Komentarze do
"Czy reporterowi wolno zmyślać?"

W wersji radykalnej pytanie to postawić wypada jeszcze brutalniej: „czy reporterowi wolno kłamać?” Idzie o granicę między literaturą (której istota wszak tkwi w kreacji) a działalnością reportera, który ma raczej relacjonować (przynajmniej w dość potocznym mniemaniu).
Jak można się domyślać – pytania te stawiam po lekturze książki Artura Domosławskiego „Kapuściński non – fiction”, która jeszcze przed wydaniem narobiła sporo szumu, a nawet, jak to w Polsce, doczekała się recenzji od ludzi, co to nawet do niej nie zerknęli.
Od razu zastrzeżenie: właściwie nie o książce Domosławskiego chciałbym tu napisać kilka słów, ani nawet nie o samym Ryszardzie Kapuścińskim. Z licznych wątków obecnych w tekście dziennikarza „Gazety Wyborczej” wybieram zatem jeden, być może wcale nie najważniejszy (rozumiem, że dla wielu czytelników istotniejszy będzie np. wątek lustracyjny czy też towarzysko – erotyczny).
Sprawę, o której chciałbym się wypowiedzieć widzę w trzech aspektach: teorii reportażu, niedookreślonej pozycji artystycznej autora „Imperium” i wreszcie rozwarstwienia samego dorobku pisarskiego Ryszarda Kapuścińskiego.
Najpierw kwestia druga: na czym polegałoby „niedookreślenie pozycji artystycznej” twórcy „Cesarza”? Otóż – na występowaniu Ryszarda Kapuścińskiego w wielu rolach. Od roli dziennikarza agencyjnego, korespondenta zagranicznego, aż po rolę reportera, pisarza. To są jednak dość różniące się od siebie „profesje”. Od dziennikarza agencyjnego żądamy nadzwyczajnej rzetelności informacyjnej, reporter natomiast, a już pisarz obracający się w kręgu literatury faktu tym bardziej, mogą sobie pozwolić na zabiegi kreacyjne. Pozornie wydaje się, że droga Kapuścińskiego była linearna i prowadziła właśnie przez takie etapy – i w tej kolejności – jak wyżej przytoczyłem. Ale jednak nie, bo narrator w jego książkach pojawiał się (oczywiście w różnym stopniu) w rozmaitych „nasyceniach” wiarygodności. Stąd też złożona ontologia samego bytu pisarskiego, jakim był Ryszard Kapuściński. Słyszałem gdzieś (lub czytałem) genialne opisanie przeobrażeń autora „Wojny futbolowej”: że będąc dziennikarzem marzył o byciu reporterem zagranicznym; będąc już reporterem zazdrościł pisarzom i widział siebie w tej roli, a zostawszy pisarzem – postanowił stać się myślicielem (Domosławski zresztą, w wersji co prawda okrojonej, przywołuje ten aforyzm).
Teraz więc kwestia trzecia: rozwarstwienie dorobku. Mamy tu rzeczy malutkie, jak notki prasowe (czasami pewnie nawet anonimowe ) dla Polskiej Agencji Prasowej (nb. Marcin Wojciechowski pisze w „GW”: „Jego depesze były niezwykle szczegółowe i kompetentne. Sporo ich wchodziło do biuletynu specjalnego PAP, przeznaczonego dla najwyższych władz PRL. To najlepsza, acz przewrotna, rekomendacja rzetelności Kapuścińskiego”), mamy „czyste” reportaże (jak – w moim przekonaniu np. „Busz po polsku”), mamy literaturę faktu (jak „Wojna futbolowa”), mamy „czystą” literaturę piękną (przede wszystkim „Cesarz”, w mniejszym stopniu „Szachin – szach” i „Heban”), mamy książki refleksyjno – filozoficzne (też w rozmaitych podgatunkach: „Imperium”, „Lapidarium” czy „Podróże z Herodotem”).
Jeden autor – a tak wiele „języków” wypowiedzi. Łatwo jest się czytelnikowi pomylić, albo: trudno jest się czytelnikowi zorientować – „który” Kapuściński w danej chwili, w danym dziele mówi.
Obserwator uczestniczący i skwapliwie notujący, by potem – w refleksji uogólniającej opisać zdarzenia, których był świadkiem w sposób szerszy, panoramizujący („Wojna futbolowa”). Artysta, który przetwarza fakty i kompiluje źródła, by stworzyć alegorię („Cesarz”). Myśliciel, który z obserwacji, uczestnictwa i lektur wysnuwa opowieść na poziomie refleksji uglobalnionej z jednej, a skonkretyzowanej na danym modelu cywilizacyjno – kulturowym z drugiej („Imperium”).
Weźmy przykład „Cesarza”, chyba najbardziej literackiej książki Kapuścińskiego. To nie jest opowieść o Etiopii, to jest opowieść o alienacji władzy na bardzo ogólnikowo zarysowanym etiopskim konkrecie. Jeśli już się upierać przy jej walorach poznawczych – to najciekawsze, że książka ta szła pod prąd oficjalnego wizerunku Hajle Selasje w Polsce (pozytywnego, ze względu na walkę cesarza z faszyzmem). Była poza tym czytana jako aluzyjny portret funkcjonowania Edwarda Gierka i jego ekipy (nie bez kozery zwanej często „dworem”). De facto – w odbiorze czytelniczym była to książka „opozycyjna”.
Znajduję natomiast wypowiedź filozofa angielskiego Rogera Scrutona w „DGP”: „Kiedy pierwszy raz przeczytałem jego książkę o cesarzu Etiopii, od razu zrozumiałem, że ten człowiek pracuje dla służb specjalnych. To było oczywiste. Cesarz ukazał się akurat w momencie, kiedy Związek Radziecki chciał przejąć to afrykańskie państwo. Przygotowywał drogę do tzw. Rewolucji pułkownika Mengistu Hajle Mariama i wszystkich horrorów, które potem oglądaliśmy (Ale kto przygotowywał? Kapuściński czy Związek Sowiecki? – JK)”.
Nonsens pogania tu nonsens. Przede wszystkim ten literalny odbiór parabolicznego tekstu! Że o Etiopii właśnie i na dodatek biorący udział w jakimś szatańskim spisku politycznym! Oj, kompetencje literackie filozofa pozostawiają wiele do życzenia.
Poza tym wiadomo, że Kapuściński pisał z mozołem, że się z „Cesarzem” zmagał czas dłuższy, szukając odpowiedniej poetyki. Służby byłyby tak doskonałe, że skonwergowałyby czas wydania książki z jakimiś makiawelicznymi ruchami Sowietów na politycznej szachownicy? A poza tym o jakim wydaniu „Cesarza” mówi Scruton? O pierwszym, w Polsce? A kto by się przejmował urabianiem krajowego czytelnika, żeby usprawiedliwić rozmaite zakusy ZSRR? Jak sowieci wchodzili do Afganistanu, to żadnej podobnej akcji literackiej w naszym kraju nie było. A jeśli Scruton ma na myśli wydanie zagraniczne „Cesarza” w języku angielskim – to już w ogóle kosmos, kiedy ma się w pamięci odległość czasową rozdzielającą kamień węgielny pierwszego zdania książki od materializacji tłumaczenia (a po drodze jeszcze zabiegi autopromocyjne autora w tym zakresie, bo mu specjalnie nie pomagano).
Piszę o tym, żeby poobserwować funkcjonowanie mitomanii i mitotwórstwa. „Cesarz” to czysta literatura, powtarzam, tu twórca ma kompletną dowolność kreacji. Ale jeśli czytelnik kojarzy Kapuścińskiego z reporterką, a w książce wolałby widzieć cudacznie podany portret Etiopii – to już jest sam sobie winien… Słychać głosy komentatorów, że byłoby lepiej, gdyby za każdym razem Kapuściński dawał jakieś klarowne znaki – czym jest dana książka, jak ją rozumie: czy raczej literacko, czy dziennikarsko itd. Sic!
Wreszcie aspekt pierwszy: teoria reportażu. Pojęcie „literatura faktu” rozbudowuje ramy reportażu, nadając mu możliwości kombinatoryki w zakresie tzw. „formy”. Innymi słowy: materia tekstu ma swe korzenie w rzeczywistości, natomiast technika pisarska zakorzeniona jest w typowo literackich zabiegach. Jeśli zatem w tej sferze mieć pretensje do Domosławskiego, to takie, że zaniedbał refleksję teoretycznoliteracką i – zbytnio ufając samej praktyce – nie znalazł czasu, aby się nieco z dziejami reporterki zapoznać.
Tylko informacyjnie zatem, bo nie będziemy tu prowadzić wszechnicy literaturoznawczej – powołajmy się na prace nestora Wańkowicza. W połowie lat 70. XX wieku ukazała się fundamentalna, dwutomowa rozprawa autora „Na tropach Smętka”, w której podjął się – publicystycznego co prawda – ale jednocześnie dość wszechstronnego, rozbioru problematyki reporterskiej. W tomie I „Karafki La Fontaine’a”, w rozdziale „Poszerzenie konwencji reportażu” dylematy, które Domosławski stawia jako odkrywcze i krytyczne (kwestia konfabulacji, synkretycznego kształtowania postaci – etc.), zostały przez Wańkowicza z werwą scharakteryzowane. Oto fragment:
„Bohater przyjeżdża do Casablanki. Pragnie dać obrazek, jak bezdusznie zachowywali się urzędnicy. Mam z Belgradu świetny kamyczek, jak tamtejszy konsul traktował zwracających się do niego rodaków. Wprawiam go w passus Casablanki, pasuje jak ulał do tematu, bo tematem nie jest taki czy inny konsul, tylko los polski, który oddać należy w całej prawdzie. Reportaż jest o tym losie właśnie, a technika tycząca postronnych tematów – półpowieściowa. Jest to jasne, bo nazwiska są fikcyjne, czytelnik jest uprzedzony. Mimo to otrzymuję płomienne protesty, że przecież w Casablance był konsul Iksiński, przykładny Polak mający sześcioro dzieci, a ja go tak obsmarowałem.
Ustęp w „Drogą do Urzędowa” o komendancie garnizonu w Taranto był sklejony z obserwacji trzech generałów. Trzebaż, że ten, który był w Taranto, szukał protektorów po prasie, która przez niedźwiedzią przysługę przygwoździła go na amen do opowiadania i do śmiesznostek jeszcze dwóch generałów.”
Konwencja literatury faktu dopuszcza więc swoiste manipulacje, żadnej Ameryki Domosławski tu nie odkrywa. Raczej się kompromituje, stawiając zarzuty wobec praktyki pisarsko - reporterskiej Kapuścińskiego.
Ale, żeby była w tej sprawie pełna jasność, że strawestuję klasyka poezji: uważam, że pisarstwo Ryszarda Kapuścińskiego jest – w ostatecznym rozrachunku – nierówne. Dawne, pozostające w orbicie rzetelności, reportaże zagraniczne o ambicjach interpretacyjnych wobec rzeczywistości („Jeszcze dzień życia”, „Kirgiz schodzi z konia”) postarzały się mocno i dziś bardzo ciężko się je czyta. Można powiedzieć, że zbyt wielkie ambicje, a za ciężkie jeszcze – wtedy – pióro (albo uwikłania).
A znów książki pisane z pozycji myśliciela: „Imperia”, „Lapidaria”, „Podróże z Herodotem” – nazbyt naskórkowe, by nie rzec – miejscami powierzchowne. Ewidentnie status myśliciela nie posłużył autorowi.
Natomiast „Cesarz”, „Szachin – szach” i – z pewnymi wątpliwościami – „Heban” – ekstra. Nobel.
No dobrze, zapytacie, ładnie, ładnie – ale jaka w końcu Twoja odpowiedź na postawione w tytule pytanie? Mógłbym się wyłgać jakimś zgrabnym sylogizmem w stylu: „Reporterowi wolno kłamać, ale tylko po to, by powiedzieć Prawdę”. Albo, jak mawiają Włosi: „Se non e vero, e ben trovato („nawet jeśli nieprawdziwe, to dobrze wymyślone”).
Jednak – poważnie – nie wiem. Chciałbym widzieć w Ryszardzie Kapuścińskim pisarza, który napisał dwie, trzy genialne książki. A to wszak nie tak mało.
 



Treść komentarzy
Autor: Aleksander Kopiński

Na marginesie: odkrywanie Ameryki przez Domosławskiego jest świadectwem, których legion, na spustoszenie, jakie w naszej kulturze pozostawił PRL. Bynajmniej nie lustrzany obraz rzeczywistości w reportażu był oczywistością dla polskich czytelników już w latach 30. Żeby się w tym zorientować, wystarczyło przekartkować w księgarni rozcięte, pokazowe egemplarze "Hiszpanii bohaterskiej" Jędrzeja Gierycha i "W czerwonej Hiszpanii" Ksawerego Pruszyńskiego. Komuna zadbała, by tego rodzaju dysonanse poznawcze nie pomarszczyły przesadnie mózgowia inteligenta.

Autor: Krzysztof Mazur

Reporterowi nie wolno kłamać, ale świadomość gdzie się zaczyna zmyślenie rośnie powoli i rozgraniczanie fikcji od literatury faktu następuje stopniowo. Dzisiaj świadomość jest większa niż 50, 100, 200 lat temu itd.

Nie czytałem Kapuścińskiego, ale oczywistym się wydaje, że żekoma reporterskość umożliwiła wydanie Cesarza.

Jeśli chodzi o ukąszenie heglowskie, to istnieje uwspółcześniona wersja tagoż w postaci filozofii wczesnego Kuhna ze "Struktury rewolucji naukowych" (1962) (tego też nie czytałem jeszcze), gdzie autor wymyślił pojęcie "paradygmatu" odgrywającego tą samą rolę co "duch czasu" u Hegla-Marksa. Później Kuhn się wycofał, ale eks-marksizm doskonale się na to załapał. W Polsce obecnie "paradygmaty" są ulubionym słowem krytyki politycznej i Żakowskiego, ale nie zdziwiłbym się gdyby załapali się na to "integryści" katoliccy.

 

 

Autor: Nanek > Czernow

"Wątpię, żeby ideologia komunistyczna za główny swój punkt obierała pozbawianie milionów ludzi życia".

No i co, pytam, z tego? Czy to ma być usprawiedliwienie dla Lenina, Stalina, Berii, Po Pota? Wątpię, by te kreatury stawiały sobie za "główny punkt" pozbawienie życia miliony ludzi, one "tylko" realizowały swoje komunistyczne cele, tak, jak je rozumiały. Środkiem do tego (a nie celem!) była eksterminacja. Owoce znamy. Oczywiście ktoś "ukąszony heglowsko" nie może być od razu porównywany do największych zbrodniarzy. Jednak wyznawanie tej samej ideologii czyni go nolens volens w pewien sposób współodpowiedzialnym za zło zrodzone z komunizmu. Tego niestety nie pojmują rozmaici "odważni wyznawcy zdrowego rozsądku".

Autor: Michał Czernow

"bo jest to jawne przyznanie, że wyznawanie ideologii, która pozbawiła życia miliony ludzi, było aktem pozytywnym"

Wątpię, żeby ideologia komunistyczna za główny swój punkt obierała pozbawianie milionów ludzi życia. Wątpię też, że właśnie ten punkt wyróżniał w swoim odważnym światopoglądzie Kapuściński. Zresztą gdyby posłużyć się takim argumentowaniem, to chrześcijaństwo również można uznać za ideologię, która pozbawiła miliony życia (założywszy, że przynajmniej dwa miliony się przez te wieki uzbierały). Osobiście uznaję Marksa za wybitnego intelektualistę, mimo późniejszych ofiar komunizmu.

To tak w obronie Jacka Żakowskiego, którego cenię jako odważnego wyznawcę zdrowego rozsądku.

Muszę przyznać, że porównanie do nazistów jest trudne do odparcia. Można uznać je za ocierające się o Prawo Godwina, ale nie przesadzajmy. Za to zwrócę uwagę na nadużycie. Określenie kogoś ideowym nazistą jest jak najbardziej w porządku. Być może komuś się może przymiotnik ideowy łączyć z pozytywnym znaczeniem, ale to już raczej nadinterpretacja. Natomiast wspomniane nadużycie polega na nazwaniu członków NSDAP ideowymi obywatelami, co absolutnie nie jest równoznaczne ze sformułowaniem "ideowy nazista" czy "ideowy komunista". Również odważny obywatel i odważny komunista to różne sformułowania, a tymczasem w ananlogii członek NSDAP zrównany zostaje z odważnym obywatelem. "Prostych" i "porządnych" nie wyjaśnie inaczej, niż jako pozytywny dodatek, by teza wyszła jednoznacznie, a nie mgliście.

Autor: Nanek

Nie czytałem żadnej książki Kapuścińskiego, muszę to nadrobić wedle klucza zaproponowanego mi przez Gospodarza. Jestem natomiast przerażony nazwaniem Kapuścińskiego "odważnym, ideowym komunistą" (Jacek Żakowski), bo jest to jawne przyznanie, że wyznawanie ideologii, która pozbawiła życia miliony ludzi, było aktem pozytywnym. Ciekawe, czy publicysta ów uważa, że w NSDAP nie było odważnych i ideowych ludzi? Bo wedle tej obłędnej lewackiej logiki musimy przynać, że tak, tysiące członków NSDAP to prości, porządni, ba, odważni i ideowi obywatele, których jednym błędem było to, że uwierzyli w nazizm.


Dodaj komentarz



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl