Z ulgą myślę o nadchodzących wakacjach. Nawet nie dlatego, że to odpoczynek od – często iście szatańskiego – tempa pracy śródrocznej (choć to rzecz także bardzo istotna). Bardziej – bo to czas wakacyjnych lektur.
Wakacyjnych – czyli “nieobowiązkowych”. To znaczy niezwiązanych z pracą (choć liczne lektury związane z pracą także potrafią nieść radość), niezwiązanych z planem samorozwoju - a zatem zupełnie dowolnych, czysto rekreacyjnych.
To także czas odrabiania zaległości w oglądaniu filmów (na DVD of course). Bo jak się ma dwójkę małych dzieci, mieszka na wsi, sporo pracuje w mieście (dojazdy!) – to wyprawa do kina zakrawa na operację logistyczną porównywalną z lądowaniem wojsk sprzymierzonych w Normandii.
Co do filmów: czeka na mnie pakiecik klasycznych katastrofików z Godzillą w roli głównej (prezent od małżonki na Gwiazdkę – sic!) – czyli powrót do lat dzieciństwa i upajających projekcji w nieistniejącym już kinie “Czajka” przy ulicy Czerniakowskiej - oraz wydany niedawno tripak Andrzeja Żuławskiego (prezent od małżonki na niedawne imieniny). Zresztą, nie mogłem się powstrzymać i “Na srebrnym globie”, a także dokument o reżyserze, już udało mi się zobaczyć (kosztem zarwanych dwóch nocy). To był sentymentalny powrót, bo film ten (“Na srebrnym globie”) widziałem już gdzieś pod koniec lat 80. w telewizji. “Diabła” (uwielbiam go) i “Trzecią część nocy” oglądałem parokrotnie, ale i tak ostrzę już sobie zęby...
Chcę też wrócić do spaghettii – westernów Sergio Leone z Clintem Eastwoodem (obejrzane, a jakże, ale teraz chcę to zrobić w skupieniu), no i oczywiście do dekującego się na parapecie pięciopaku polskich filmów kryminalnych z czasów PRL-u (m.in. “Zbrodniarz i panna”, “Orzeł i reszka”, “Tylko umarły odpowie”), który nabyłem drogą kupna jeszcze w zeszłym roku... (te filmy oczywiście też znam, ale nic tak nie sprawia przyjemności jak smakowanie znanego już smaku, prawda?).
Jak widać, mam słabość do kina klasy B, a nawet C. Intuicyjnie czuję, że w takich filmach łatwiej, wyraziściej dochodzi do głosu archetypiczność kultury, a także bardziej powierzchniowo uwydatnia się tzw. zeitgeist – choć oczywiście w swej pokracznej, pop-masowej formule (kiedyś nawet myślałem, czy by nie przekuć tych pomysłów w jakąś bardziej poważną refleksję – ale to raczej temat dla uczonego kulturoznawcy niż filologa).*/
A książki? Wakacyjne lektury to oczywiście kryminały, thrillery, sensacja! Już zgromadziliśmy pokaźną paczuszkę, którą zabierzemy na urlop i kiedy dzieciaki będą się pławić w brodzikach i zjeżdżać po fantazyjnych zjeżdżalniach w aquaparku – my, sącząc drinki, będziemy pławić się w rozpuście lektury absolutnie i totalnie bezinteresownej.
A literatury kryminalnej, nie tlko rodzimego chowu, jest teraz w bród. Nadzwyczaj interesująco przedstawia się zwłaszcza reprezentacja skandynawska – już w zeszłym roku udało nam się przeczytać kilka niezłych powieści autorstwa Szwedów, Finów czy Norwegów. W tym sezonie wiele sobie obiecuję po “W bagnie” Arnaldura Indridasona – bo jakaż to w końcu mroczna zbrodnia może czaić się w prowincjonalnym przecież z perspektywy wielkich miast europejskich Reykjaviku, w społeczeństwie, w którym niemal wszyscy się znają?
Muszę wszakże przyznać, że byłbym skłamał twierdząc, że czytanie książek kryminalnych jest dla mnie jedynie rozrywką. Trochę tu i tam podpatruję, analizuję, uczę się, ale i – krytykuję (na własny użytek).
Moja nowa książka – kontynuacja zarówno “Przylądka pozerów”, jak i “Południka 21” – przeznaczona dla Wydawnictwa Literackiego, jest już gotowa w wersji, nazwijmy ją tak, demo. Teraz przyszedł czas na żmudne prace przeróbkowe i redakcyjne. I tym także zamierzam zająć się w wakacje. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, to “Człowiek ostatniej szansy” ukaże się gdzieś na początku przyszłego roku.
Natomiast jeszcze w lipcu, w Wydawnictwie Santorski, ma ukazać się zbiór opowiadań kryminalnych różnych autorów, tam zaś mój – przewrotny – tekścik pod tytułem “Zbrodnia doskonała”. Zapraszam do lektury.
Tymczasem znikam i pozostawiam blog odłogiem (będę jeszcze przez kilka następnych dni podczytywał ewentualne komentarze). Powrócę – około 15 lipca. Miłego wypoczynku życzę wszystkim moim Drogim Gościom i – au revoir.
*/ i oczywiście takie rzeczy już powstały - że przypomnę tylko "Współczesną Biblię Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej" Moniki Sznajderman (Kraków 1998)
Witam Panie Marcinie i miło mi, że chociaż w ten sposób Pan się odnalazł. Dzięki też za refleksje i uwagi.
Książkę Zaremby mam, ale jakoś nie potrafię się za nią zabrać, bo poprzednia powieść (notabene horror: "Plama na suficie") była mocno drewniana (głównie językowo) i przegadana (więc nieco nudnawa).
Horrorów raczej nie oglądam, ale ostatnio jak przypadkiem trafiłem na "Hostel2", to się jeno uśmiałem. I czego to może być świadectwem?
Pozdrawiam
No proszę! Przeszukuję sobie cyberprzestrzeń i natrafiam na mojego ulubionego nauczyciela z uniwerku. To ja, pański niewdzięczny uczeń, który zniknął z warszawskiej polonistyki w niewyjaśnionych okolicznosciach.
Ale do rzeczy. Mnie zawsze jakoś trudno było się przekonać do kryminałów - nawet jako lektur niezobowiązujących. Wiem, że dziś kryminał w swojej kanonicznej formie nie ma racji bytu, że teraz to bardziej pretekst do społecznej analizy, ciętej obyczajowej obserwacji, względnie satyry i mnóstwa innych spraw - no, generalnie wytrych - ale i tak nie umiem się nawrócić.
Natomiast podzielam pańska niezobowiązującą miłość do pop-kina. Ale tu znów sensacja raczej odpada. Mnie jednak zawsze kręciły horrory. Czyżby emanacja zdewastowanej tęsknoty metafizycznej?
Trochę się tego wstydzę jako facet, którego wszyscy zawsze uważali za oczytanego i inteligentnego. Wie Pan jak to jest - można się chwalić, że się oglądało "Dziewięć i pół" (nawet jeśli człowiek tylko ziewał), ale jakoś tak łysu napomknąć o "Nocy żywych trupów". Ale w straszydłach też jestem wybredny - w ostatnich latach nie powstało nic co uwiodłoby moja uwagę. Gatunek horrorystyczny, przynajmniej ten amerykański, jest w głębokim kryzysie. Może ożywią go Hiszpanie?
A ostatnio z lektur niezobowiązujących penetruję "Romans licealny" Zaremby. Niezłe, choć jak na mój gust trochę zbyt pospieszne, na czym cierpią bohaterowie naszkicowani niekiedy zbyt grubą krechą.
Gdyby na wakacyjnych szlakach napotkał Pan jakąś księgarenkę Empiczku (bo innych poza ośrodkami akad3emickimi to juz chyba nie uświadczyć), polecam uwadze powieści Szczepana Twardocha, zwłaszcza dwie ostatnie: Przemienienie i Zimne wybrzeża. Dla miłośnika sensacji, w dodatku zapewne lubiącego poznawać nowe światy (tu: esbeckie Katowice lat 80. i wkrótce powojenny Spitsbergen) - rzeczy w sam raz na kanikułę.
Zazdroszcząc, że dla Pana to już, pozdrawiam.