Michaśka jak wiadomo lubi blichtr i celebrowanie "bycia pisarzem" ponad wszelki umiar. Ja go tylko raz i krótko miałem okazję spotkać w okresie przed Lubiewem, co wystarczyło, żeby wzbudziło to pewną konsternację. Ale cóż - taki jest i za to go kochamy. Niech sobie będzie inny, wyróżnia się na tle siermiężnych, nieumytych StasiuRczuków. Czy "pudelkowa" strategia promocji jest kulą w płot? Być może. Ale być może nie. Nikt przed nim nie próbował tej drogi przesłanki jakimi kieruje się tłum są niezbadane. Natomiast bardzo, bardzo niedobre jest publiczne opowiadanie o tym że jego nakłady i sprzedaż jest niższa niż innych znanych autorów. No ale cóż, już w "Barbarze" pokazał, że z elementarnymi prawami kapitalizmu jest na bakier.
Ma się Pan za kogoś lepszego (bardziej wtajemniczonego, kompetentnego) od moich studentów? Czy raczej nie chce się Panu czytać? Jeśli to drugie, to może byłoby lepiej, gdyby poszukał Pan dla siebie miejsca na portalach społecznościowych żeglarzy lub hodowców kanarków.
Uwaga o sympatii i podziwie była wmontowana w szerszy wywód skierowany do gospodarza tego miejsca. On (gospodarz) nigdy nie zareagowałby tak jak Pan, czyli żądaniem "dowodów na piśmie". Dlatego pozwoliłem sobie. No i wpisałem się w specyfikę dyskusji tego typu. Tutaj swobodnie sobie gadamy, nie oczekujemy od siebie analiz i rozbiorów krytycznoliterackich. To nie to miejsce, nie ta konwencja. A jeśli ma Pan opory przed zaglądaniem do istniejących tekstów na temat prozy Witkowskiego (mnóstwo recenzji, co najmniej tuzin dociekliwych szkiców), to wyłącznie Pana zmartwienie. Nie potrafię Panu pomóc.
Witkowski po prostu uprawia niezłą ekwilibrystykę słowną - tyle. Same popisy umiejętności rozdymania zdań, mnożenia efektów stylistycznych to za mało. Zresztą to chyba w ogóle jest choroba tzw. młodej literatury - nadmiar formy, niedomiar treści. To trochę jakby się słuchało popisów saksofonisty, o ile jednak muzyka przemawia sama przez się i nie potrzebuje dodatkowych uzasadnień dla swego istnienia, o tyle pisarstwo, przynajmniej w moim archaicznym odczuciu, już tak. Lubię, kiedy jednak chodzi o coś poza oddawaniem czci Językowi.
Prosiłem jedynie, żeby mnie Pan przekonał, że Witkowski to pisarz świetny i najlepszy w swoim pokoleniu. Żeby podał Pan kilka argumentów na wsparcie swojej oceny, moim zdaniem pozbawionej podstaw. Nic na to nie poradzę, że - na przykład - cytat albo przekrój przez poglądy pisarza zabrzmiałby dla mnie przekonująco. Równie przekonujące mogłoby okazać się wskazanie na pozostałe - o ile istnieją - powody sprawiające, że Witkowski jest najlepszym pisarzem na tle pokolenia. Nie okazało się, bo żadnego Pan nie wskazał. Napisał Pan za to: Michał Witkowski, którego bardzo lubię i bardzo cenię jako artystę. Wobec tej formy argumentacji zabrakło wyłącznie tego, żeby dał Pan na to słowo honoru. Osobiście - choć nie mogę się wyzbyć odczucia pewnego nadużycia z Pana strony - nie ubolewam nad brakiem Pańskich argumentów na obronę Witkowskiego, ponieważ ja jego pisania nie cenię. Gdybym cenił, miałbym je, także w postaci cytatów. A do bibliografii - z całym szacunkiem - proszę odsyłać własnych studentów.
A cóż to za pomysł, żeby pogląd na temat czyjejś twórczości formułować na podstawie cytatów? Przekonanie, że to okazałe pisarstwo nie jest moim widzimisię. Więcej - nie jest to tylko moje stanowisko. Proszę się wczytać w opinie na temat prozy Witkowskiego. Prawie kompletna bibliografia przedmiotu jest do odnalezienia na stronach internetowych pisarza, który - jak wielu innych - prowadzi kronikę swojej sławy. Z tych opinii bez przeszkód można wyprowadzić argumenty, czyli dowiedzieć się, co i dlaczego się ceni. Powodzenia!
To zabawne, bo ja z kolei pamiętam Wicia z czasów przedsukcesowych i pamiętam dosyć wyraźnie, że był bardzo czuły na każde drgnienie, skinienie i możliwość podsmarowania sobie nart. Urosły z tego stosy anegdot i zabawnych opowiadanek. Wydawało mi się jednak, że kolega MW odnalazłszy w sobie stan zwany uczenie "a gdy już osiągnie artysta..." trochę spuścił z tonu, stał się zwyczajnie nudny, rzemieślniczy i odfajkowałem wszystko poza jego książkami, chociaż poza "Lubiewem" które miało (szczególnie z dystansu) swój urok jakoś nic mi się szczególnego z lektury nie wryło. A tutaj tymczasem dowiaduję się, że mój niedoszły kolega z niedoszłej grupy Arte Nova cierpi ciągle na ten sam syndrom nienasycenia. Powiedziałbym - cóż, nic nowego. To chyba cecha osoby a nie świata wokół co tym smutniejsze, bo ja ludziom generalnie dobrze życzę.
Jeśli Witkowski, jak chcą tutaj niektórzy z Panem Nowackim na czele, jest tak wspaniałym pisarzem, prosiłbym o podanie garści cytatów z Witkowskiego. Poważnie o to proszę. Jeśli to the best pisarz w całym pokoleniu, to może napisał o owym pokoleniu parę słów, które się pamięta. Tak się pamięta jak frazy Manna, Dostojewskiego, naszego Stasiuka, a z odmiennych zakresów: Sapkowskiego czy nawet Wiśniewskiego.
Jeśli przedpiścy mieliby problem z podaniem cytatów, prosiłbym chociaż o streszczenie poglądów Witkowskiego. Mogą być na życie, mogą być na literaturę. Może są odkrywcze, intrygujące? Tworzą w ogóle spójną całość, czy może zupę? Dolewaną do kotła kolorowych pism. Obawiam się, że w owych pismach poglądy Witkowskiego można znaleźć, doszczętnie gotowe także bez niego; obawiam się, że zawartość tego kotła tak z poglądami Witkowskiego, jak bez nich, tyle samo waży i tak samo smakuje.
Zwłaszcza odpowiedź Pana Nowackiego by mnie interesowała. Skoro bowiem nie mogę uchwycić znakomitości w pisarzu ani po cytatach, ani po poglądach, to rozumiem, że pozostaje mi wrócić do źródła, czyli do treści książek Witkowskiego. Niezmiernie ważnych, naprawdę niezmiernie ważnych!
Na mój gust formy lansu Witkowskiego nie odbiegają od takich wygłupów, jak biczowanie się parówkami i przebieranie na targach książki w sutannę przez Shutego albo te tam różne pożal się bosz coming outy aborcyjne (Dzido) itp., obliczone na rozgłos dzięki związkom z aktualnie gorącymi tematami tzw. dyskursu publicznego. Rzecz jasna, poziom Lubiewa jest nieosiągalny dla prawie nikogo z rówieśników Michaśki z ha-artowskiej stajni, ale już kolejne jego produkcje mieszczą się spokojnie w średnich stanach tej młodzieżowej literaturki. Może więc to był po prostu autor jednej książki, którego świadomość pisarska mimo tego incydentalnego wyczynu pozostała na poziomie reszty grafomańskich kolegów i koleżanek?
Co zaś do przypływów i odpływów gustów polskiego czytelnika, to - abstrahując od oczywistej i całkowicie naturalnej niespontaniczności tych zachowań, które przecież w pełni świadomie starają się kształtować (raz z większym, raz z mniejszym powodzeniem) co aktywniejsze wydawnictwa przy wsparciu zaprzyjaźnionych mediów - oddziałuje tu chyba bardzo mocno najpierwotniejsza potrzeba płodozmianu. Fanatyków jednej tylko szkoły, metody czy nawet gatunku literackiego jest wszak niewielu. Ludzie lubią urozmaicenia. Więc żeby książki miały smaczek, raz "lewaczek", raz "prawaczek".
To dla mnie za mocne słowa, ale zgódźmy się, że dobry pisarz niekoniecznie musi być dobrym felietonistą i na odwrót. Ktoś, kto ma coś do powiedzenia na temat życia i sensu istnienia (o ile rzeczywiście ma), niekoniecznie musi umieć w zgrabny sposób skomentować bieżące wydarzenia. Mam wrażenie, że w Polsce zbyt łatwo przyjmuje się, że jeśli ktoś się sprawdził w jednej dziedzinie, sprawdzi się i w innej. Nie jest to zresztą tylko problem "Polityki".
Nie rozumiem, dlaczego wieczory autorskie w bibliotekach są według Michaśki niefajne. Przychodzą tma inteligentni ludzie, tacy, którzy zapamiętaja autora, moze nawet stanie się on "ich pisarzem". Co może być dla piszącego bardziej cenne?
Ponadto całą tę "Kawiarnię Literacką" w "Polityce" uważam za straszne badziewie, dno mizdrzenia się i spedalenia mentalnego. Nie dotyczy to tylko Michaśki, ale i innych piszących tam potworne bzdury dla kasy, ergo kurwiących się.
Wszystkie inne książki MW oprócz "Lubiewa" skłonny byłbym uznać - z mojego jedynie czytelniczego, nie krytycznego Broń Boże punktu widzenia - za niekonieczne. Ale wierzę Ci, że to pisarz z potencjałem, w końcu Ty tu fachowiec od prozy. Twoja teza - że to człowiek zagubiony na swój sposób. A może on zwyczajnie wyrachowany? Nie wiem, nie znam gościa, głośno myślę. Zresztą nie bardzo mam ochotę na psychologiczne rozbiory MW, tylko obserwuję (stąd mój tekst blogowy). Obawiam się jedynie, czy aby jego postawa nie stanie się prototypiczna dla młodszych (w sensie "role - model") i zapatrzonych w jakiś tam blichtr medialnej (a często pozornej przecież) sławy. Ciekawe, przy okazji, że - jak czytuję - MW jest obiektem dość powszechnych środowiskowych kpin (i to jego - mniej więcej - rówieśników. Czy to tylko konkurencja?).
Tu musiałbym wziąć w obronę Witkowskiego. Twierdzę, że to pisarz świetny, jeden z najlepszych w swoim pokoleniu. Problem polega na tym, że sukces "Lubiewa" mocno pomieszał mu w głowie, że niestety uwierzył w przeróżne medialne ściemy. Tymczasem jest to klasyczny prozaik inteligencki - w tym znaczeniu, że to publiczność inteligencka (wespół z akademikami... być może) rozstrzyga o jego położeniu. Wystarczy prześledzić, kto i gdzie pisał o "Lubiewie" i "Barbarze Radz.". Nawet jeśli weźmie się na celownik jego najprostszy, najbardziej "demokratyczny" utwór, jakim jest "Margot", gołym okiem widać, że jest skazany na podziw (lub dezaprobatę) czytelników wyrobionych, kompetentnych, którzy nie tylko czytali Baumana i wiedzą, czym jest teoria queer, ale w ogóle mają ucho do tego języka, kumają czaczę... Co tu wiele gadać: albo rybki, albo akwarium... Michał Witkowski (którego bardzo lubię i bardzo cenię jako artystę) śni jakiś gówniany sen o nakładach wystrzelonych w kosmos, o jakimś zawodostwie, które na razie nie jest mu dostępne. I jeśli przypominasz, Jarku, casus pisarza z jego miasta, Krajewskiego, to słusznie przypominasz: faceta, który najpierw dowiedział się, że może przejść na zawodostwo (po czym to uczynił)... Witkowski takiego pomiaru nie zrobił. I na tym zasadza się jego kłopot. A ponieważ jest w kłopocie, miota się. I gada milion głupot w wywiadach. To naprawdę dramatyczny przypadek. Współczuję mu (na swój sposób).
A właśnie dlatego w swej "narracji" (oj, wytrychowe to słowo teraz się stało) odwoływałem się w obu opisywanych przypadkach pisarskich do czasów "sprzedsukcesowych", żeby przypomnieć, ze istnieje inny - niż marketingowy, właściwy dla Michała Witkowskiego - sposób myślenia o działalności twórczej oraz sposob traktowania mediow. Witkowski - i tu masz racje - wierzy nie tyle w moc swego słowa, ile w moc pijaru. Na zasadzie, że "ciemny lud to kupi", byleby media właściwie rzecz nagłośniły. Więc szanuję OT i AS między innymi za to, że nie poszli na taką kolaborację, na jaką poszedł MW (ale też on, oprócz tej kolaboracji, chyba niczego więcej nie ma). Mam zresztą wrażenie, że przywoływany także przez MW Marek Krajewski doszedł do swej pozycji bez uprawiania medialnej prostytucji. I podobnie jak OT - przeszedł na literackie zawodowstwo dopiero wtedy, gdy było go stać materialnie na rzucenie etatu na Uniwersytecie Wrocławskim.
Nie śledzę dokładnie ruchów MW, ale wpadł mi w ręce jakiś jego wywiad, gdzie dystansował się od gejostwa - jak twierdził - przypisywanemu mu - i starał się opisać jako ktoś, komu nieobce są konserwatywne, heteroseksualne kontakty. Może więc nie do końca tak niedbale czyta tego Zeitgeista? Rozmazać swój wizerunek, upolifonicznić go - tak, by stać się apetycznym dla rozmaitych odbiorców. I geje mnie przeczytają i heterycy, a także ci, którzy chcieliby w powieści poszukać głównie odjazdowej rozrywki.
Zarządzanie własną sławą, dystrybucja sukcesu? Kiedyś to sie trzeba było wpisać w środowisko, wywalczyć pozycję, przekonać do siebie krytyków...
A co do sinusoidy preferencyjnej, o której wspominasz - czy nie jest to aby (być może jedną z) cechą naszego płytkiego i w sumie mało zróżnicowanego rynku czytelnicznego? Że on taki na kółkach? Przez trzy sezony króluje awangarda, a potem przesyceni odbiocy odwracają się ku klasycyzmowi (media temu poniekąd wtórują). A potem znów, wykapawszy się w literackim konserwatyzmie - zwracają sie ku innowacyjnościom?
To komfortowa sytuacja dla socjologów literatury (bo jest o czym pisać i co komentować), ale smutnie to swiadczyłoby o kondycji kultury, nieprawdaż?
Tak jakoś odczytałem ów wątek o epoce sprzed sukcesu... Bo właściwie po co Ci w tej narracji wspomnienie z czasów, kiedy Olga T. była na etacie, a Andrzej S. kupował chleb na kredyt? To mi przypomina dyżurną ściemę pisemek kolorowych na temat Grocholi i Kalicińskiej (zanim stały się sławne i bogate, poniewierały się na marginesach rzeczywistości, były bez mała na dnie).
Tekst Uniłowskiego był wcześniej drukowany w "FA-arcie", nazywa się "Proza środka" czy jakoś tak. I zawiera świetną analizę kariery prozy Tokarczuk (w pismach krytyków). Owa analiza, jakkolwiek opiera się na lekturze recenzji i innych komentarzy, pokazuje też szersze mechanizmy. Bynajmniej niespiskowe. No i mogę powtórzyć: autorka "Prawieku" (Stasiuk także) zupełnie nie krzątała się wokół własnej sławy, nie była tak naiwna (a raczej: tak zakłamana) jak Michaśka - że jak zatańczy kankana na stole, to jej nakład skoczy.
Właściwie nie chodzi o zwrot neokonserwatywny, lecz o zasadę sinusoidy. Na kilka lat (od debiutu Masłowskiej do mniej więcej 2007 roku... Dunin Wąsowicz o tym pisał... i chyba czymś oznaczył tę drugą cezurę... ale wyleciało mi z głowy) główną scenę literacką opanowali młodzi i dzicy zarazem... tacy jak Michaśka jako autor fajerwerkowego "Lubiewa". Ale ciekawość dla ich "dzikości" się wyczerpała. Jeśli przegląda się kolumny kulturalne - wspomniałem poprzednio o tym - widać wyraźnie, co jest eksponowane. Klasyczność, dawność, powaga... I chyba nie tylko redaktorzy tak o tym myślą. Znaczna część publiczności czytającej podobnie: że literatura musi być o czymś, że klasyczne formy nie zbankrutowały... no wiadomo: ocalić ludzi i narody, być pomocną w istnieniu, donisołą i wzniosłą. To usztywnienie gustu literackiego pewnie nie będzie trwałym rozstrzygnięciem. Za jakiś czas i to się zmieni. Powtórzę: Witkowski kiepsko czyta zeitgeista, nie rozumie, że to, co się sprawdzało jeszcze 3-4 lata temu, dziś się nie sprawdza. Na próżno więc chodzi do Wojewódzkiego. No ale też dokąd miałby dziś pójść? Do Pegaza, którego nie ma, do Ireny Dziedzic i jej Teleecha? - ale to już osobny problem...
Ej Darku, bo zwątpię w Twą legendarną umiejętność czytania tekstów między wierszami. Gdzie tam u mnie bajkowa narracja? Ja pisałem jedynie o uczciwości, a nie o rekompensacie. Poniekąd ostatnimi zdaniami swego pierwszego akapitu przyznajesz mi rację.
Akurat tej pracy Uniłowskiego nie znam (jeszcze). Ale też pamiętam, że w kręgu "FA-artu" (jeszcze z Twoim tam udziałem) pisywało się o twórczości Tokarczuk raczej krytycznie, jednocześnie poświęcając wiele miejsca rozmaitym mechanizmom kultury i jej kontekstom (więc także roli mediów), które uczyniły z O.T. autorkę bestsellerów. "Jedno drugiemu nie wyklucza" - jak lubi mawiać pewien mój znajomy. Można się nie prostytuować, a zostać gwiazdą. I tego Witkowski nie rozumie, albo nie przyjmuje do wiadomości.
To ciekawe, co piszesz o skręcie preferencji wobec literatury (tylko kogo? - mass mediów czy czytelników?) "na prawo" (lub lepiej - ku neokonserwatyzmowi). Gdybyś miał rację - zupełnie by mnie to nie zmartwiło.
Jarku, dwie uwagi: po pierwsze "wzruszyła" mnie bajkowa narracja, którą się posłużyłeś. Że sukces Tokarczuk i Stasiuka to swoista nagroda za wcześniejszą poniewierkę... coś jak opowieść o młynarczyku lub Kopciszuku. Najpierw bieda, udręka, poniżenie - później pałace, ozdobne szaty, zaszczyty. Tylko gdzie magiczna różdżka? Gdzie interwencja nadprzyrodzona? Obaj wiemy, że owa interwencja przynależy do opowieści Witkowskiego. Literackie sierotki stały się przecież księżniczkami na skutek działania sił medialnych, co w odniesieniu do Tokarczuk zostało perfekcyjnie opisane przez Krzysztofa Uniłowskiego (w jego książce "Granice nowoczesności"). Różnica między opowieścią Michaśki a zdarzeniami sprzed kilkunastu lat tylko taka, że tych dwoje nie robiło za małpy; nie starali się za wszelką cenę (w tym za cenę żenady i śmieszności) pomóc osobistemu sukcesowi. To się zrobiło poniekąd samo, a już na pewno bez udziału O.T. i A.S. I tu SZACUN, bez dwóch zdań.
Uwaga druga: Witkowski nie pojmuje "ducha epoki", zupełnnie nie rozumie, co się dzieje w kulturze. A moim zdaniem dzieje się to, iż narastają tendencje konserwatywne. Sztuka literacka jest podziwiana za swą zachowawczość. Wystarczy przejrzeć gazety z ostatnich tygodni, żeby to zrozumieć. Przykłady pierwsze z brzegu: recepcja "Chamowa" Białoszewskiego, korespondencji Mrożka i Tarna, właśnie ukazujących się dzienników J.J. Szczepańskiego. To właśnie te zabytki piśmiennictwa otacza się swoistym kultem. Słowem, sytuacja jest dokładnie odwrotna niż myśli o niej Michaśka. Podziw i uznanie dla - szeroko rozumianej - poważki, dla klasyczności, po staroświecku rozumianej kultury wysokiej. Tu lokowane są sympatie (nie tylko redaktorów działów kultury) - pióra wetknięte do dupy, jaskrawe fatałaszki, przechadzanie się pod rękę z Jacykowem... to dzisiaj nie działa. Jeżeli Witkowski ma skłonność do przebierania się - a chyba ją ma - to na jego miejscu nie stylizowałbym się na Jolę Rutowicz, lecz na Julię Hartwig. Po prostu: literacka dama lepiej sobie dziś radzi niż literacka tipsówa. Taka aura, taki czas...
Dziekuje Panie Marcinie za ostatnią aktywność; zawsze miło Pana gościć. Oczywiście - taka była jedna z intencji mojego tekstu: pisarz zawsze może pójść do pracy. Wszelako od szkoły to ja bym Michała Witkowskiego trzymał z daleka.
A czy Witkowskiemu nie przyszło do głowy, że może zwyczajnie gorzej pisze od Stasiuka i Tokarczuk? Że mechanizmy promocyjne jednak nie załatwiają wszystkiego? Byłem ostatnio na spotkaniu z nim we Wrocławiu - czytał fragmenty "Margot", cieniutka, przegadana, nadmiar słów pokrywa mielizny fabularne. Sądzę też, że jego ciągłe podkreślanie jaki jest nieszczęśliwy w tej celebryckiej sieczce, to dorabianie ideologii do czegoś co w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Racja, niech się nie uskarża na swój los. A jak nie ma na rachunki, zawsze może pujść do szkoły - no chyba, że już stracił prawa do wykonywania zawodu. Przepraszam - wiem, że jestem okrutny.