Komentarze do
"Avataryzm"

W najnowszej (3/2010) „Europie”, dodatku matowopapierowym do błyszczącego „Newsweeka”, artykuł Slavoja Żiżka pod tytułem „Avatar”, czyli ćwiczenia z ideologii poprawnej politycznie”.
Po jego przeczytaniu przypomniał mi się pewien felieton Michała Pawła Markowskiego, pomieszczony niegdyś w „Tygodniku Powszechnym”.
(Swoją drogą niezmiernie żałuję, że Markowski zaprzestał pisania felietonów dla „TP”. Że Profesor świetne pióro ma, to mniej więcej wszyscy wiemy, ale mnie właśnie te krótkie teksty, błyskotliwe – i złośliwe – czytało się doskonale. Już niemal widziałem Profesora w rzędzie najwybitniejszych polskich felietonistów przełomu wieków – niemniej jednak do tego tytułu potrzebny byłby większy dorobek w tym gatunku).
Przypomniał mi się zatem ten dawny felieton, a może tylko jedna fraza, dotycząca właśnie SŻ. Otóż pisał Markowski, że zobaczył Onego w jakiejś nowojorskiej czy waszyngtońskiej księgarni, jak Tenże bobrował namiętnie pomiędzy opasłymi tomami. I tylko drobna, ale jakże smakowita, uwaga felietonisty. Że mianowicie nigdy nie czuł zbyt wielkiej pasji do zgłębienia myśli rozmaitych SŻ, gdyż w przypadku tego filozofa input równa się zwykle outputowi.
Artykuł Żiżka, przy pomocy narzędzi wprost z wyrafinowanej i zaawansowanej psychoanalizy (tu wszakże sprowadzonej do wymiarów średniozorientowanego w kwestii inteligenta) udowadnia, że „Avatar”, będąc szczytowym – w tej chwili – osiągnięciem sztuki filmowej na poziomie technologii obrazu, jest jednocześnie – w swej warstwie ideowej, dziełem dość – mówiąc po marksowsku - wstecznym („…trzy cechy „Avatara” – wierność starej formule łączenia się w parę, wysoki poziom fantasmagoryczności i naiwna akceptacja Starego toposu białego mężczyzny, który poślubia księżniczkę tubylców i zostaje ich królem – czynią z niego film ideologicznie konserwatywny i staroświecki”).
Po drodze – sporo przykładów z różnych parafii życia kulturalnego, które zmasowanym atakiem przygważdżają czytelnika. Oto mój ulubiony fragment: „Weźmy animowany hit kasowy „Kung Fu Panda” (sic! – JK), gdzie mamy tylko codzienne, pospolite przedmioty i potrzeby oraz pustkę pod spodem – wszystko inne jest iluzją (projekcja Zen? – JK). Nawiasem mówiąc, właśnie dlatego wszechświat tego filmu jest aseksualny: nie ma tam seksu ani pożądania, rzecz rozgrywa się w preedypalnym stadium oralno – analnym (zresztą imię głównego bohatera, Po, to potoczne niemieckie określenie na „tyłek”).
Nie wiem czy wszystkie te armaty były konieczne. Siłą zuniwersalizowanych obrazów filmowych (ale też innych „tekstów” estetycznych) jest odwoływanie się do zinterioryzowanych w danych modelach kultury (jednocześnie otwartych na recepcję w innych modelach) mitów, uwidaczniających się w sztuce poprzez odpowiednie toposy. Od słynnego animowanego obrazu Disney’a z lat trzydziestych XX wieku („Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków”) po „Star Wars” czy „Matrix”. Opisywana przez Żiżka paradoksalność „Avatara” (nowatorstwo języka i konserwatyzm, staroświeckość przesłania) to zatem coś w rodzaju dawno oswojonej normy.
„Avatar”, w moim przekonaniu, to rzecz bliższa rozważaniom o tęsknocie za arkadią (ideałem opiekuńczej natury) w koniunkcji z utopią (idealnym system „politycznym” czy też porządkiem społecznym). Nie bez znaczenia odgrywają tu rolę pewne echa bliskie refleksjom sentymentalistów, nie mówiąc już o skonkretyzowanych aluzjach do interwencji militarnych w Iraku czy Afganistanie (skądinąd dość tanie, gdyby je uwzględniać)...
Kolejna intrygująca kwestia:
„Dlatego ciekawie byłoby wyobrazić sobie sequel do „Avatara”, w którym głównego bohatera po paru latach (czy raczej miesiącach) błogiej harmonii ogarnęłoby dziwne poczucie obcości i tęsknota za zepsutym ludzkim światem. Źródłem tej obcości jest fakt, że każda rzeczywistość, nawet najdoskonalsza, prędzej czy później nas rozczarowuje, Doskonała rzeczywistość fantasmagoryczna rozczarowuje właśnie przez swoją doskonałość, która oznacza, że nie ma w niej miejsca dla nas, wyobrażających ją sobie podmiotów. Pierwsze opowiadanie cyklu „Her Body Knows” Davida Grossmana jest literackim odpowiednikiem „Dziennika panny służącej” Louisa Bunuela – arcydziełem ukazującym podstawowe fantasmagoryczne współrzędne zazdrości. Zazdrosny podmiot kreuje/wyobraża sobie raj (utopię pełnego szczęścia), z której sam jest wykluczony. Ta sama definicja stosuje się do zjawiska, które możemy nazwać zazdrością polityczną – od antysemickich fantazji na temat rozkoszy życiowych Żydów, po fantazje chrześcijańskich fundamentalistów na temat zboczonych praktyk seksualnych gejów i lesbijek.”
Żiżek, wzorem rozmaitych aroganckich krytyków, wchodzi tu w buty twórcy i projektuje dzieło, które nie powstało, lekceważąc poniekąd dzieło istniejące. Nie ma sequela „Avatara”, jest „Avatar” – i prosilibyśmy o skupienie się na nim. To skądinąd irytująca cecha krytyków – wypominanie artyście, że stworzył „tekst” kultury nie taki, jaki powinien stworzyć!
Natomiast logika rozważań Żiżka nad wirtualnym sequelem przypomniała mi natychmiast tyrady mojego licealnego wychowawcy. Miał on dar wymowy i jego historycznych wykładów – zwłaszcza kiedy był w dobrej formie – słuchaliśmy z rozdziawionymi gębami. Ale miał on też ten feler, że zbyt literalnie rozumiał ideę wychowywania przez szkołę, co owocowało – jakoś tak raz na kwartał – Wielkimi Monologami podczas godzin wychowawczych. Nie do odtworzenia już są meandry toku narracyjnego, nie do zrekonstruowania wielopiętrowe metafory. Pozornie wszystko trzymało się kupy, jedno wynikało z drugiego, na gorąco trudno się było przyczepić do architektury wywodu, ale jednocześnie coś tu pachniało absurdem. Wychodził nasz wychowawca – na przykład – od zjawiska permanentnego spóźniania się na pierwszą lekcję i wynikało mu po czterdziestu pięciu minutach mówienia, że uchybienie to jest początkiem procesu, którego koniec będzie wyglądał tak, że dziewczęta zostaną prostytutkami, a chłopcy rabusiami.
Na koniec swego tekstu Żiżek, zgodnie z metodologią wykładu zarysowaną w poprzednim akapicie, odnosi „Avatara”, stosując zresztą zabieg bezpośredniej referencji, do pewnego konkretu politycznego:
„Kiedy „Avatar” zarabia pieniądze na całym świecie (miliard dolarów w trzy tygodnie po premierze), jednocześnie dzieje się coś, co dziwnie przypomina jego fabułę. Góry na południu indyjskiego stanu Orissa, zamieszkane przez plemię Dongria Kondh, zostały sprzedane koncernom górniczym, które zamierzają eksploatować tamtejsze gigantyczne złoża boksytu (których wartość szacuje się na 4 biliony dolarów). W reakcji na ten projekt wybuchła maoistowska rebelia naksalitów…”
Czyli: znów paradoks. Jeśli „Avatara” (przynajmniej w ujęciu Żiżka) da się interpretować w kategoriach antykolonializmu, to w tzw. „realnym świecie” korporacyjny kapitał hula sobie neokolonialnie, że hej. Po drodze Żiżek rehabilituje maoistyczny charakter partyzantki w regionie: „To prawda, że do brutalnych metod uciekają się obie strony, że „sprawiedliwość ludowa” maoistów jest surowa, ale chociaż nasza liberalna wrażliwość wzdraga się na widok tej przemocy, nie mamy prawa jej potępiać. (…) Jak się do tego ma film Camerona? Nijak: w Orissie nie ma szlachetnych księżniczek, które czekają na białych bohaterów, by je uwiedli i pomogli ich ludowi.”
Najlepsza jest jednak pointa: „Może więc prawdziwym awatarem jest „Avatar”, film zastępujący rzeczywistość?”
Ośmielony swobodą interpretacji Żiżka, przeformułowałbym to pytanie: może więc prawdziwym awatarem – i to do trzeciej potęgi – jest Żiżkowy komentarz, tekst zastępujący zorganizowaną intelektualną spekulację, zbudowaną wokół wykreowanej rzeczywistości symbolicznej?
 



Treść komentarzy
Autor: Krzysztof Mazur

Pan Zizek to oczywiście fragment pop-kultury-masowej.

 

Autor: Jurodiwiec

Zdumiewa mnie niezmiernie żywotność stadialności rozwoju psychospołecznego wg Freuda oraz innych mało empirycznych pomysłów poza ich właściwym kontekstem czyli poza psychologią. Ciekawe, że psychologia w znacznym stopniu wypchnęła Freuda, ku samozadwoleniu edypalno-orlanemu reszty humanistyki XX wieku.

Autor: Macca

Pseudonaukowe rozmemłanie Żiżka to fakt powszechnie znany, ale jego powodów nie szukałbym daleko. Zdarzali się przedstawiciele nauk humanistycznych skłonni twierdzić, że to już koniec, że to, czym się zajmują, stanowi apogeum możliwości naukowego poznania świata. Osobliwie ta przypadłość dotykała reprezentantów socjologii, którą studiował Żiżek; opętany ideą tego intelektualnego finalizmu był założyciel, właściwie kodyfikator podstaw socjologii, Comte, potem między innymi Marks, bliski Żiżkowi. Sam Żiżek całościowo uległ temu przekonaniu, wzmocnił je dodatkowo psychoanalizą (posiadającą równie toksyczne  predyspozycje do wszechobjaśniania) i wsparł derridiańskim dekonstrukcjonizmem (żeby było bełkotliwie).

W rezultacie zabiegi Żiżka (na przywołanym przykładzie dochodzącego do wniosku, że akcja filmu rozgrywa się w preedypalnym stadium oralno-analnym w oparciu o znaczenie imienia bohatera w niemczyźnie), przypominają sytuacje przedstawione w książkach Karola Maya, gdzie wszyscy Niemcy, posiadający na Dzikim Zachodzie znane i sławne nazwiska, oczywiście angielskie, wobec zagrożenia zmieniali je sobie na niemieckie, i tak Sam Hawkins (od Hawk – sokół), znowu stawał się Herr Falke (niem. – sokół). Imponujący kamuflaż! Co działo się z imieniem, tego akurat May nie wyjaśniał. Tyle że May pisał ponad sto lat temu. A przede wszystkim – dla dzieci. Żiżek również pisze dla dzieci – na przykład dzieci z Krytyki Politycznej. Choć spostrzeżenie Markowskiego nie nadaje się do przegapienia: Żiżek istotnie tak ma, że punkt wyjścia w jego wydaniu niemal zawsze jest równoznaczny punktowi wejścia – i odwrotnie, to popatrzmy, ile kurzu wznieca ten żużlowiec, tocząc swoją rozdygotaną  maszynę po zwykłym okręgu! I to co chodzi. Żiżek pragnie objaśnić świat. Cały. Wszystko. I dlatego go zaciemnia. Cały. Wszędzie.


Dodaj komentarz



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl