza w jego inkarnacji „mainstreamowej”) – dziś jeszcze trudno sądzić (byłbym jednak w tej materii pesymistą). Z pewnością stanowić mogą wdzięczny obiekt badań, co niniejszy tekst jedynie sugeruje. Zwłaszcza wobec potencjalnego uwiądu tradycyjnej krytyki prasowej, z jakim ewidentnie mamy do czynienia. To znaczy w jej (w miarę przynajmniej) niezależnej formule, gdzie hegemonem dyskursu pozostaje sam krytyk.








Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 06-09-2016  |   komentarze: (0)

Wcześniejsze wpisy



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl