Szukaj

Południk 21 - trailer

Południk 21

Pewnego dnia w niezamieszkałej posesji porzucone zostaje ciało znanego emerytowanego warszawskiego architekta. Śledztwo zostaje szybko umorzone, jednak główny bohater, komisarz Ireneusz Nawrocki, postanawia je wznowić. W toku dochodzenia prowadzonego przy pomocy asystenta Mirka, tzw. Zomowca, i osadzonego w więzieniu polonisty natrafia na trop z dziejów Warszawy, związany z działalnością tajnej organizacji tzw. Sztyletników – zbrojnego stowarzyszenia utworzonego przez polskie podziemie w okresie powstania styczniowego.

[KUP KSIĄŻKĘ]


* * *
 

Tajemnice sztyletników - tekst Jarosława Klejnockiego

Czytelnicy “Południka 21” (a co ciekawe – także liczni dziennikarze czy wręcz krytycy) zadawali mi po lekturze powieści nader często pytanie o sztyletników. Fikcja to, wytwór wyobraźni czy prawda historyczna?

Otóż prawda, czysta prawda i informacje o ich działalności podczas powstania styczniowego są rzetelne. Sztyletnicy stanowili coś w rodzaju instytucji kontrwywiadowczej (i wywiadowczej zarazem) Rządu Narodowego, zajmowali się identyfikacją, tropieniem czy wreszcie likwidacją szpiegów i agentów Rosji.

Licentia poetica zaczyna się w powieści wówczas, gdy sugerowane są powiązania Michała Czajkowskiego (też postaci historycznej) z tą organizacją. A już w czystą fikcję przeradzają się tezy stawiane przez Zbigniewa Łyska (postać wymyślona, choć nie bez inspiracji współczesnością...), że sztyletnicy, właśnie za sprawą Czajkowskiego, wyewoluowali w tajną spiskową organizację międzynarodową (i to na długo przed wybuchem styczniowej irredenty!), której metodą był terror indywidualny a celem – destabilizacja politycznego status quo w postwiedeńskiej (Traktat wiedeński 1815) Europie.

Tu już nie mamy do czynienia z historią, tylko spekulacją. Ale – uwzględniając cechy osobowościowe Czajkowskiego, jego losy – a zwłaszcza losy jego pokaźnego w końcu majątku – można potraktować koncepcje pojawiące się na łamach “Południka” jako co prawda wymyślone, ale jednak p r a w d o p o d o b n e.

Nie będę ukrywał, że moim celem było też zakpienie ze spiskowych teorii historii. Jakkolwiek malownicze, bywają zazwyczaj przejawem maniakalnego myślenia. Moim emisariuszem na manowce tej manii jest właśnie Zbigniew Łysek, którego dalszą część wywodów (nieobecnych w powieści) przedstawiamy poniżej (fragmenty pracy w książce na stronach: 233 – 239)



BRAKUJĄCA CZĘŚĆ ANEKSU I –

Wyjątki z pracy magisterskiej Zbigniewa Łyska dotyczącej domniemanej działalności organizacji terrorystycznej Michała Czajkowskiego w Europie (druga połowa XIX wieku).

(...)
Oto wykaz interesujących nas akcji terrorystycznych oraz zamachów o niewyjaśnionym charakterze. Uwaga! Niniejsze zestawienie (w porządku państwowym) zawiera opis jedynie tych zdarzeń, których nieokreślona geneza oraz liczne poszlaki (o których mowa w rozdziale III mojej pracy) wskazują na możliwe przypisanie ich zaistnienia inspiracji organizacji kierowanej przez Michała Czajkowskiego.


Włochy

- 15.11.1848 Rzym, Wiosna Ludów. Zamach na premiera rządu papieskiego Pietro Rossi, lat 61. Premier zginął, kiedy szedł na posiedzenie rządu, a te odbywały się w Bazylice św. Piotra. Polityczny moment był niezwykle ważny - rząd miał zadecydować o wezwaniu na pomoc wojsk francuskich, które uspokoiłyby wrzenie wewnętrzne w państwie. Nie wiadomo kto zabił go na schodach do Bazyliki. Cios zadano sztyletem w gardło, zamachowiec najprawdopodobniej był sam (co ciekawe, o zamachach za pomocą trucizny i sztyletu mawiano w Rzeczpospolitej szlacheckiej, że to metoda działania “po włosku”). Premier umarł w swoim mieszkaniu w wyniku wykrwawienia się. Następnego dnia wybuchła w Rzymie rewolucja, a to może oznaczać, że zamachowiec był powiązany z republikanami. Czy był powiązany również z Piemontem – tego nie wiadomo, ale jest to możliwe (dla Piemontu, dążącego do zjednoczenia Włoch, przemiany rewolucyjne w państwie papieskim były niezwykle korzystne). Papież Pius IX uciekł z Rzymu do Gaety wraz z całym kolegium kardynalskim. 9.02.1849 w państwie kościelnym ogłoszono republikę, ale 12.04.1850 Papież wkroczył z powrotem do Rzymu na czele wojsk francuskich, likwidując propiemoncką republikę. Prezydentem Francji, zanim został Cesarzem, był wtedy Napoleon III. W interesie Francji nie leżały zjednoczone Włochy, zatem popieranie państwa kościelnego (a w konsekwencji dalszego rozbicia Włoch) było fundamentalnym elementem polityki francuskiej. Z tego też powodu garnizon francuski stacjonował w Rzymie aż do 1870 roku (czyli do wojny prusko-francuskiej), jako element stabilizujący profrancuskie status quo we Włoszech.
W tym przypadku nie udało się odnaleźć najmniejszych choćby poszlak, które pozwoliłyby powiązać tę akcję terrorystyczną z organizacją Czajkowskiego lub z nim samym. Niemniej wiele elementów tego zamachu przypomina inne, ewidentnie inspirowane lub nawet przeprowadzane przez ludzi Czajkowskiego, akcje. Zamachowiec był najprawdopodobniej przybyszem (stąd nie odnaleziono żadnych tropów związanych z nim), ale zamach popełniono w stylu typowym dla regionu, gdzie miał miejsce (typowy również był dla organizacji Czajkowskiego kamuflaż). Zamachowiec dysponował niewątpliwie bardzo szczegółowymi informacjami dotyczącymi ofiary, a także orientować się musiał w przebiegu prac papieskiego rządu (nie bez kozery zamach popełniono na moment przed wezwaniem przez ów rząd wojsk francuskich na pomoc). A doskonały wywiad i perfekcyjność w doborze metod zamachu – to właśnie znaki firmowe Czajkowskiego.

- 26.03.1854 – zabójstwo księcia Parmy, Karola III de Bourbon. Zabójca: Carra (imienia nikt nie pamięta). Zamach był udany, terrorysta działał sam. Sposób: znów sztylet. Pchnięcie w żołądek, a w konsekwencji perforacja jelit i śmierć ofiary następnego dnia. Stało się to na ulicy Santa Lucia, książę spacerował sobie po mieście sam bez obstawy. Carra to kolejny fanatyczny zwolennik Mazziniego, ideologa Młodych Włoch. To sugeruje powiązania z “międzynarodówką republikańską”, w której udział miał Czajkowski i jego organizacja. Ciekawie – i nadzwyczaj profesjonalnie - prezentuje się postępowanie Carry po zamachu (a to oznacza, że zapewne był szkolony w tej materii). Kiedy policja zarządziła pościg za zamachowcem, Carra po prostu przyłączył się doń, ale ponieważ był notowany, któryś z wywiadowców policyjnych rozpoznał go. Ostatecznie policja go aresztowała, ale dysponowała tylko poszlakami (sztyletu nie znaleziono, nie zgromadzono innych dowodów bezpośredniego udziału). Co prawda znaleźli się świadkowie, bo sprawa się jednak oparła o sąd, ale Carra został uniewinniony. Albo więc świadkowie byli niewiarygodni (sąd podał oficjalny powód: brak wiarygodnych dowodów), albo zeznania były zbyt słabe, by podtrzymać oskarżenie. Carra na wszelki wypadek uciekł do USA (tu sugestia: został “przerzucony”), a dopiero tam przyznał się komuś otwarcie, w chwili słabości, że to on dokonał zamachu. Nie było wszakże umów ekstradycyjnych między państwami, poza tym USA izolowały się od polityki światowej, więc gdyby nawet rząd parmeński wystąpił o przekazanie Carry, to i tak by do tego nie doszło. Intrygujące, że nawet o to nie zabiegano (efekt nacisków i pozakulisowych działań wpływowych plenipotentów Carry’ego, czy realistycznego osądu sytuacji?).


Hiszpania

- 2.02.1852. Cel zamachu: Izabela, córka ultrakatolickiego króla Ferdynanda VII de Bourbon. Król był znanym konserwatystą, gnębiącym m.in. malarza Goya’e (zakazane wystawy, cenzura, donosy do Świętej Inkwizycji). Ferdynand rządził od lat trzydziestych, w międzyczasie w Hiszpanii miała miejsce wojna domowa. Zwolennicy modernizacji Hiszpanii chcieli wprowadzenia prawa napoleońskiego, a ponieważ Ferdynand nie potrafił sobie poradzić z sytuacją w kraju, wezwał na pomoc wojska francuskie, które przekroczyły granicę i stłumiły powstanie. We Francji panował w tym czasie Ludwik XVIII. Po śmierci Ferdynanda w Hiszpanii wciąż panował chaos. Córka zmarłego króla, Izabela, była małoletnia, regencję sprawowała królowa matka - Maria Krystyna (jej zwolenników zwano krystynosami). Prawą ręka regentki był książę Walencji – generał Navareza. Innym pretendentem do władzy był brat Ferdynanda Karol (jego zwolenników zwano wobec tego karlistami). Karol był fanatykiem religijnym jeszcze większym niż Ferdynand – ogłosił nawet Matkę Boską Generalissimusem armii. Poza tym w grze o władzę uczestniczyli jeszcze republikanie, dla których obie frakcje były wrogowie. Jeden z republikanów - Martin Merino – zamieszany był w spisek przeciwko Marii Krystynie (w roku 1844). Został aresztowany, ale wypuszczono go z braku dowodów (mimo że ślady konspiracji były jasne i wyraziste). Oswobodzony spiskowiec wolał uciec niż czekać, aż ewentualne dowody się znajdą. Zbiegł zatem do Francji i postanowił zostać księdzem (co zresztą uczynił, wstąpiwszy do zakonu franciszkanów). Być może był to kamuflaż – w Hiszpanii ksiądz cieszył się bowiem niemal bezgranicznym zaufaniem. Jako ksiądz wrócił do Hiszpanii, gdzie tymczasem Izabela dorosła i została królową. A Merino został proboszczem jednego z madryckich kościołów. W 1852 królowa, bardzo skądinąd pobożna, postanowiła odwiedzić Katedrę, co nie zdarzało się często, gdyż władcy zazwyczaj korzystali – w celach religijnych - z kaplicy w Escorialu. A ponieważ to było wielkie wydarzenie, w katedrze zebrało się liczne duchowieństwo. Przy takich okazjach był zwyczaj, że monarsze daje się petycje. Merino był obecny pośród niższego duchowieństwa, podszedł więc do królowej z petycją, w której schowany był sztylet. Przy wręczaniu pisma królowej pchnął Izabelę, ale jej nie zabił, bo miała na sobie gorset Królowa została ranna, a zamach nie powiódł się. Czyn Merina wiązano z tradycją hiszpańską, bo w XVII wieku ks. Mariana (jezuita) napisał traktat, który udowadniał, że monarchę, który sprzeniewierzy się prawdzie, albo wykaże w swych działaniach ewidentne zło – zwłaszcza kiedy przekracza normy katolickiej etyki – można zabić, a sprawca takiego czynu może zostać zaliczony do grona zbawionych. Merino (miał wówczas sześćdziesiąt trzy lata!!!) został natychmiast aresztowany. Jego egzekucja była publiczna, przyszło czterdzieści tysięcy ludzi. Jezuita się nie przyznał, a żeby duchownego zabić w majestacie prawa, trzeba było odebrać mu święcenia, co zresztą episkopat hiszpański ochoczo uczynił. Sposób wykonania wyroku: garrota. Efekt: dwa lata później wybuchła rewolucja sprowokowana przez republikanów. Trwała dwa lata, a bałagan polityczny w Hiszpanii osiągnął szczyty. Niby krystynosi opanowali władzę, ale chaos był tak wielki, że zniechęcona Izabela w 1868 roku ogłosiła abdykację, bo miała tego wszystkiego zwyczajnie dosyć. Nie ma dowodów, ale w tych czasach Bismarck szukał powodów do wojny z Francją. Czyli: istniała tu inspiracja niemiecka, albo zadziałał spisek mający wywołać konflikt międzynarodowy – co, jak wiadomo, mogło być po myśli patriotom polskim zainteresowanym kontynentalną wojną pomiędzy dawnymi sojusznikami zjednoczonymi niegdyś przeciw Napoleonowi Bonaparte. Po abdykacji Izabeli Kortezy ogłosiły coś w rodzaju wolnej elekcji na obsadę tronu, a król pruski desygnował swojego siostrzeńca Hohenzollerna. A to był już powód pośredni do wojny z Francją. Powodem bezpośrednim zaś była kontrabanda broni. Interesujące – przed powstaniem styczniowym celnicy pruscy przymykali oko na przemyt broni przez granicę (był to sposób, którym Prusacy mogli się posłużyć po raz kolejny). Taktyka Bismarcka polegała na tym, by zarysować opinii międzynarodowej (i własnej) obraz, że Prusacy nie są agresorami, tylko reagują na jawną niesprawiedliwość polityczną. Ale w konsekwencji odwołano intronizację Hohenzollerna, bo Francja się tego stanowczo domagała, a królem został Amadeusz I z dynastii Sabaudzkiej, czyli syn króla Włoch Wiktora Emanuela II (tego, który zjednoczył Italię). Na Amadeusza też był zamach 18.07. 1872 roku – nieudany- i on też abdykował, zniechęcony. Ostatecznie na tron wstąpił syn Izabeli II Alfons XII (1873). Tego znów nienawidzili anarchiści, zamachów nań było sporo i król zmarł przedwcześnie z powodu wyczerpania nerwowego.
Aczkolwiek wywołanie konfliktu europejskiego nie doszło w tej sytuacji do skutku, widać wyraźnie, że intencje spiskowe mogą zostać dostrzeżone pod podszewką dyplomatycznych zabiegów. Kto był ewentualnym inspiratorem takich działań – nigdy do końca nie wyjaśniono (choć takie próby oczywiście były). Sugestia, że stał za nimi Czajkowski ze swą organizacją i wpływami jest możliwa, choć w żaden sposób nieudowodniona.


Prusy

- lipiec 1844 – zamach na króla Fryderyka Wilhelma IV. Zamachowcem był pięćdziesięciosześcioletni były burmistrz, emeryt brandemburskiego miasteczka Storkow - Gustaw Tschech. Jako burmistrz, kiedy wybuchła w okolicy epidemia cholery, świetnie się spisał i cały Storkow poniosło bardzo małe straty. W uznaniu zasług otrzymał pismo z kancelarii królewskiej, że w nagrodę zostanie odznaczony wysokim orderem. Tschech czekał cierpliwie, ale medalu się nie doczekał, więc w końcu zdenerwował się i zaczął kancelarię monitować, aż w końcu niemniej uroczystym pismem jak poprzednio poproszono go, by takich monitów nie przysyłał. Załamany burmistrz podał się do dymisji, ale ten desperacki gest też nie wzbudził żadnej reakcji u króla. Tschech, coraz bardziej sfrustrowany podjął iście histeryczną decyzję – w akcie zemsty postanowił króla zabić. W dokumentach sprawy pozostały ślady jego zażyłych kontaktów z dwoma Polakami, którzy chwilowo zamieszkiwali w Storkow - jak wieść niosła, przebywali tam w interesach. W tych czasach “specjalnością” Prusaków – zamachowców były dwulufowe pistolety. Tschech kupił sobie taki pistolet, gdyż wiedział, że przez jego miasteczko będzie przejeżdżał król wybierając się do jakiegoś austriackiego uzdrowiska. Kiedy 25.07 król zatrzymał się w Storkow, na rynku zgromadził się tłum ludzi. Burmistrz był za daleko, więc nie udało mu się podejść na odległość skutecznego strzału. Przełożył zatem zamach na następny dzień. Pomógł mu przypadek, udało mu się wtedy dojść na półtora metra do króla. Poprzedniego dnia wręczano petycje, z tłumu wysunęła się jakaś kobieta, żona kupca z Akwizgranu i wręczyła swoją prośbę, żeby męża wypuścić z więzienia. Królowa nawet się za nią ujęła, a Fryderyk przyjął petycję i powiedział, że sprawa zostanie załatwiona pozytywnie. I właśnie następnego dnia rano (około ósmej) ta sama kobieta uczepiła się królewskiej karety, co wywołało rozgardiasz, także wśród eskorty. Burmistrz mógł się dzięki temu przysunąć i dziwnym trafem ułani nie zareagowali. Tschech wypalił, ale było zimno i król był tego dnia omotany płaszczem wojskowym. Ten płaszcz był częściowo owinięty na ręce, którą król się zasłonił, widząc napastnika. Pierwsza kula zatrzymała się na płaszczu, druga nie trafiła, rykoszetowała i upadła na podłogę karety. Burmistrza zatrzymano, osądzono i skazano na śmierć. Ścięto go 16.11.1844r.

- Zamach na tego samego władcę na Dworcu Poczdamskim w Berlinie 22.05.1850 roku, czyli już pod koniec Wiosny Ludów, w samo południe. Zamachowcem był były sierżant artylerii Gustaw Sefeloge (29 lat), który został spensjonowany z armii 1.10.1848 roku za związki z demokratami (czynnie uczestniczącymi w wydarzeniach Wiosny Ludów).Uzbrojeniem Sefeloge’a był dwulufowy obrzyn. Król szedł w towarzystwie Głównego Inspektora Kolei i odbierał od ludności petycje. Sefeloge, zgodnie ze zwyczajem, ukląkł, król się pochylił, by prośbę odebrać, a wtedy zamachowiec wyciągnął zza pazuchy obrzyna. Król, jak podczas poprzedniego zamachu, zasłonił się ręką, a kula zraniła go dotkliwie (przeszła przez prawe przedramię i utknęła w rękawie, z którego zresztą przy rozbieraniu króla do opatrunku wytoczyła się teatralnie). Sefeloge drugi raz nie wystrzelił, bo żołnierz z ochrony ciął go szablą i zranił. Zamachowiec przed strzałem krzyknął: “Niech żyje wolność”, król zaś w ostatnim akcie przytomności krzyknął, żeby oszczędzić zamachowca (bo chciano go posiekać na kawałki). Aresztowano go, uznano winnym czynu, ale z drugiej strony stwierdzono, że jest chory umysłowo, więc odesłano do szpitala psychiatrycznego, z którego po paru latach wyszedł.

- Zamach na Bismarcka 7.05.1866 (jako jeden z pięciu lub sześciu). Zamachowcem był dwudziestodwuletni Karl Cohenblind (być może niemiecki Żyd?). Przybył z Londynu jako przedstawiciel organizacji anarchistycznej. Dwa lata wcześniej w Londynie odbył się meeting pierwszej międzynarodówki, która została zwołana pod hasłem pomocy powstaniu styczniowemu. Oprócz komunistów byli na niej obecni również anarchiści (między innymi Bakunin). Nie zdążono później ustalić czy Cohenblind działał samodzielnie czy w jakiejś organizacji. Ponieważ Bismarck był tylko kanclerzem Prus i nie spotkał się do tej pory z zamachami, więc jeździł w zasadzie bez obstawy i na dodatek otwartym powozem. Tego majowego dnia zatrzymał się, by uciąć sobie pogawędkę z kolegą z lat szkolnych majorem Echertem (dowódcą I batalionu gwardii królewskiej). Cohenblind po prostu podszedł, wyjął pistolet, przystawił do piersi kanclerza i, nic nie mówiąc, wystrzelił. To był pistolet ładowany od przodu, o sporej mocy rażenia. Strzał wypalił ogromną dziurę w ubraniu Bismarcka, przebił skórę, ale kula zatrzymała się na jednym z żeber (bo chyba było za blisko, żeby kula nabrała właściwej prędkości). Bismarcka odrzuciło, ale był to potężnie zbudowany mężczyzna, więc podniósł się o własnych siłach (sic!) – co więcej - dopadł zamachowca i zaczął się z nim szamotać. Cohenblind miał pistolet dwulufowy i w trakcie przepychanki wypalił po raz drugi, raniąc jakiegoś anonimowego przechodnia. Wtedy do walki włączył się major, a maszerujący żołnierze z jego batalionu złamali szyk i też pobiegli na pomoc. Cohenblind zaczął uciekać, ale widząc, że nie ma szans - wbiegł na klatkę schodową, zabarykadował się, wyjął sztylet i poderżnął sobie gardło (samobójstwo w stylu dawnych asasynów). Jedną z niewielu informacji, jakie udało się o nim uzyskać, była ta o miejscu skąd przybył do Niemiec (dzięki zachowanemu biletowi podróży). Konsultacje z policją angielską niczego specjalnego nie wniosły do sprawy. Anglia była wtenczas oazą wolności dla takich rewolucyjnych działaczy i nie monitorowano ich działalności.
(...)

Kontakty Czajkowskiego z licznymi organizacjami i ugrupowaniami politycznymi, które uczestniczyły w “międzynarodówce republikańskiej” są udowodnione i szeroko opisane.

Na tym kończą się fragmenty pracy, do której dotarł dr Jarosław Klejnocki, przygotowujący kwerendę dla komisarza Ireneusza Nawrockiego....

PS 1.
Oczywiście “międzynarodówka republikańska” to także wymysł na użytek powieści. Ale czy nieprawdopodobny?

PS 2.
Prawdziwa historia sztyletników to niemal gotowy scenariusz sensacyjnego filmu. Aż żal, że się – jak dotąd – marnuje.

PS 3.
Za konsultację historyczną, pomysły i wsparcie merytoryczne jeszcze raz głęboki ukłon składam Ireneuszowi Wywiałowi.

(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl