W pośmiertnie wydanym tomie Zbigniewa Herberta – no właśnie: esejów? próz? szkiców? – pod tytułem “Król mrówek” (Wydawnictwo a5, Kraków 2008) znajduje się taka jedna urocza miniaturka: “Pies infernalny”.
I to właśnie ten tekst, który jednak chciałbym nazywać esejem, zapamiętałem bardziej niż inne - często wielkie, wybitne, wzorcowe, formacyjne utwory pomieszczone w “Barbarzyńcy w ogrodzie”, w “Martwej naturze z wędzidłem” czy “Labiryncie nad morzem”.
Swojego czasu – w artykule pod tytułem “Mozaika pośmiertna” - tak oto pisałem o “Królu mrówek”. Przypominam, bo sprawa istotna:
“Dobrze, że wydawnictwo a5 zdecydowało się opracować “Króla mrówek”, książkę, jak pisze edytor, nad którą Zbigniew Herbert pracował chyba najdłużej – prawie dwadzieścia lat – i nie zdążył jej ukończyć. Istnieje wydruk komputerowy tekstu, którego korekty (i ostatecznej redakcji) ciężko chory nie zdołał już przeprowadzić. Ostateczny kształt tego tomu należy więc do redaktora Rzyszarda Krynickiego, który tak uzasadnia swoje przedsięwzięcie:
<<Miałem szczęście wiele razy słyszeć Zbigniewa Herberta czytającego swoje wiersze. Nigdy nie słyszałem, jak czyta swoją prozę. A przecież słyszę żywy głos w tej książce.>>
Obecność żywego głosu autora “Rovigo” w “Królu mrówek” daje się niewątpliwie odczuć. Słyszałbym ten głos w spotykanej w innych tekstach poety solidarności z przegranymi (jak Pan Cogito), w uwadze, jaką Herbert poświęca tym, którzy doświadczyli klęski (jak Hamlet), ale też w uwadze, z jaką przygląda się tym, którzy pozornie wygrani, także doświadczają upadku (jak Barabasz). O takich wszak bohaterach układał swoje wiersze.
Albowiem jednym z ulubionych chwytów Herberta jest zabieg, który nazwałbym “apokryfizacją”. Polega on na stworzeniu odmiennego wariantu znanej opowieści mitologicznej, biblijnej, literackiej czy historycznej. Bądź też na fikcjonalnym uszczegółowieniu tychże, zgodnie z artystyczną regułą, że pisarzem powoduje licencia poetica. Liryczne i eseistyczne narracje Herberta dzieją się nader często albo “przed” wydarzeniami utrwalonymi w suchej mitologicznej relacji, albo zaraz “po” nich....”
Nie inaczej rzecz się ma w “Psie infernalnym”. Oto nowa interpretacja starcia Herkulesa z Cerberem. Dwunastej, ostatniej i – podobno – najtrudniejszej z prac herosa. Najważniejsze, że po zmaganiach, w których żaden z uczestników tych pozornie śmiertelnych zapasów nie poniósł żadnego dramatycznego uszczerbku na zdrowiu, Herkules ze zniewolonym już Cerberem wychynął z podziemi ku światłu... No dobrze, ale co dalej?
Herbert powiada, że Cerber, jakkolwiek infernalny, to jednak pies. Dziki pierwotnie, straszny, ale jednak w końcu okiełznany. Zatem oswojony, udomowiony. A oswojony pies, jak wiedzą wszyscy, którzy mieli szczęście opiekować się takim – to czyste przywiązanie. Zatem Cerber, z czasem, zaczął Herkulesa traktować jak swego Pana i odwdzięczać się mu – ku wzrastającemu utrapieniu herosa - czystą miłością. Czysta miłość bowiem, bywa – jeśli tylko szczęściarz - delikwent tego nie rozumie – poważnym obciążeniem. I zaniepokojony bohater, najwyraźniej nieświadomy, próbował się jakoś swego nowego -niechcianego przyjaciela pozbyć, zagubić etc., ale Cerber, jak nie przyrównując Lassie, zawsze wracał. A wtedy...
“Pewnego dnia Herakles przyniósł z pobliskiego miasta szary konopny worek i niedbale napomknął Cerberowi, że będzie teraz spał na tym worku, bo czuje już w kościach popasy na gołej ziemi. Cerber przyjął to, jak wszystko, co mówił jego pan, ufnie, i w żadnej z jego dwu głów nie zaświtała myśl, że zbliża się oto tragiczny finał całej historii.
Na wieki pozostaje bez odpowiedzi dręczące pytanie, jak mógł Herakles wpychać w głąb ciemnego otworu ten mojry, brudny worek pełen bezradnych wrzasków i skowytu zawiedzionej miłości.”
Zdarza się, że gdy patrzę na moje psy, moje dzieci, rodzinę, moich przyjaciół, moich bliźnich – przypomina mi się znienacka to Herbertowskie oskarżenie człowieka o ucieczkę od zobowiązań i odpowiedzialności. Oskarżenie o okrucieństwo w imię własnego komfortu i wygody, które nader pochopnie i fałszywie lubimy nazywać wolnością.