Szukaj

Południk 21 - trailer

Kilka myśli o krytyce (znów)

 

I.
W eseju z roku 1937 pod tytułem Pełnomocnictwa recenzenta Jerzy Stempowski przywołuje broszurę abbe d’Aubignaca z roku 1669, która zawiera następującą uwagę autora: „Kiedy Cyd okrył sławą nazwisko Corneille’a, pewna dama wysoko postawiona i jeszcze bardziej zasłużona rozkazała mi zobaczyć tę sztukę i dać znać, co o niej myślę.” Dawne, acz nowożytne, recenzenctwo kulturalne Stempowski widzi bowiem jako rodzaj usług dla ludności ( akurat w XVII wieku dość nielicznej i specyficznej „ludności”), to znaczy zwraca uwagę na konieczność istnienia w miarę zdefiniowanego (określonego) odbiorcy tych praktyk.

II.

Wydaje się wszakże, że recenzent i krytyk to nie to samo. Niemniej jednak są to profesje (?) pokrewne, jak ładnie ujął rzecz jeden z moich znajomych: „krytyk to taki recenzent, tylko bardziej”. Ten pierwszy stawia nacisk w swej działalności raczej na jednostkowe przypadki omawianych przez siebie dzieł twórczych, a ponadto koncentruje się znacząco na samym akcie ich waloryzacji; ten drugi działa z większym rozmachem – próbuje identyfikować (choć też często wręcz stwarzać) zjawiska szersze oraz procesy w kulturze, zanurza je w licznych kontekstach swojej współczesności (niejednokrotnie z rzutem oka również na przeszłość), wreszcie podejmuje działania projektujące czy postulatywne wobec kultury. Zazwyczaj zresztą tak bywa, że jedna i ta sama osoba oddaje się zarówno pracy recenzenckiej jak i krytycznej. Do tej drugiej trzeba jednak bardziej subtelnego aparatu interpretacyjnego jak i wiedzy niż do recenzowania poszczególnych książek. O ile zatem w miarę sprawnym recenzentem potrafi bywać już łebski student (sam takim byłem), to krytykę uprawiali zazwyczaj – choć przecież nie ekskluzywnie – raczej ludzie powiązani z Akademią.

Powyższy opis określiłbym jako właściwy dla stanu w drugiej połowy lat 80 oraz przełomu 80/90 poprzedniego wieku w Polsce. Jeszcze, mniej więcej do połowy ostatniej dekady XX wieku, wydawało się, że niewiele się zmieni w tej materii. Odbiorcą prac recenzenckich i krytycznych był, tak jak wcześniej w XX wieku, inteligent. Do gazet codziennych, a nawet niektórych ambitniejszych tygodników, dołączane były rozmaite dodatki traktujące o literaturze (np. literaturocentryczna de facto „Polityka – Kultura” do „Polityki”; „Gazeta o Książkach” do „Gazety Wyborczej”, „ExLibris” do „Życia Warszawy”), po 1989 nastąpił też wysyp rozmaitych regionalnych pism kulturalnych z inklinacją do przechyłu ku literaturze, a niektóre z nich osiągnąć zdołały czasem wysoką pozycję ogólnopolską. Zaś o fenomenie „bruLionu” (czy też „Brulionu” – bo taką pisownię zaleca jego twórca i redaktor Robert Tekieli), którego redakcja w początkowych latach 90 chwaliła się dziesięciotysięczną sprzedażą poszczególnych numerów, napisano już dziesiątki mniejszych i większych tekstów. Do, stanowiących zwieńczenie tej piramidy, szacownych miesięczników i kwartalników z dłuższą i krótszą tradycją, typu „Twórczość” czy „Zeszyty Literackie”, dołączyły także te, skierowane już do samej elity czytelniczej, które były pokłosiem lokalnych inicjatyw (np. lubelskie „Kresy”). Procesy owe, wyraźnie widoczne, natchnęły nawet niektórych krytyków, jak choćby Jacek Łukasiewicz czy Janusz Sławiński do zbudowania komentarzy o czekającym nas zdecentralizowanym modelu kultury, gdzie ożywcze źródła nowych zjawisk miały bić regionalnie.

A potem, stopniowo, gdzieś od drugiej połowy ostatniej dekady XX wieku nastąpił kolaps. Liczne regionalne pisma literackie, po wydaniu kilku lub kilkunastu numerów zwinęły działalność (z rozmaitych powodów: rozpadu zespołu redakcyjnego, wyczerpania się entuzjazmu środowiska, kłopotów z uzyskiwaniem dotacji, wycofania się wydawcy – jak w przypadku niezwykle istotnego młodoliterackiego pisma „Nowy Nurt”, itp.), dodatki literackie i kulturalne do prasy bieżącej też uległy wygaszeniu (by użyć modnego dziś słowa) , a ambitniejsze teksty krytycznoliterackie przestały pojawiać w głównych grzbietach gazet czy tygodników. Dziś bronią się jeszcze twierdze Granady w postaci recenzji, ale często sprowadzone są do wymiaru notek nie przekraczających 1800 - 2500 znaków w WORDzie (rzecz tak się ma zwłaszcza w tygodnikach). Podobne zjawiska i procesy obserwujemy też w radiu i telewizji, niemniej to inne media, rządzące się odmienną poetyką odbioru niż prasa papierowa i „tołstyje żurnały” kulturalne.

III.

Co się stało? Odtrąbiono (czy słusznie?) zmierzch inteligencji, którą w wyniku przemian ustrojowych, społecznych i gospodarczych, zastępować ma stopniowo rodząca się i krzepnąca warstwa średnia. O ile etos inteligencki ufundowany został przede wszystkim na wartościach duchowo – intelektualnych, to etos warstwy średniej (a w zasadzie współczesnego nowego mieszczaństwa) odwołuje się do kwestii ekonomiczno – materialnych. Inteligencja współuczestniczy, często kreatywnie, w życiu kultury, warstwa średnia ma do niej raczej stosunek konsumpcyjny (w najlepszym rozumieniu tego słowa) i, by tak rzec, kwatermistrzowski.

Nowi mieszczanie chętnie kupią książkę lub bilet na przedstawienie i film, do przeczytania/obejrzenia których ich się zachęci. Ci najlepiej sytuowani wesprą nawet incydentalnie tę czy inną inicjatywę twórczą (wystawę, wernisaż, spotkanie autorskie), a przedstawiciele elity zainwestują duże, jak na nasze warunki, środki finansowe, by wręcz stworzyć jakąś kulturalną instytucję. Te ostatnie przypadki są już jednak zupełnie wyjątkowe i pewnie trudno by znaleźć inne emblematyczne przykłady spoza działalności Grażyny Kulczyk czy dawniej Janusza Palikota (przynależnych zresztą raczej już do warstwy wyższej). Warstwa średnia jest natomiast mniej, o ile w ogóle, zainteresowana samym życiem kultury – toczącymi się w jej łonie sporami ideowymi, etycznymi, estetycznymi czy programowymi. Nie ekscytuje jej także życie literackie, z wyjątkiem oczywiście przypadków środowiskowych skandali obyczajowych na dużą skalę, mieszczących zresztą bardziej warstwie kroniki towarzyskiej czy ewentualnie pitavalu (jak, dajmy na to, publiczne spoliczkowanie znanego pisarza, tłumacza i reżysera przez równie znanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego). Ten model postawy widać także – już od lat – także w polityce kulturalnej państwa, które, zwłaszcza w ostatnich latach, za kadencji ministra Bogdana Zdrojewskiego, również pojmowało swe obowiązki wobec kultury jako głównie „kwatermistrzowskie”.

Zatem urynkowieniu kultury, wciąż zresztą trwającemu, wspomaganemu przez absolutyzowane w dzisiejszych czasach narzędzie pomiarowe w postaci rozmaitych badań opinii publicznej (jej wyborów, preferencji, oczekiwań itd.) towarzyszyło przekształcanie się prasy; w ten sposób dawne tygodniki kulturalne i kulturalno – społeczne stały się tygodnikami opinii oraz przyjęły, atrakcyjny być może wizualnie, ale z cierpieniem dla zawartości, kształt magazynowy. Wraz ze stopniowym uwiądem - wynikającym także z praktyki dotacyjnej urzędów państwowych i samorządowych - ambitniejszych czy wręcz elitarnych miesięczników i kwartalników literackich dyskurs krytyczny został zdominowany przez informację i – zwłaszcza! - marketing.

Rozmyła się także – i tu wracamy do tez Stempowskiego – identyfikacja odbiorcy krytycznego i recenzenckiego pisania. Krytycy zwykli raczej zwracać się do czytelnika projektowanego przez nich jako wyedukowanego i w miarę kompetentnego, jeśli idzie o rozmaite konteksty - redaktorzy prasowi (więc nie z pism niespecjalistycznych, bo takimi w istocie zostały periodyki stricte literackie) stali się natomiast obrońcami w miarę prostej komunikacji. Kiedy z tekstu przeznaczonego dla „Polityki” (już w jej nowym, magazynowym, wcieleniu) wykreślano mi słowo „imponderabilia”, usłyszałem takie tego uzasadnienie: „Bo, panie Jarosławie, inżynier z Bytomia też powinien zrozumieć, o czym pan pisze.” Był to też jeden z powodów, dla których porzuciłem współpracę z tym pismem i w ogóle, stopniowo oraz w ogóle wycofałem się z pracy krytyczno – literackiej, węsząc nadchodzące zmiany (o czym jeszcze poniżej).

IV.

Tzw. „mainstreamowa” popularna prasa kulturalna skręciła w stronę odbiorcy definiowanego jako przedstawiciel klasy średniej i przeorientowała się na jego oczekiwania. W XXI w. nastąpił poza tym proces polityzacji dyskursu kulturalnego w Polsce. Zapowiadał go ongiś, wtenczas jeszcze pytająco, Andrzej Werner, inicjując dyskusję na łamach, niemagazynowego wówczas „Tygodnika Powszechnego”. Wtedy, w 2002 roku byłem sceptyczny wobec tych diagnoz i zagrożenia dla literatury oraz dla dyskursu krytycznego widziałem gdzie indziej – w obniżeniu samego poziomu rozmowy oraz – właśnie – w marketingu kulturalnym i intensyfikującym się w życiu literackim klientelizmie . Okazało się, jak zwykł mawiać jeden z moich kolegów z podwórka na Czerniakowie w Warszawie, że „jedno drugiemu nie wyklucza”. Lobbystyczny i klientelistyczny format postawy twórców związał się synergicznie ze zjawiskami polityzacyjnymi o szerszym, bo ogólnokrajowym charakterze. Literatura zaczęła coraz bardziej ulegać podziałom wartościującym wedle kryteriów tematycznych i ideowych, by nie rzec wręcz - politycznych, inne kwestie – np. estetyczne, a nawet poprawnościowe językowo spychając na absolutny margines. Dlatego zapewne Bronisław Wildstein mógł zostać laureatem Nagrody im. Józefa Mackiewicza w roku 2009 za powieść Dolina nicości (choć Dariusz Nowacki stwierdził kategorycznie, że jest to książka stanowiąca gwałt na Słowniku Poprawnej Polszczyzny, ), a Joanna Bator za powieść Ciemność, prawie noc otrzymać Nagrodę NIKE w roku 2013.

Mamy więc dychotomię: krytycznoliterackie pisarstwo w sferze popularnej zanikło na rzecz przyczynkarskiego, a niekiedy niemal usługowego recenzenctwa oraz wycofało się do niszy, którą stanowią nieliczne funkcjonujące „tołstyje żurnały”. W niej zaś znów mamy do czynienia z wyrazistym podziałem: na krytykę akademicką i tę rozumianą jako akt twórczy sam w sobie. Akademizacja krytyki to fakt istotny oraz znamienny. Jak wspomniałem, niegdysiejszy akademik bywało, że parał się działalnością recenzencką oraz krytyczną, jednak zawsze wyodrębniał ją z własnej działalności badawczej. Nawet w biogramach zapisywano to w formie rozdzielnej: „krytyk i badacz literatury”, „literaturoznawca i krytyk literacki” czy też wręcz „historyk literatury i krytyk literacki”. Od pewnego czasu na licznych uniwersytetach powstawać zaczęły zakłady czy nawet katedry współczesnej krytyki literackiej, przez co dokonano usankcjonowania krytyki jako w istocie działalności badawczej. O ile przyjmiemy i zgodzimy się, że tak rozumiana krytyka zajmuje się badaniem (interpretowaniem) zjawisk in statu nascendi (wciąż żywych, trwających), a historia literatury podejmuje refleksję nad zjawiskami niemal definitywnie zamkniętymi. Mówiąc skrótowo i nieco prostacko: dopóki autor żyje i tworzy – zajmują się nim raczej akademiccy krytycy; gdy twórcze dzieło jego życia zostaje zakończone – pałeczkę przejmują historycy literatury. Taka sytuacja otworzyła możliwości realizowania kariery akademickiej jedynie w obrębie krytyki literackiej, która to kariera owocuje kolejnymi stopniami naukowymi - czego mamy obecnie liczne przykłady. Zjawisko to przyjąć wypada z pewnego rodzaju ambiwalencją – z jednej strony to zapewne pozytyw, że literatura najnowsza stała się przedmiotem – także sformalizowanej – refleksji naukowej; z drugiej – to umacnianie procesu schodzenia krytyki do niszy i wyciszania temperatury, zazwyczaj ożywczych, sporów wokół życia kulturalnego . Stwierdzam to poniekąd smutny, bo sam pełen winy, gdyż w tym wszystkim przecież od jakiegoś czasu uczestniczę.

Natomiast z traktowaniem krytyki literackiej jako samoistnej twórczości trudno jest mi się pogodzić. Przeorientowany zostaje, w takim ujęciu, koncept odbiorczy oraz tradycyjne funkcje działalności krytycznej. Z jednej strony tak uprawiana krytyka staje się wypowiedzią metakrytyczną (dla kogo?), zaczyna też sobie uzurpować prawo do traktowania jej autora w kategoriach artystycznych (co z zaufaniem do merytorycznych jego kwalifikacji przy ocenie omawianego dzieła?); z drugiej odbiorcą takiego gestu pisarskiego staje się właściwie tylko sam twórca nicowanego przez krytyka – w jego autorskim tekście – dzieła. A to już jest nisza nisz.

V.

Znamienne, że w ostatnich latach, także dzięki nowym możliwościom technologicznym oraz komunikacyjnym, liczni krytycy literaccy podjęli wysiłek uprawiania swej profesji (?) na blogach lub wręcz przenieśli się do Facebooka. Skąd to się bierze? Po pierwsze - być może współczesne blogi przejęły funkcję dawnych dzienników (także intymnych) czy też w ogóle konfesyjnych relacji literackich i paraliterackich. Trzeba na nie spojrzeć również z perspektywy konceptu „praktyki pisarskiej” – w ujęciu Pawła Rodaka. Fenomen blogów sam w sobie jest bowiem wart analizy: czym de facto są? Skąd ich popularność i wspomniany wysyp?

Jaka jest ich wartość niesocjologiczna? Czy jest w jakiś sposób stwierdzalna czy mierzalna? Jakie mają znaczenie – jeśli w ogóle - dla literatury jako formy konfesyjne? Po drugie - czym blogi tematyczne, osobliwie krytycznoliterackie, różniłyby się od blogów społecznościowych i dziennikopodobnych? Czy to jakiś nowy gatunek wypowiedzi, ze względu na nośnik, czy tylko nowa forma zapisu refleksji? Czy takie blogi uznać można raczej za formę ucieczki krytyków z pozycji, z których i tak są rugowani czy raczej za przejaw poszukiwania nowych, innych form nawiązania kontaktu z czytelnikami (lub/i paradoksalnie powrotu do relacji tradycyjnych: krytyk funkcjonuje jako autorytet formalny zdający relację ze swej lektury i oceniający tekst)?

Co może zachęcać krytyka do założenia bloga tematycznego (krytycznoliterackiego)? Jest kilka powodów. Primo: poczucie wolności. Wybór książek, o których chce się pisać nie podlega negocjacji z redaktorem pisma, a z drugiej strony nie trzeba reagować na sugestie, że są książki, o których wypada (z bardzo różnych powodów, zwłaszcza tych, jakie są pokłosiem rozmaitych serwitutów i zobowiązań redakcji/wydawcy) wspomnieć. Dalej – brak konieczności uzgadniania samego kształtu tekstu (najczęściej – jego uproszczenia; to zazwyczaj w przypadku prasy niespecjalistycznej). W tej drugiej zachęcie (zalecie?) czai się też niebezpieczeństwo: brak fachowego partnera w dialogu, który mógłby zwrócić uwagę autora na rozmaite zagrożenia czy też skorygować ewidentne usterki jego tekstu. Secundo: możliwość nieskrępowanej ekspresji w wybranej stylistyce (zalety i zagrożenia jak wyżej). Tertio: możliwość nawiązania kontaktu z czytelnikami spoza obiegu „papierowego”, ergo: możliwość dotarcia do nowego, już zinternetyzowanego odbiorcy. Quarto: szansa bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem oraz nawiązania z nim relacji przez funkcję komentarza; także możliwość prowadzenia dyskusji, polemik etc. (zagrożenia: m.in. sprawa poziomu ewentualnych polemik). Quinto: działanie w czasie rzeczywistym - bezpośrednia i natychmiastowa reakcja na pojawienie się dzieła, bez konieczności czekania na druk, który może nastąpić dobrych kilka tygodni, jeśli nie miesięcy, po premierze książki (zwłaszcza w przypadku pism fachowych: miesięczników czy kwartalników).

Bernadetta Darska, akademiczka, sama intensywnie obecna w Sieci (prowadziła sumiennie przez kilka lat blog na platformie Onetu: http://bernadettadarska.blog.onet.pl/, a obecnie pisze na: http://bernadettadarska.blogspot.com/), potwierdzając poniekąd moje tezy, widzi też jeszcze inne funkcje oraz zalety związane z działalnością krytyczną w przestrzeni internetu:
… powiedziałabym, że blog pojawił się nie w zastępstwie jakiejś aktywności, ale jako kolejna forma refleksji krytycznoliterackiej. Wydaje mi się, że i jako naukowcy, i jako krytycy powinniśmy trzymać rękę na pulsie współczesności, a używanie do „rozmowy o książkach" nowych mediów wydaje mi się formą wartą uwagi. Z kilku powodów - blog wymusza krótszą formę recenzji, zakłada pojawienie się także przypadkowych czytelników (którzy trafią na bloga, wpisując coś w wyszukiwarce), tworzy pewnego rodzaju wspólnotę odbiorców (jest coraz więcej ludzi, którzy mają nawyk codziennego czy po prostu systematycznego zaglądania w określone miejsca w sieci) […] jest - choć zabrzmi to trochę patetycznie - formą promowania czytelnictwa i, co najważniejsze w każdej formie krytyki literackiej, pozostaje miejscem, gdzie najważniejsza jest literatura i pozytywnie pojmowany spór na jej temat. Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, mam na myśli raczej wymiar symboliczny tego aktu, bo rozmowa ta nie zawsze się przekłada na komentarze pod postami, ale skoro czytelnicy są, to i pewien dialog na poziomie lektury i reakcji na nią się odbywa. Warto też docenić w blogowaniu możliwość dotarcia do większej ilości czytelników oraz dostępność publikowanych tam tekstów (łatwość "namierzania" dzięki wyszukiwarkom, także po długim czasie od publikacji) .

Czy blogi krytycznoliterackie są zatem przyszłością, nową formą rozmowy krytycznej o literaturze, która wymykałaby się uwikłaniom i skostnieniu dyskursu prasowemu (zwłaszcza w jego inkarnacji „mainstreamowej”) – dziś jeszcze trudno sądzić (byłbym jednak w tej materii pesymistą). Z pewnością stanowić mogą wdzięczny obiekt badań, co niniejszy tekst jedynie sugeruje. Zwłaszcza wobec potencjalnego uwiądu tradycyjnej krytyki prasowej, z jakim ewidentnie mamy do czynienia. To znaczy w jej (w miarę przynajmniej) niezależnej formule, gdzie hegemonem dyskursu pozostaje sam krytyk.








Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 06-09-2016  |   komentarze: (0)

Szkockie kryminały

 
 Ponieważ w trakcie roku akademickiego czytam raczej poważne teksty (naukowe czy artystyczne), czas wakacji należy do lektur „niepoważnych” – czyli, oczywiście – kryminałów. W tę kanikułę przekroczyłem wielokrotnie ilość książek czytaną statystycznie przez jednego Polaka w ciągu roku, przy uwzględnieniu podręczników i poradników (w tym książek kucharskich, ale czy również telefonicznych – nie wiadomo).

I choć wakacyjne wojaże zawiodły mnie na południe Europy, to lekturowo przebywałem na północy – w Szkocji. A wszystko dzięki Ianowi Rankinowi i Peterowi May’owi.

Ten pierwszy znany jest z cyklu książek z detektywem Rebusem w roli głównej, a także dzięki cyklicznym opowieściom o funkcjonariuszu Biura Spraw Wewnętrznych edynburskiej policji – Malcolmowi Foxowi. Obaj bohaterowie różnią się diametralnie – Rebus to niechlujny, chodzący własnym ścieżkami, często na granicy prawa, detektyw prowadzący trudne śledztwa w sprawach morderstw, ciężko pijący, samotny, słuchający – co bliskie mi – głównie klasycznej muzyki rockowej.

Fox zaś to abstynent (a raczej niepijący alkoholik), przesadnie pedantyczny i uporządkowany, jego zawodową domeną są dochodzenia w sprawach nieuczciwych (czy też potencjalnie nieuczciwych) funkcjonariuszy prawa.

Rankin umie zarówno konstruować zajmujące historie, jak i przejrzystym stylem opowiadać. Nie ma w jego książkach tego stężenia spraw społecznych, jak u Skandynawów, ale obraz Szkocji (z jej tendencjami nacjonalistyczno – separatystycznymi czy emigracją zarobkową z naszej części kontynentu) jest wyrazisty. No i Edynburg – de facto małe miasto, choć to stolica kraju – tak opisany, że aż chce się tam jechać (ja już kiedyś byłem, więc miło było odnaleźć w książkach znane mi miejsca).

May natomiast sytuuje swoją trylogię z wyspy Lewis na Hebrydach Zewnętrznych. Bardzo tam inaczej krajobrazowo niż u nas, opisywane widoki przypominają trochę Islandię. „Krajobrazowanie” May’a pokazuje, że utalentowany pisarz (May bardziej znany jest w Szkocji jako scenarzysta telewizyjny i filmowy) nawet posępność i ponurość przekuć potrafi w zajmujące pejzaże. Ponure są też ludzkie historie, mocno wkręcone w powikłane losy wyspiarskich rodzin i zanurzone w ascetycznym świecie hardcorowego protestantyzmu prezbiteriańskiego.

Z całej trylogii („Czarny dom”, „Człowiek z wyspy Lewis”, „Jezioro tajemnic”) najlepsza wydaje mi się część środkowa. Z książek Rankina polecam zaś przede wszystkim „Stojąc w cudzym grobie” z Johnem Rebusem oraz „Na krawędzi ciemności” z Malcolmem Foxem.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 23-08-2016  |   komentarze: (0)

Utracone w tłumaczeniu

 
 Wśród koneserów literatury pięknej od dawna funkcjonuje przeświadczenie, że prawdziwy kunszt sztuki słowa dostępny jest jedynie w języku oryginału. A każde tłumaczenie nie jest nigdy przekładem, tylko czymś w rodzaju – czasami mniej, a czasami bardziej udanej – wariacji czy wręcz parafrazy.

Ale ciekawe są rozmaite „wpadki” czy też przeinaczenia tłumaczy, a osobliwie te, które dotyczą tytułów znanych utworów. Były one często nie tyle efektem braku kompetencji językowych, ile raczej świadectwem dramatycznych zmagań ze znalezieniem właściwego, dobrze brzmiącego w polszczyźnie, odpowiednika.

Oto słynny tomik poetycki Charles’a Baudelaire’a Les Fleurs du mal, tłumaczony na polski jako Kwiaty zła lub Kwiaty grzechu. Francuskie słowo „malade” to choroba raczej niż zło. Je suis mal powie Francuz, wtedy, gdy chce oznajmić, że źle się czuje. A zatem właściwszy przekład mógłby raczej brzmieć: Chorobliwe kwiaty, ewentualnie: Kwiaty choroby. Choć oczywiście jest to wybór tłumacza, owo mal w tytule, najlepiej jeszcze gdyby było pisane dużą literą, mogłoby, bez szkody dla sensu, uchodzić jednak za synonim „zła”.

„Chorobowość” byłaby jednak bliższa przesłaniom liryki autora Paryskiego spleenu. Baudelaire tworzył bowiem wiersze utrzymane w klimacie dekadentyzmu – postawy ideowo głęboko pesymistycznej, naznaczonej niewiarą w człowieka i jego działania, przeczuciem schyłkowości świata i dotychczasowego modelu kultury europejskiej. Efektem takiego myślenia, owej „choroby wieku” (czyli właśnie: mal du siecle”) jest apoteoza niemocy: człowiek nie ma wpływu na rzeczywisty kształt świata, a także na własny los; wszelkie wysiłki, jakie podejmuje, by kształtować jedno i drugie - i tak skończą się klęską. To właśnie miała być owa „choroba końca wieku XIX”, choroba egzystencji ówczesnego człowieka.

Przyznajmy jednak – czy Chorobliwe kwiaty mają tę samą moc, brzmią równie dobrze jak Kwiaty zła? Jakkolwiek metaforycznie przełożony, tytuł ten zakorzenił się jednak w polskiej kulturze i dziś nikt już chyba nie dokonuje rewizji jego źródłowego znaczenia.

A znów arcydzielna powieść Marcela Prousta A la recherche du temps perdu pisana w latach 1913 – 1927, znana u nas jako W poszukiwaniu straconego czasu ? W polszczyźnie przymiotnik „stracony” kojarzy się z klęską, z bezpowrotną stratą , z czymś ostatecznym, nie do przezwyciężenia. A tytuł proustowskiej powieści odnosi raczej do „utracenia” (W poszukiwaniu utraconego czasu winien zatem brzmieć) przeszłości, dzieciństwa i młodości. Bo ewokuje wspomnienia,
nostalgię; zapowiada też pracę pamięci, wywołaną przez zapach i smak legendarnego ciastka – magdalenki.

Nawet jeśli odczytujemy książkę Prousta w szerszym kontekście – jako zapis przemian w społeczeństwie francuskim przełomu XIX i XX wieku – to nie mówi ona o stratach na marne, ile o radzeniu sobie – bądź nie - człowieka z owymi przemianami.

Wreszcie A Catcher In the Rey J.D. Salingera, tłumaczona na polski jako Buszujący w zbożu. Tu mamy całkowite odwrócenie znaczeń. Właściwymi „buszującymi w zbożu” są dzieci ze snu głównego bohatera powieści. Łan zboża kończy się w nim przepaścią, w którą one spadną, jeśli bohater ich nie wyłapie i w ten sposób nie ocali. Nie jest on zatem „buszującym” w zbożu jak znaczy polski tytuł, tylko owym „łapaczem” (a catcher), ratownikiem, wybawcą. Sen ma znaczenie wybitnie metaforyczne: chodzi o ocalenie w człowieku tego, co pierwotnie niewinne i naturalnie etyczne, nieskażone przez konformizm dorastania.
Ale znów – Łapacz w zbożu – co to znów za tytuł?

Inny przykład - Nowy wspaniały świat Aldousa Huxley’a; w oryginale zaś: Brave New World, czyli raczej, dosłowniej: Odważny nowy świat. Tu wierność oryginałowi byłaby dlatego pożądana, gdyż tytuł ten nawiązuje bezpośrednio do mowy Mirandy (Akt V, scena I), jednej z bohaterek Burzy Williama Szekspira, a zatem sugeruje rozmaite aluzje czy też powiązania znaczeniowe pomiędzy oboma dziełami.

Na koniec zaś drobny błąd w tytule, tym razem już nie w tłumaczeniu. Idzie o wiersz Czesława Miłosza Campo di Fiori. Właściwa nazwa rzymskiego placu, na którym w roku 1600 spalono na stosie Giordana Bruna to Campo de’ Fiori. Błędna nazwa, a więc i błędny tytuł utworu na tyle się przyjął jednak w polskiej literaturze, że Miłosz już go nie korygował w kolejnych edycjach swoich wierszy. A i czytelnicy się przyzwyczaili.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-07-2016  |   komentarze: (0)

Wcześniejsze wpisy



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl