Czy reporterowi wolno zmyślać?

W wersji radykalnej pytanie to postawić wypada jeszcze brutalniej: „czy reporterowi wolno kłamać?” Idzie o granicę między literaturą (której istota wszak tkwi w kreacji) a działalnością reportera, który ma raczej relacjonować (przynajmniej w dość potocznym mniemaniu).
Jak można się domyślać – pytania te stawiam po lekturze książki Artura Domosławskiego „Kapuściński non – fiction”, która jeszcze przed wydaniem narobiła sporo szumu, a nawet, jak to w Polsce, doczekała się recenzji od ludzi, co to nawet do niej nie zerknęli.
Od razu zastrzeżenie: właściwie nie o książce Domosławskiego chciałbym tu napisać kilka słów, ani nawet nie o samym Ryszardzie Kapuścińskim. Z licznych wątków obecnych w tekście dziennikarza „Gazety Wyborczej” wybieram zatem jeden, być może wcale nie najważniejszy (rozumiem, że dla wielu czytelników istotniejszy będzie np. wątek lustracyjny czy też towarzysko – erotyczny).
Sprawę, o której chciałbym się wypowiedzieć widzę w trzech aspektach: teorii reportażu, niedookreślonej pozycji artystycznej autora „Imperium” i wreszcie rozwarstwienia samego dorobku pisarskiego Ryszarda Kapuścińskiego.
Najpierw kwestia druga: na czym polegałoby „niedookreślenie pozycji artystycznej” twórcy „Cesarza”? Otóż – na występowaniu Ryszarda Kapuścińskiego w wielu rolach. Od roli dziennikarza agencyjnego, korespondenta zagranicznego, aż po rolę reportera, pisarza. To są jednak dość różniące się od siebie „profesje”. Od dziennikarza agencyjnego żądamy nadzwyczajnej rzetelności informacyjnej, reporter natomiast, a już pisarz obracający się w kręgu literatury faktu tym bardziej, mogą sobie pozwolić na zabiegi kreacyjne. Pozornie wydaje się, że droga Kapuścińskiego była linearna i prowadziła właśnie przez takie etapy – i w tej kolejności – jak wyżej przytoczyłem. Ale jednak nie, bo narrator w jego książkach pojawiał się (oczywiście w różnym stopniu) w rozmaitych „nasyceniach” wiarygodności. Stąd też złożona ontologia samego bytu pisarskiego, jakim był Ryszard Kapuściński. Słyszałem gdzieś (lub czytałem) genialne opisanie przeobrażeń autora „Wojny futbolowej”: że będąc dziennikarzem marzył o byciu reporterem zagranicznym; będąc już reporterem zazdrościł pisarzom i widział siebie w tej roli, a zostawszy pisarzem – postanowił stać się myślicielem (Domosławski zresztą, w wersji co prawda okrojonej, przywołuje ten aforyzm).
Teraz więc kwestia trzecia: rozwarstwienie dorobku. Mamy tu rzeczy malutkie, jak notki prasowe (czasami pewnie nawet anonimowe ) dla Polskiej Agencji Prasowej (nb. Marcin Wojciechowski pisze w „GW”: „Jego depesze były niezwykle szczegółowe i kompetentne. Sporo ich wchodziło do biuletynu specjalnego PAP, przeznaczonego dla najwyższych władz PRL. To najlepsza, acz przewrotna, rekomendacja rzetelności Kapuścińskiego”), mamy „czyste” reportaże (jak – w moim przekonaniu np. „Busz po polsku”), mamy literaturę faktu (jak „Wojna futbolowa”), mamy „czystą” literaturę piękną (przede wszystkim „Cesarz”, w mniejszym stopniu „Szachin – szach” i „Heban”), mamy książki refleksyjno – filozoficzne (też w rozmaitych podgatunkach: „Imperium”, „Lapidarium” czy „Podróże z Herodotem”).
Jeden autor – a tak wiele „języków” wypowiedzi. Łatwo jest się czytelnikowi pomylić, albo: trudno jest się czytelnikowi zorientować – „który” Kapuściński w danej chwili, w danym dziele mówi.
Obserwator uczestniczący i skwapliwie notujący, by potem – w refleksji uogólniającej opisać zdarzenia, których był świadkiem w sposób szerszy, panoramizujący („Wojna futbolowa”). Artysta, który przetwarza fakty i kompiluje źródła, by stworzyć alegorię („Cesarz”). Myśliciel, który z obserwacji, uczestnictwa i lektur wysnuwa opowieść na poziomie refleksji uglobalnionej z jednej, a skonkretyzowanej na danym modelu cywilizacyjno – kulturowym z drugiej („Imperium”).
Weźmy przykład „Cesarza”, chyba najbardziej literackiej książki Kapuścińskiego. To nie jest opowieść o Etiopii, to jest opowieść o alienacji władzy na bardzo ogólnikowo zarysowanym etiopskim konkrecie. Jeśli już się upierać przy jej walorach poznawczych – to najciekawsze, że książka ta szła pod prąd oficjalnego wizerunku Hajle Selasje w Polsce (pozytywnego, ze względu na walkę cesarza z faszyzmem). Była poza tym czytana jako aluzyjny portret funkcjonowania Edwarda Gierka i jego ekipy (nie bez kozery zwanej często „dworem”). De facto – w odbiorze czytelniczym była to książka „opozycyjna”.
Znajduję natomiast wypowiedź filozofa angielskiego Rogera Scrutona w „DGP”: „Kiedy pierwszy raz przeczytałem jego książkę o cesarzu Etiopii, od razu zrozumiałem, że ten człowiek pracuje dla służb specjalnych. To było oczywiste. Cesarz ukazał się akurat w momencie, kiedy Związek Radziecki chciał przejąć to afrykańskie państwo. Przygotowywał drogę do tzw. Rewolucji pułkownika Mengistu Hajle Mariama i wszystkich horrorów, które potem oglądaliśmy (Ale kto przygotowywał? Kapuściński czy Związek Sowiecki? – JK)”.
Nonsens pogania tu nonsens. Przede wszystkim ten literalny odbiór parabolicznego tekstu! Że o Etiopii właśnie i na dodatek biorący udział w jakimś szatańskim spisku politycznym! Oj, kompetencje literackie filozofa pozostawiają wiele do życzenia.
Poza tym wiadomo, że Kapuściński pisał z mozołem, że się z „Cesarzem” zmagał czas dłuższy, szukając odpowiedniej poetyki. Służby byłyby tak doskonałe, że skonwergowałyby czas wydania książki z jakimiś makiawelicznymi ruchami Sowietów na politycznej szachownicy? A poza tym o jakim wydaniu „Cesarza” mówi Scruton? O pierwszym, w Polsce? A kto by się przejmował urabianiem krajowego czytelnika, żeby usprawiedliwić rozmaite zakusy ZSRR? Jak sowieci wchodzili do Afganistanu, to żadnej podobnej akcji literackiej w naszym kraju nie było. A jeśli Scruton ma na myśli wydanie zagraniczne „Cesarza” w języku angielskim – to już w ogóle kosmos, kiedy ma się w pamięci odległość czasową rozdzielającą kamień węgielny pierwszego zdania książki od materializacji tłumaczenia (a po drodze jeszcze zabiegi autopromocyjne autora w tym zakresie, bo mu specjalnie nie pomagano).
Piszę o tym, żeby poobserwować funkcjonowanie mitomanii i mitotwórstwa. „Cesarz” to czysta literatura, powtarzam, tu twórca ma kompletną dowolność kreacji. Ale jeśli czytelnik kojarzy Kapuścińskiego z reporterką, a w książce wolałby widzieć cudacznie podany portret Etiopii – to już jest sam sobie winien… Słychać głosy komentatorów, że byłoby lepiej, gdyby za każdym razem Kapuściński dawał jakieś klarowne znaki – czym jest dana książka, jak ją rozumie: czy raczej literacko, czy dziennikarsko itd. Sic!
Wreszcie aspekt pierwszy: teoria reportażu. Pojęcie „literatura faktu” rozbudowuje ramy reportażu, nadając mu możliwości kombinatoryki w zakresie tzw. „formy”. Innymi słowy: materia tekstu ma swe korzenie w rzeczywistości, natomiast technika pisarska zakorzeniona jest w typowo literackich zabiegach. Jeśli zatem w tej sferze mieć pretensje do Domosławskiego, to takie, że zaniedbał refleksję teoretycznoliteracką i – zbytnio ufając samej praktyce – nie znalazł czasu, aby się nieco z dziejami reporterki zapoznać.
Tylko informacyjnie zatem, bo nie będziemy tu prowadzić wszechnicy literaturoznawczej – powołajmy się na prace nestora Wańkowicza. W połowie lat 70. XX wieku ukazała się fundamentalna, dwutomowa rozprawa autora „Na tropach Smętka”, w której podjął się – publicystycznego co prawda – ale jednocześnie dość wszechstronnego, rozbioru problematyki reporterskiej. W tomie I „Karafki La Fontaine’a”, w rozdziale „Poszerzenie konwencji reportażu” dylematy, które Domosławski stawia jako odkrywcze i krytyczne (kwestia konfabulacji, synkretycznego kształtowania postaci – etc.), zostały przez Wańkowicza z werwą scharakteryzowane. Oto fragment:
„Bohater przyjeżdża do Casablanki. Pragnie dać obrazek, jak bezdusznie zachowywali się urzędnicy. Mam z Belgradu świetny kamyczek, jak tamtejszy konsul traktował zwracających się do niego rodaków. Wprawiam go w passus Casablanki, pasuje jak ulał do tematu, bo tematem nie jest taki czy inny konsul, tylko los polski, który oddać należy w całej prawdzie. Reportaż jest o tym losie właśnie, a technika tycząca postronnych tematów – półpowieściowa. Jest to jasne, bo nazwiska są fikcyjne, czytelnik jest uprzedzony. Mimo to otrzymuję płomienne protesty, że przecież w Casablance był konsul Iksiński, przykładny Polak mający sześcioro dzieci, a ja go tak obsmarowałem.
Ustęp w „Drogą do Urzędowa” o komendancie garnizonu w Taranto był sklejony z obserwacji trzech generałów. Trzebaż, że ten, który był w Taranto, szukał protektorów po prasie, która przez niedźwiedzią przysługę przygwoździła go na amen do opowiadania i do śmiesznostek jeszcze dwóch generałów.”
Konwencja literatury faktu dopuszcza więc swoiste manipulacje, żadnej Ameryki Domosławski tu nie odkrywa. Raczej się kompromituje, stawiając zarzuty wobec praktyki pisarsko - reporterskiej Kapuścińskiego.
Ale, żeby była w tej sprawie pełna jasność, że strawestuję klasyka poezji: uważam, że pisarstwo Ryszarda Kapuścińskiego jest – w ostatecznym rozrachunku – nierówne. Dawne, pozostające w orbicie rzetelności, reportaże zagraniczne o ambicjach interpretacyjnych wobec rzeczywistości („Jeszcze dzień życia”, „Kirgiz schodzi z konia”) postarzały się mocno i dziś bardzo ciężko się je czyta. Można powiedzieć, że zbyt wielkie ambicje, a za ciężkie jeszcze – wtedy – pióro (albo uwikłania).
A znów książki pisane z pozycji myśliciela: „Imperia”, „Lapidaria”, „Podróże z Herodotem” – nazbyt naskórkowe, by nie rzec – miejscami powierzchowne. Ewidentnie status myśliciela nie posłużył autorowi.
Natomiast „Cesarz”, „Szachin – szach” i – z pewnymi wątpliwościami – „Heban” – ekstra. Nobel.
No dobrze, zapytacie, ładnie, ładnie – ale jaka w końcu Twoja odpowiedź na postawione w tytule pytanie? Mógłbym się wyłgać jakimś zgrabnym sylogizmem w stylu: „Reporterowi wolno kłamać, ale tylko po to, by powiedzieć Prawdę”. Albo, jak mawiają Włosi: „Se non e vero, e ben trovato („nawet jeśli nieprawdziwe, to dobrze wymyślone”).
Jednak – poważnie – nie wiem. Chciałbym widzieć w Ryszardzie Kapuścińskim pisarza, który napisał dwie, trzy genialne książki. A to wszak nie tak mało.
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 08-03-2010  |   komentarze: (1)

Avataryzm

W najnowszej (3/2010) „Europie”, dodatku matowopapierowym do błyszczącego „Newsweeka”, artykuł Slavoja Żiżka pod tytułem „Avatar”, czyli ćwiczenia z ideologii poprawnej politycznie”.
Po jego przeczytaniu przypomniał mi się pewien felieton Michała Pawła Markowskiego, pomieszczony niegdyś w „Tygodniku Powszechnym”.
(Swoją drogą niezmiernie żałuję, że Markowski zaprzestał pisania felietonów dla „TP”. Że Profesor świetne pióro ma, to mniej więcej wszyscy wiemy, ale mnie właśnie te krótkie teksty, błyskotliwe – i złośliwe – czytało się doskonale. Już niemal widziałem Profesora w rzędzie najwybitniejszych polskich felietonistów przełomu wieków – niemniej jednak do tego tytułu potrzebny byłby większy dorobek w tym gatunku).
Przypomniał mi się zatem ten dawny felieton, a może tylko jedna fraza, dotycząca właśnie SŻ. Otóż pisał Markowski, że zobaczył Onego w jakiejś nowojorskiej czy waszyngtońskiej księgarni, jak Tenże bobrował namiętnie pomiędzy opasłymi tomami. I tylko drobna, ale jakże smakowita, uwaga felietonisty. Że mianowicie nigdy nie czuł zbyt wielkiej pasji do zgłębienia myśli rozmaitych SŻ, gdyż w przypadku tego filozofa input równa się zwykle outputowi.
Artykuł Żiżka, przy pomocy narzędzi wprost z wyrafinowanej i zaawansowanej psychoanalizy (tu wszakże sprowadzonej do wymiarów średniozorientowanego w kwestii inteligenta) udowadnia, że „Avatar”, będąc szczytowym – w tej chwili – osiągnięciem sztuki filmowej na poziomie technologii obrazu, jest jednocześnie – w swej warstwie ideowej, dziełem dość – mówiąc po marksowsku - wstecznym („…trzy cechy „Avatara” – wierność starej formule łączenia się w parę, wysoki poziom fantasmagoryczności i naiwna akceptacja Starego toposu białego mężczyzny, który poślubia księżniczkę tubylców i zostaje ich królem – czynią z niego film ideologicznie konserwatywny i staroświecki”).
Po drodze – sporo przykładów z różnych parafii życia kulturalnego, które zmasowanym atakiem przygważdżają czytelnika. Oto mój ulubiony fragment: „Weźmy animowany hit kasowy „Kung Fu Panda” (sic! – JK), gdzie mamy tylko codzienne, pospolite przedmioty i potrzeby oraz pustkę pod spodem – wszystko inne jest iluzją (projekcja Zen? – JK). Nawiasem mówiąc, właśnie dlatego wszechświat tego filmu jest aseksualny: nie ma tam seksu ani pożądania, rzecz rozgrywa się w preedypalnym stadium oralno – analnym (zresztą imię głównego bohatera, Po, to potoczne niemieckie określenie na „tyłek”).
Nie wiem czy wszystkie te armaty były konieczne. Siłą zuniwersalizowanych obrazów filmowych (ale też innych „tekstów” estetycznych) jest odwoływanie się do zinterioryzowanych w danych modelach kultury (jednocześnie otwartych na recepcję w innych modelach) mitów, uwidaczniających się w sztuce poprzez odpowiednie toposy. Od słynnego animowanego obrazu Disney’a z lat trzydziestych XX wieku („Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków”) po „Star Wars” czy „Matrix”. Opisywana przez Żiżka paradoksalność „Avatara” (nowatorstwo języka i konserwatyzm, staroświeckość przesłania) to zatem coś w rodzaju dawno oswojonej normy.
„Avatar”, w moim przekonaniu, to rzecz bliższa rozważaniom o tęsknocie za arkadią (ideałem opiekuńczej natury) w koniunkcji z utopią (idealnym system „politycznym” czy też porządkiem społecznym). Nie bez znaczenia odgrywają tu rolę pewne echa bliskie refleksjom sentymentalistów, nie mówiąc już o skonkretyzowanych aluzjach do interwencji militarnych w Iraku czy Afganistanie (skądinąd dość tanie, gdyby je uwzględniać)...
Kolejna intrygująca kwestia:
„Dlatego ciekawie byłoby wyobrazić sobie sequel do „Avatara”, w którym głównego bohatera po paru latach (czy raczej miesiącach) błogiej harmonii ogarnęłoby dziwne poczucie obcości i tęsknota za zepsutym ludzkim światem. Źródłem tej obcości jest fakt, że każda rzeczywistość, nawet najdoskonalsza, prędzej czy później nas rozczarowuje, Doskonała rzeczywistość fantasmagoryczna rozczarowuje właśnie przez swoją doskonałość, która oznacza, że nie ma w niej miejsca dla nas, wyobrażających ją sobie podmiotów. Pierwsze opowiadanie cyklu „Her Body Knows” Davida Grossmana jest literackim odpowiednikiem „Dziennika panny służącej” Louisa Bunuela – arcydziełem ukazującym podstawowe fantasmagoryczne współrzędne zazdrości. Zazdrosny podmiot kreuje/wyobraża sobie raj (utopię pełnego szczęścia), z której sam jest wykluczony. Ta sama definicja stosuje się do zjawiska, które możemy nazwać zazdrością polityczną – od antysemickich fantazji na temat rozkoszy życiowych Żydów, po fantazje chrześcijańskich fundamentalistów na temat zboczonych praktyk seksualnych gejów i lesbijek.”
Żiżek, wzorem rozmaitych aroganckich krytyków, wchodzi tu w buty twórcy i projektuje dzieło, które nie powstało, lekceważąc poniekąd dzieło istniejące. Nie ma sequela „Avatara”, jest „Avatar” – i prosilibyśmy o skupienie się na nim. To skądinąd irytująca cecha krytyków – wypominanie artyście, że stworzył „tekst” kultury nie taki, jaki powinien stworzyć!
Natomiast logika rozważań Żiżka nad wirtualnym sequelem przypomniała mi natychmiast tyrady mojego licealnego wychowawcy. Miał on dar wymowy i jego historycznych wykładów – zwłaszcza kiedy był w dobrej formie – słuchaliśmy z rozdziawionymi gębami. Ale miał on też ten feler, że zbyt literalnie rozumiał ideę wychowywania przez szkołę, co owocowało – jakoś tak raz na kwartał – Wielkimi Monologami podczas godzin wychowawczych. Nie do odtworzenia już są meandry toku narracyjnego, nie do zrekonstruowania wielopiętrowe metafory. Pozornie wszystko trzymało się kupy, jedno wynikało z drugiego, na gorąco trudno się było przyczepić do architektury wywodu, ale jednocześnie coś tu pachniało absurdem. Wychodził nasz wychowawca – na przykład – od zjawiska permanentnego spóźniania się na pierwszą lekcję i wynikało mu po czterdziestu pięciu minutach mówienia, że uchybienie to jest początkiem procesu, którego koniec będzie wyglądał tak, że dziewczęta zostaną prostytutkami, a chłopcy rabusiami.
Na koniec swego tekstu Żiżek, zgodnie z metodologią wykładu zarysowaną w poprzednim akapicie, odnosi „Avatara”, stosując zresztą zabieg bezpośredniej referencji, do pewnego konkretu politycznego:
„Kiedy „Avatar” zarabia pieniądze na całym świecie (miliard dolarów w trzy tygodnie po premierze), jednocześnie dzieje się coś, co dziwnie przypomina jego fabułę. Góry na południu indyjskiego stanu Orissa, zamieszkane przez plemię Dongria Kondh, zostały sprzedane koncernom górniczym, które zamierzają eksploatować tamtejsze gigantyczne złoża boksytu (których wartość szacuje się na 4 biliony dolarów). W reakcji na ten projekt wybuchła maoistowska rebelia naksalitów…”
Czyli: znów paradoks. Jeśli „Avatara” (przynajmniej w ujęciu Żiżka) da się interpretować w kategoriach antykolonializmu, to w tzw. „realnym świecie” korporacyjny kapitał hula sobie neokolonialnie, że hej. Po drodze Żiżek rehabilituje maoistyczny charakter partyzantki w regionie: „To prawda, że do brutalnych metod uciekają się obie strony, że „sprawiedliwość ludowa” maoistów jest surowa, ale chociaż nasza liberalna wrażliwość wzdraga się na widok tej przemocy, nie mamy prawa jej potępiać. (…) Jak się do tego ma film Camerona? Nijak: w Orissie nie ma szlachetnych księżniczek, które czekają na białych bohaterów, by je uwiedli i pomogli ich ludowi.”
Najlepsza jest jednak pointa: „Może więc prawdziwym awatarem jest „Avatar”, film zastępujący rzeczywistość?”
Ośmielony swobodą interpretacji Żiżka, przeformułowałbym to pytanie: może więc prawdziwym awatarem – i to do trzeciej potęgi – jest Żiżkowy komentarz, tekst zastępujący zorganizowaną intelektualną spekulację, zbudowaną wokół wykreowanej rzeczywistości symbolicznej?
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 27-02-2010  |   komentarze: (1)

Melville...

...ale nie Herman, autor legendarnego “Moby Dicka”, tylko Jean – Pierre; francuski reżyser (właściwie Jean – Pierre Grumbach, pseudonim artystystyczny zapożyczył właśnie od amerykańskiego pisarza).

Na Gwiazdkę dostałem w prezencie zestaw jego filmów na DVD. Nie ma tam co prawda legendarnego “Samuraja” z Delonem, ale są inne cymesy.

(Swoją drogą nie rozumiem, czemu w takich zbiorach – z definicji “the best of" - pomija się często pojedyncze arcydzielne filmy prezentowanych twórców: w packu Felliniego nie ma “Amarcordu”, w prezentacji Kurosawy chyba “Rashomona”. Może ktoś uczony i oblatany w marketingu wytłumaczy mi tę – dziwaczną z perspektywy widza – politykę wydawniczą?).

Przypomniałem sobie zatem z ogromną przyjemnością kino Melvilla, a zwłaszcza dwa jego kryminalne hity: “W kręgu zła” (Delon gra przestępcę) i “Glinę” (Delon gra rzeczonego). Poza tym rzecz jasna “Ksiądz Leon Morin” (Belmondo!), “Szpicel” (Belmondo! Belmondo!) i “Armia cieni” (Lino Ventura!!!). Na deser: “Ryzykant”.

Była to samotna przyjemność. Małżonka powiedziałą, że nuda i poszła spać, a pewna bystra siedemnastolatka, którą akurat gościliśmy w domu – nieznająca ani Delona, ani Belmondo (i odporna kompletnie na ich męską urodę oraz wdzięk) – wzruszyła tylko ramionami na moje zachwyty.

Była to też sentymentalna podróż do krain dzieciństwa, pięknych i czystych jak pierwsze kochanie, kiedy “Glinę” i “W kręgu zła” oglądałem w nieistniejącym już dziś kinie “Czajka” przy ulicy Czerniakowskiej (róg Chełmskiej).

A skoro sentymentalna, to już bez tych dawnych emocji; wszak wiedziałem, jak się rzeczy zakończą. A zakończą się smutno. Wygra sprawiedliwość, a to znaczy, że wygra zdrada, podstęp, bezwględność i brutalność policji. Przestępcy zostaną ukarani – zginą w pułapkach, w pogoni za elementarną przyzwoitością (tak jest!). Porządek prawa, porządek dający poczucie spokoju sytemu społeczeństwu oparty jest bowiem na makiawelicznych grach. A w nich – paradoksalnie – czarne charaktery wypadają lepiej w moralnej perspektywie niż stróże sprawiedliwości. Tak to pokazywał Melville.

Powiada się, że amerykański kryminał typu “noir” (np. Chandler), a także filmowy kryminał “noir” to nic innego, tylko rodzaj adaptacji założeń egzystencjalizmu do wymiarów kultury masowej. Sztuka, wyrastająca z negatywności, aspirująca do tego, by trafić pod strzechy i – odbierając nadzieję na optymizm – dać jednak nadzieję innego rzędu. Jaką? Że mianowicie człowiek, mimo wszystko, może pozostać przyzwoitym, jakkolwiek by to w kontekście wszystkiego, co powyżej, brzmiało. Bo, jak mówi – między innymi – Melville: istnieją zasady, dla których można oddać życie.

Strasznie to niedzisiejsze, nieprzyzwoicie heroiczne, czy co? Przestępca z kodeksem moralnym (niechby i specyficznym)? Jakież to staroświecko romantyczne! Byron rulez!

I jeszcze sam język sztuki. To, co niegdyś było nowatorskie i silne u Melvilla – dziś razi. Te długie, milczące sekwencje, pokazujące drobiazgowo metodykę przestępstwa (bez szybkiego montażu, obecnie fundamentu języka filmu). I jeszcze te tricki rodem z amatorskiego garażu (w “Glinie” pociąg i helikopter to wyraźnie makiety ze stołu małego modelarza). Tak to w każdym razie dziś wygląda.

A jednak oglądam, choć też uśmiecham się na tę starodawną manierę aktorską, w której widzę źródła rodem ze szkół komediantów opierających kształcenie na metodzie wybitnie teatralnej.

Ale jaka dla mnie lekcja z powrotu do Melvilla reżysera? Jeśli życie, jak chcą liczni, jest strumieniem zdarzeń, do którego się jedynie podłączamy naszą skończoną jednostkowością, to musi w tym procesie istnieć także punkt “odłączenia”, “odpadnięcia”. Moment, w którym rezygnujemy z żeglugi i wysiadamy na brzeg, by od tej pory już raczej obserwować niż uczestniczyć.

PS. Jako kilkuletnie dziecko widziałem ekranizację “Moby Dicka” z Gregory Peckiem jako demonicznym kapitanem Ahabem. Bardzo się bałem, a jednak oglądałem. To jedno z moich silniejszych doświadczeń wieku wczesnego dorastania... Potem, zapewne wskutek filmowych przygód, czytałem samą powieść z przykrością, odnawiając swoje dawne, dziecięce lęki. Ale jeszcze później napotkałem wiersz Czesława Miłosza, w którym pojawia się biały wieloryb świata, połykający (jak zapamiętałem) człowieka zagubionego w bezmiarze wód.Niewiele wtenczas z tej sytuacji symbolicznej rozumiałem. Ale intuicja mówiła mi, że czegoś ważnego się dowiedziałem i że liczne oczekiwania wobec świata i siebie powinienem porzucić.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 12-02-2010  |   komentarze: (5)

Wcześniejsze wpisy



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl