...ale nie Herman, autor legendarnego “Moby Dicka”, tylko Jean – Pierre; francuski reżyser (właściwie Jean – Pierre Grumbach, pseudonim artystystyczny zapożyczył właśnie od amerykańskiego pisarza).
Na Gwiazdkę dostałem w prezencie zestaw jego filmów na DVD. Nie ma tam co prawda legendarnego “Samuraja” z Delonem, ale są inne cymesy.
(Swoją drogą nie rozumiem, czemu w takich zbiorach – z definicji “the best of" - pomija się często pojedyncze arcydzielne filmy prezentowanych twórców: w packu Felliniego nie ma “Amarcordu”, w prezentacji Kurosawy chyba “Rashomona”. Może ktoś uczony i oblatany w marketingu wytłumaczy mi tę – dziwaczną z perspektywy widza – politykę wydawniczą?).
Przypomniałem sobie zatem z ogromną przyjemnością kino Melvilla, a zwłaszcza dwa jego kryminalne hity: “W kręgu zła” (Delon gra przestępcę) i “Glinę” (Delon gra rzeczonego). Poza tym rzecz jasna “Ksiądz Leon Morin” (Belmondo!), “Szpicel” (Belmondo! Belmondo!) i “Armia cieni” (Lino Ventura!!!). Na deser: “Ryzykant”.
Była to samotna przyjemność. Małżonka powiedziałą, że nuda i poszła spać, a pewna bystra siedemnastolatka, którą akurat gościliśmy w domu – nieznająca ani Delona, ani Belmondo (i odporna kompletnie na ich męską urodę oraz wdzięk) – wzruszyła tylko ramionami na moje zachwyty.
Była to też sentymentalna podróż do krain dzieciństwa, pięknych i czystych jak pierwsze kochanie, kiedy “Glinę” i “W kręgu zła” oglądałem w nieistniejącym już dziś kinie “Czajka” przy ulicy Czerniakowskiej (róg Chełmskiej).
A skoro sentymentalna, to już bez tych dawnych emocji; wszak wiedziałem, jak się rzeczy zakończą. A zakończą się smutno. Wygra sprawiedliwość, a to znaczy, że wygra zdrada, podstęp, bezwględność i brutalność policji. Przestępcy zostaną ukarani – zginą w pułapkach, w pogoni za elementarną przyzwoitością (tak jest!). Porządek prawa, porządek dający poczucie spokoju sytemu społeczeństwu oparty jest bowiem na makiawelicznych grach. A w nich – paradoksalnie – czarne charaktery wypadają lepiej w moralnej perspektywie niż stróże sprawiedliwości. Tak to pokazywał Melville.
Powiada się, że amerykański kryminał typu “noir” (np. Chandler), a także filmowy kryminał “noir” to nic innego, tylko rodzaj adaptacji założeń egzystencjalizmu do wymiarów kultury masowej. Sztuka, wyrastająca z negatywności, aspirująca do tego, by trafić pod strzechy i – odbierając nadzieję na optymizm – dać jednak nadzieję innego rzędu. Jaką? Że mianowicie człowiek, mimo wszystko, może pozostać przyzwoitym, jakkolwiek by to w kontekście wszystkiego, co powyżej, brzmiało. Bo, jak mówi – między innymi – Melville: istnieją zasady, dla których można oddać życie.
Strasznie to niedzisiejsze, nieprzyzwoicie heroiczne, czy co? Przestępca z kodeksem moralnym (niechby i specyficznym)? Jakież to staroświecko romantyczne! Byron rulez!
I jeszcze sam język sztuki. To, co niegdyś było nowatorskie i silne u Melvilla – dziś razi. Te długie, milczące sekwencje, pokazujące drobiazgowo metodykę przestępstwa (bez szybkiego montażu, obecnie fundamentu języka filmu). I jeszcze te tricki rodem z amatorskiego garażu (w “Glinie” pociąg i helikopter to wyraźnie makiety ze stołu małego modelarza). Tak to w każdym razie dziś wygląda.
A jednak oglądam, choć też uśmiecham się na tę starodawną manierę aktorską, w której widzę źródła rodem ze szkół komediantów opierających kształcenie na metodzie wybitnie teatralnej.
Ale jaka dla mnie lekcja z powrotu do Melvilla reżysera? Jeśli życie, jak chcą liczni, jest strumieniem zdarzeń, do którego się jedynie podłączamy naszą skończoną jednostkowością, to musi w tym procesie istnieć także punkt “odłączenia”, “odpadnięcia”. Moment, w którym rezygnujemy z żeglugi i wysiadamy na brzeg, by od tej pory już raczej obserwować niż uczestniczyć.
PS. Jako kilkuletnie dziecko widziałem ekranizację “Moby Dicka” z Gregory Peckiem jako demonicznym kapitanem Ahabem. Bardzo się bałem, a jednak oglądałem. To jedno z moich silniejszych doświadczeń wieku wczesnego dorastania... Potem, zapewne wskutek filmowych przygód, czytałem samą powieść z przykrością, odnawiając swoje dawne, dziecięce lęki. Ale jeszcze później napotkałem wiersz Czesława Miłosza, w którym pojawia się biały wieloryb świata, połykający (jak zapamiętałem) człowieka zagubionego w bezmiarze wód.Niewiele wtenczas z tej sytuacji symbolicznej rozumiałem. Ale intuicja mówiła mi, że czegoś ważnego się dowiedziałem i że liczne oczekiwania wobec świata i siebie powinienem porzucić.
Jeżeli w pakiecie "The best of" zabraknie arcydzieła, klient pójdzie do sklepu i kupi to arcydzieło poza pakietem. Jeżeli w pakiecie zabraknie filmu marnego, nikt się nie wzruszy.
Firma sprzedając "pakiet+arcydzieło" zarabia więcej niż w przypadku "arcydzieła w pakiecie".
A ja podejrzewam, że po prostu prawa autorskie do "Rashomona" i "Amarcord" albo ma kto inny, niż do reszty dzieł odpowiednio Kurosawy i Felliniego, albo ktoś, kto sobie za dużo życzy. Być może prawa autorskie do pozostałych arcydzieł obu twórców są w jednym ręku, a z jedną osobą łatwiej się negocjuje niż z dwiema, można zaproponować cenę za całość, nie aż tak wysoką, jeśli się przeliczy na jeden film. Dzięki temu box ma w miarę rozsądną cenę i może znaleźć nabywców - no ale to tylko takie moje podejrzenia:-)
Była to samotna przyjemność. Małżonka powiedziałą, że nuda i poszła spać, a pewna bystra siedemnastolatka, którą akurat gościliśmy w domu – nieznająca ani Delona, ani Belmondo (i odporna kompletnie na ich męską urodę oraz wdzięk) – wzruszyła tylko ramionami na moje zachwyty.
...
No wreszcie trochę erotyzmu.