O listach (impresja)

Skończyłem właśnie czytać listy Andrzeja Bobkowskiego do Jarosława Iwaszkiewicza. Rzecz wydana została w nieocenionej “Bibliotece “Więzi” w roku 2009, ale dopiero teraz udało mi się zdobyć egzemplarz.

Bobkowski – jak zwykle ten sam: samodzielnie myślący, niepokorny, silny (czy też pozujący na silnego: coraz bardziej wydaje mi się człowiekiem głęboko sentymentalnym), czasami dezynwolturowy choleryk kreślący ekspresyjne komentarze. Jego relacja z JI miała charakter sinusoidalny – od początkowego porozumienia (i jakby podziwu), przez niechęć i krytycyzm, po ponowną afirmację (książkę zamyka entuzjastyczny telegram, jaki AB wysyła JI po lekturze “Wzlotu”).

Wśród bobkowiczianów, a dla miłośników twórczości autora “Coco de Oro”, lektura żelazna.

Ale myślę też o czymś innym, szerszym. Pierwszy impuls dało mi niedawne zapoznanie się z pracą magisterską poświęconą diarystyce i epistolografii Bobkowskiego.

List jako zastępcza forma ekspresji stricte literackiej. Albo inaczej: list jako samodzielna forma ekspresji artystycznej. List jako poszerzenie literackiego pola walki. Jako formuła pół – osobista, konfesyjna, ale jednocześnie pół – kreacyjna. Swoista. Apelująca do czytelnika atrakcyjnością otwarcia na intymność respondentów, którzy jednakowoż snują – oprócz prywatnych, dla wielu odbiorców smakowitych zresztą wątków – jakieś bardziej zuniwersalizowane rozważania – będące przedłużeniem (albo namiastką, w zależności od sytuacji) życia intelektualnego...

Kiedyś, dawno temu, miałem zaszczyć być redaktorem (wraz z Anną Micińską oraz Andrzejem St. Kowalczykiem) tomu listów Jerzego Stempowskiego i Bolesława Micińskiego. Uderzyło mnie wtedy (a nie byłem wtenczas dobrze oczytany w materii), że zwłaszcza listy JS do BM (w drugą stronę trochę inaczej to wyglądało) są w istocie czymś w rodzaju wersji demo esejów, które potem JS drukował (tzn. pojawiały się w nich – listach – rzeczy i sprawy, które potem JS w formie już eseistycznej, bardziej literacko zapośredniczonej, podawał swej czytającej publiczności).

Oczywiście, znałem na przykład romantyczne listy Zygmunta Krasińskiego, czy też w ogóle zaznajomiony byłem (choć dość pobieżnie, przyznam) z epistolografią romantyczną, która wywindowała list z przekazu subiektywno – osobistego w wymiar ogólniejszy, ale dopiero studia nad kontaktami JS i BM dały mi więcej do myślenia na ten temat.

W moich własnych przygodach cenię sobie listowny maraton, jaki uprawiałem przez kilka lat z Dariuszem Nowackim (pisaliśmy do siebie ręcznie, “klasycznie”, ignorując internetowy kanał wymiany), a także listowne kontakty z Andrzejem Stasiukiem, które – podejrzewam – skończyły się już bezpowrotnie (skoro autor “Taksim”, jak sam powiada, “zsieciował się”).

Żyjemy (chyba?) w czasach ostatecznego upadku tego gatunku jako formy literackiej (paraliterackiej?). Nie ten rytm życia i nie ten klimat literatury (by nawiązać do znanego eseju JS). Ale nie zamierzam biadolić. No cóż, było – minęło (a może się jednak mylę?). Rozliczne internetowe kontakty utwierdzają mnie wszakże w diagnozie, że to dawne pisanie w “realu” kończy się bezpowrotnie. A znów wspomniane pisanie internetowe ogranicza się do załatwiania spraw, zdawkowej teleologii, fatycznych częstawo kontaktów, wymiany powierzchowności. Itd.

Jęknę więc, mimo wszystko, nostalgicznie: sic transit gloria mundi. Jakkolwiek entuzjaści dynamiki współczesności i nieuchronności przemian zechcieliby uznać tę refleksję za cokolwiek banalną.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-01-2010  |   komentarze: (11)

Według mistrzów cz. IV (Zbigniew Herbert)

W pośmiertnie wydanym tomie Zbigniewa Herberta – no właśnie: esejów? próz? szkiców? – pod tytułem “Król mrówek” (Wydawnictwo a5, Kraków 2008) znajduje się taka jedna urocza miniaturka: “Pies infernalny”.

I to właśnie ten tekst, który jednak chciałbym nazywać esejem, zapamiętałem bardziej niż inne - często wielkie, wybitne, wzorcowe, formacyjne utwory pomieszczone w “Barbarzyńcy w ogrodzie”, w “Martwej naturze z wędzidłem” czy “Labiryncie nad morzem”.

Swojego czasu – w artykule pod tytułem “Mozaika pośmiertna” - tak oto pisałem o “Królu mrówek”. Przypominam, bo sprawa istotna:

“Dobrze, że wydawnictwo a5 zdecydowało się opracować “Króla mrówek”, książkę, jak pisze edytor, nad którą Zbigniew Herbert pracował chyba najdłużej – prawie dwadzieścia lat – i nie zdążył jej ukończyć. Istnieje wydruk komputerowy tekstu, którego korekty (i ostatecznej redakcji) ciężko chory nie zdołał już przeprowadzić. Ostateczny kształt tego tomu należy więc do redaktora Rzyszarda Krynickiego, który tak uzasadnia swoje przedsięwzięcie:
<<Miałem szczęście wiele razy słyszeć Zbigniewa Herberta czytającego swoje wiersze. Nigdy nie słyszałem, jak czyta swoją prozę. A przecież słyszę żywy głos w tej książce.>>

Obecność żywego głosu autora “Rovigo” w “Królu mrówek” daje się niewątpliwie odczuć. Słyszałbym ten głos w spotykanej w innych tekstach poety solidarności z przegranymi (jak Pan Cogito), w uwadze, jaką Herbert poświęca tym, którzy doświadczyli klęski (jak Hamlet), ale też w uwadze, z jaką przygląda się tym, którzy pozornie wygrani, także doświadczają upadku (jak Barabasz). O takich wszak bohaterach układał swoje wiersze.

Albowiem jednym z ulubionych chwytów Herberta jest zabieg, który nazwałbym “apokryfizacją”. Polega on na stworzeniu odmiennego wariantu znanej opowieści mitologicznej, biblijnej, literackiej czy historycznej. Bądź też na fikcjonalnym uszczegółowieniu tychże, zgodnie z artystyczną regułą, że pisarzem powoduje licencia poetica. Liryczne i eseistyczne narracje Herberta dzieją się nader często albo “przed” wydarzeniami utrwalonymi w suchej mitologicznej relacji, albo zaraz “po” nich....”

Nie inaczej rzecz się ma w “Psie infernalnym”. Oto nowa interpretacja starcia Herkulesa z Cerberem. Dwunastej, ostatniej i – podobno – najtrudniejszej z prac herosa. Najważniejsze, że po zmaganiach, w których żaden z uczestników tych pozornie śmiertelnych zapasów nie poniósł żadnego dramatycznego uszczerbku na zdrowiu, Herkules ze zniewolonym już Cerberem wychynął z podziemi ku światłu... No dobrze, ale co dalej?

Herbert powiada, że Cerber, jakkolwiek infernalny, to jednak pies. Dziki pierwotnie, straszny, ale jednak w końcu okiełznany. Zatem oswojony, udomowiony. A oswojony pies, jak wiedzą wszyscy, którzy mieli szczęście opiekować się takim – to czyste przywiązanie. Zatem Cerber, z czasem, zaczął Herkulesa traktować jak swego Pana i odwdzięczać się mu – ku wzrastającemu utrapieniu herosa - czystą miłością. Czysta miłość bowiem, bywa – jeśli tylko szczęściarz - delikwent tego nie rozumie – poważnym obciążeniem. I zaniepokojony bohater, najwyraźniej nieświadomy, próbował się jakoś swego nowego -niechcianego przyjaciela pozbyć, zagubić etc., ale Cerber, jak nie przyrównując Lassie, zawsze wracał. A wtedy...

“Pewnego dnia Herakles przyniósł z pobliskiego miasta szary konopny worek i niedbale napomknął Cerberowi, że będzie teraz spał na tym worku, bo czuje już w kościach popasy na gołej ziemi. Cerber przyjął to, jak wszystko, co mówił jego pan, ufnie, i w żadnej z jego dwu głów nie zaświtała myśl, że zbliża się oto tragiczny finał całej historii.

Na wieki pozostaje bez odpowiedzi dręczące pytanie, jak mógł Herakles wpychać w głąb ciemnego otworu ten mojry, brudny worek pełen bezradnych wrzasków i skowytu zawiedzionej miłości.”

Zdarza się, że gdy patrzę na moje psy, moje dzieci, rodzinę, moich przyjaciół, moich bliźnich – przypomina mi się znienacka to Herbertowskie oskarżenie człowieka o ucieczkę od zobowiązań i odpowiedzialności. Oskarżenie o okrucieństwo w imię własnego komfortu i wygody, które nader pochopnie i fałszywie lubimy nazywać wolnością.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 18-01-2010  |   komentarze: (4)

Według mistrzów cz. III (Adam Zagajewski)

Tom esejów Adama Zagajewskiego pod tytułem “Solidarność i samotność”, wydany na emigracji, wywołał w połowie lat 80. prawdziwe poruszenie w krajowym życiu kulturalnym i literackim.

Tak pisał pisał o nim młody podówczas poeta i krytyk z kręgu “Brulionu” (numer 1988/7-8, artykuł “Okopy i afirmacja”) Krzysztof Koehler:

“W poezji polskiej ostatnich lat nie panowała zbyt dobra atmosfera. Konieczność “walki”, obrony tradycji wywołała ducha “służby”, postawiła literaturę w sytuacji obleganej przez wroga twierdzy. Wszystko to przyniosło poezji rażące ubóstwo i myślowe, i językowe. Żelazne walce zomo (z wiersza A. Kamieńskiej z drugoobiegowego pisma “Wezwanie” 1986 nr 11 – JK) toczące się przez Polskę, toczyły się też przez karty tomików najpierw małego, a potem nawet większego formatu, siejąc spustoszenie. Najwyższą instancją, do jakiej odwoływali się obrońcy, był łatwo wyczuwalny duch romantyczny.
Wąskie wyjeżdżone romantyczne koleiny nie sprzyjały kontemplacji złożoności świata. (...) Poezja martyrologiczna posługująca się czarno – białym, kowbojskim schematem, sięgająca do wąskiego kręgu tematycznego, zdominowała życie literackie i literaturę.

(...) Wtedy właśnie pojawił się Zagajewski ze swoim stwierdzeniem, że potwór totalitaryzmu został pokonany przez życie, przez obfitość istnienia. (...) Książki Zagajewskiego (Koehlerowi chodziło też o tomik wierszy “Jechać do Lwowa” – JK) wywołały w kraju atmosferę wydarzenia literackiego. Swoim przesłaniem otwarcia się na świat spełniły żądanie chwili.”

To był zaiste świeży oddech – czytać w kraju rozdzieranym przez konflikt polityczny tę pochwałę indywidualizmu i prawa do jednostkowej twórczej samotności, nieuwikłanej w doraźne – choćby i ważne na poziomie społecznym – spory i uliczne walki.

W kluczowym miejscu swego tytułowego eseju z tomu “Solidarność i samotność” Zagajewski pisał tak:

“Mamy tu do czynienia z dwoma przeciwstawnymi prądami; z pożądanym ujednoliceniem się woli zbiorowej w dziedzinie konfliktu politycznego i z równie pożądanym różnicowaniem się zbiorowości tam, gdzie idzie o ekspresję.”

O tekstach z tomu “Jechać do Lwowa, ilustrujących powyższą tezę, Marcin Świetlicki – w ankiecie “NaGłosu” (1990/2) powie tak:

“Te wiersze wyrastają ponad małą ideowość, zaślepienie i absolutny brak słuchu, tak charakterystyczne dla większości produkcji poetyckiej owego <<powojennego>> okresu.”

By w końcu w znanym wierszu “Dla Jana Polkowskiego” wyrazić zdegustowanie prostackim zaangażowaniem sztuki (literatury) w sprawy polityczne (choćby i słuszne z moralnego czy też innego punktu widzenia):


“Trzeba zatrzasnąć drzwiczki i otworzyć okno,
otworzyć okno i przewietrzyć pokój.
Zawsze się udawało, ale teraz się nie
udaje. Jedyny przypadek,
gdy po wierszach
pozostaje smród.


Poezja niewolników żywi się ideą,
idee to wodniste substytuty krwi. (...)


W poezji niewolników drzewa mają krzyże
wewnątrz – pod korą – z kolczastego drutu. (...)


Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica – mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,
Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa,
Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś
w jidisz (...).

Tak. Zagajewski, a później także moi liczni rówieśnicy, skutecznie zaszczepili mnie przeciw konceptowi literatury zaangażowanej, która – poza nielicznymi wyjątkami jak choćby casus Władysława Broniewskiego (i ten nie zawsze) – jest zazwyczaj służebnicą rzeczy mniejszych od samej siebie. I wszystko jedno o jaki znak zaangażowania idzie dziś – czy ten spod egidy środowiska “Krytyki politycznej” czy spod pióra – dajmy na to – Bronisława Wildsteina.

 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 04-01-2010  |   komentarze: (4)

Wcześniejsze wpisy



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl