Komentarze do
"Ostatni wodzirej felietonu"

 

Coraz bardziej upewniam się, że istnieje Polska Szkoła Felietonu. Że należało by ją jakoś opisać, scharakteryzować. Na wzór “polskiej szkoły eseju” (moi ulubieńcy to: Jerzy Stempowski – chyba można powiedzieć, że ojciec założyciel; Bolesław Miciński i Czesław Miłosz – zwłaszcza jako autor “Widzeń nad Zatoką San Francisco” oraz “Ziemi Ulro”).


Bowiem felieton polski, ten, który tak pięknie – mimo, a może właśnie dzięki cenzurze (paradoks, kolejny paradoks) – rozwinął się w drugiej połowie XX wieku (choć przecież różni Wielcy pisywali i wcześniej, ale nie mam tu wcale na myśli Bolesława Prusa, o którym – uwaga! – krytycznie – nieco później) pomału – jak czuję – “zwija się” i kończy. A jego (tj. felietonu polskiego jako swoistego gatunku czy może raczej stylu) ostatnim genialnym przedstawicielem jest Jerzy Pilch.


Oczywiście, nawet jak już JP zabraknie (niech pisze jak najdłużej!), umierające pomału gazety papierowe (zmiany, zmiany – McLuhan&Co und Alvin Toffler się kłaniają) wciąż coś tam będą drukować, dopokąd nie znikną całkowicie, by rozpuścić się w wirtualnej przestrzeni internetu. Jakieś gwiazdki pseudo-felietonowe będą się zatem pewnie pojawiać, ale to już nie będzie to; nie to. Już to zresztą teraz widać: wśród młodszych od Pilcha – całkowita pustynia (a i wśród równolatków, bądź starszych, też nienajlepiej).


Bo polska szkoła felietonu to specyficzna mieszanka. Nieskrępowana erudycja humanistyczna, orientacja w sprawach bieżących, lekki sarkazm na pograniczu cynizmu, który jednak maskuje wewnętrzną wrażliwość a nie jest tylko cynizmem czystej wody. Ironia – znamionująca żywą inteligencję – złośliwość, wszelako podszyta melancholią, umiejętność wychwytywania paradoksów (właśnie!), niekonwencjonalność odmiennego spojrzenia na sprawy (pozornie) oczywiste, genialność metaforycznego skrótu (dobry felieton ma coś z niezłego wiersza zatem), dezynwoltura na pograniczu sztubackości, a jednocześnie mądra jakoś przenikliwość, która nawet z satyry potrafi zbudować przesłanie konstruktywne...


Felietoniści ze szkoły polskiej potrafili być strażnikami intelektualnej refleksji, tak jak romantyczni poeci potrafili pilnować zbiorowej wrażliwości i zbiorowego myślenia (i ewokować je).


W czasach późnego PRL-u czytałem z zainteresowaniem np. Kisiela, Hamiltona, a nawet Daniela Passenta w “Polityce” (ale tego ostatniego tylko do czasów stanu wojennego). W latach 90. odkryłem Pilcha w “Tygodniku Powszechnym” (podobnie jak odkryła go cała rzesza czytających prasę rodaków) – i zwyczajnie zakochałem się w jego stylu. Przez te wszystkie lata Pilch zdążył wyemigrować do “Polityki”, a potem do “Dziennika” – a ja wciąż mu towarzyszyłem (i towarzyszę dotąd). Jak wspomniałem – jest on chyba ostatnim przedstawicielem starej, dobrej szkoły felietonistyki (bo następców, jako rzekłem, nie bardzo widać).


Co jednak jest siłą Pilcha jako felietonisty – jawi mi się jako (potencjalna) słabość tegoż, jako pisarza sięgającego po bardziej rozwinięte struktury narracyjne (np. powieści). Zastrzeżenie: co tu opowiadam, nie rości sobie żadnego prawa do krytycznej interpretacji. Po pierwsze nie czytałem wszystkich powieści Jerzego Pilcha, by się uogólniająco wymądrzać; po drugie - dawno już wyzbyłem się ambicji krytycznoliterackiego komentarza. Chcę się raczej podzielić wątpliwościami czytelnika, odbiorcy, który nie umie sobie poradzić z dorobkiem tego uznanego i komentowanego pisarza współczesnego, który – słusznie bądź nie – wyrósł z czasem na najbardziej wizerunkowego prozaika przełomu wieków.


Jerzy Pilch, ze swoją twórczością prasową, wpasowuje się doskonale w model “polskiej szkoły felietonistyki”. Czytam go od lat co tydzień i śmieję się do rozpuku, padam przed jego błyskotliwością, rozmyślam nad jego diagnozami i rozpoznaniami, cytuję jego bon moty, solidaryzuję z rozlicznymi (choć nie wszystkimi) interpretacjami książek, zdarzeń, politycznych eventów czy towarzyskich uwikłań (o ile je tylko znam czy umiem rozpoznać). Zdarza się nawet, że “mówię Pilchem” i z wielkim zadowoleniem identyfikuję wśród rozmówców kojarzenie tych wszystkich kryptocytatów, parafraz i nawiązań.


I z pewnym smutkiem wyznaję, że lektura powieści Jerzego Pilcha (wybranych, bo jeszcze raz chcę powiedzieć, że nie “czytałem wszystkiego”) nie budzi już u mnie takiego entuzjazmu, jak obcowanie z felietonami.


Kiedy starałem się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak właśnie jest – takie oto myśli przyszły mi do głowy. Pomogła mi w tym lektura rozmowy z autorem “Miasta utrapienia”, jaką zamieścił “Dziennik” w swoim dodatku “Europa” (25-26.04.2009, rozmawiał – oczywiście – Cezary Michalski). W pewnym momencie Pilch powiada tak: “W pisaniu nawet quasi-politycznych felietonów z języka wszystko się bierze.Język doraźnej polityki tak samo – choć na krócej, bo tylko sezonowo – może wziąć we władanie język domowy. Jak po drodze na cmentarz rozmawiam z matką o grabarzach – jeden dobry, drugi słabszy... – i ona w pewnym momencie mówi, “Ach, ten to ma cmentarz w małym palcu”, to tego rodzaju przygoda językowa jest zawsze u mnie na pierwszym planie, ona rodzi pisanie. Słyszę i wiem, że “cmentarz w małym palcu” to jest tytuł, do którego trzeba dołożyć opowiadanie albo powieść, albo – ma się rozumieć – felieton o polityce historycznej.”


Otóż to! Anegdota jako punkt wyjścia do krótkiej formy narracyjnej albo felietonu – jak najbardziej. Ale do powieści? Jakąż powieść można zbudować na anegdocie? Na skojarzeniu nagłym, iluminacyjnym przypomnieniu, gdy – dajmy na to – zapach ciastka przy herbacie wyzwoli wspomnienie, no to jeszcze... Ale na wicu? Bon mocie? Dykteryjce opartej na językowym sytuacjonizmie?


Jerzy Pilch jest mistrzem krótkiej formy – felietonu, short story (w tym momencie abstrahuję od ideowych, na przykład, fundamentów tej felietonistyki – nie w tym rzecz; zresztą zazwyczaj się z autorem “Rozpaczy z powodu utraty furmanki” jakoś się zgadzam w rozpoznaniach rzeczywistości), nie przekonują mnie natomiast jego powieści. Po pierwsze – dlatego, że (w tych przynajmniej, które znam) po znakomitym często otwarciu (jak choćby w “Spisie cudzołożnic” czy “Mieście utrapienia”) “siada” konstrukcja, dynamika akcji, spójność narracji. Im dalej w opowieść, tym bardziej rzecz staje się rozluźniona, “rozmamłana”, fabuła enigmatyzuje się i rozmywa w rozgadanych epizodach. Tłumaczę to sobie tym, że anegdota wyjściowa, błyskotliwy pomysł inicjacyjny starcza jedynie na kilkadziesiąt stron. Felieton o gościu, który po odgłosach wydawanych przez bankomat - gdy naciska się kolejne klawisze - jest w stanie zrekonstruować pin- code, albo opowiadanie o wizycie skandynawskiego naukowca w późnopeerelowskim Krakowie, który marzy o cielesnych uciechach, natomiast jego przewodnik serwuje mu jakieś polskie martyrologie (post)stanowojennowe – to byłyby zapewne majstersztyki. Jako powieści – gdzie trzeba snuć nić narracji i budować skomplikowaną strukturę rozmaitych zależności między bohaterami – już nie.


I tu druga kwestia. Widać wyraźnie, że Jerzy Pilch czuje miętę do czeskiej (i pewnie też trochę słowackiej) prozy. Nie ukrywa tego zresztą. A ta jest (te są) “literaturą gadaną”, wyrastającą z niespiesznych, wielogodzinnych posiedzeń nad szklanicą piwa, z atmosfery prowincjonalnej (choćby i mieściła się w centrum Pragi) gospody. Taka proza wyrasta z kultury dialogu i sporu przy stole, jest statyczna w sferze wydarzeń, natomiast intensywna w napięciach międzyosobowych. Jak wiele mówi się, opowiada, przekomarza, dywaguje “Pod Mocnym Aniołem”, w “Bezpowrotnie utraconej leworęczności”! Są w tych powieściach – no właśnie – nowelistyczne, felietonowe i opowiadaniowe perełki (świetnie np. wyzyskane w “Nartach Ojca Świętego”), ale poza tym – jak stwierdził jeden z moich mądrych i wrażliwych przyjaciół – “niewiele się dzieje”.


To oczywiście już tylko kwestia gustu i preferencji, ale taka gadana literatura zwyczajnie do mnie “nie trafia”. Hrabal nigdy nie był bohaterem mojej bajki i – mimo najszczerszych chęci i podejmowanych prób empatycznej lektury – nie potrafiłem się do niego przekonać. Pilchowe powieści też pozostawiły mnie na ogół obojętnymi.


I coś tu jednak jest na rzeczy, nie tylko o moje gusta idzie. Kilka lat temu tygodnik “Ozon”, świętej pamięci, poprosił rozmaitych krytyków, praktyków i teoretyków literatury o wskazanie pięciu najważniejszych książek, jakie ukazały się w Polsce po 1989r. W żadnej z propozycji nie pojawiła się ani jedna powieść autora “Wyznań twórcy pokątnej literatury erotycznej”! A zestaw komentatorów był naprawdę zróżnicowany.


Znalazłem wszakże światełko w tunelu. Ostatnia książka - “Marsz Polonia” - to powieść, w której Pilch oddalił się od wzorców czeskich ku prozie bliższej twórczości Tadeusza Konwickiego (o którym zresztą w rozmaitych wywiadach etc. powiada, że jest jego mistrzem). Więc tu jakaś nadzieja: może w następnych powieściach ta tendencja się jeszcze bardziej uwyraźni. I wtedy Jerzy Pilch stanie się wreszcie rewelatorem naszej polskiej egzystencji czasów najnowszych, tak jak Konwicki stał się rewelatorem PRL – owskiej egzystencji inteligenta, niemogącego uwolnić się od mrocznego (wojennego) dziedzictwa przeszłości?


Bolesław Prus był takim sobie felietonistą (strasznie długie, rozwlekłe i miejscami bardzo nudne “Kroniki”). Jego potencjał był bowiem natury epickiej, czemu dał wyraz nie tylko przecież w “Lalce” (“Faraon”! “Emancypantki”!).


Jerzy Pilch, mistrz felietonu i opowiadania, przekroczy może własne ograniczenia i stanie się z czasem Naprawdę Najciekawszym Polskim Prozaikiem Przełomu Wieków.

Na razie czekam.

 

 

 




Treść komentarzy
Autor: Jarosław Klejnocki

A znów Dariusz Nowacki, czego dał zresztą m.in. świadectwo w komentarzach do niniejszego bloga, od "Miasta utrapienia" dostrzega właśnie "innego", ciekawszego - niż w poprzednich tekstach - Pilcha, już pełną gębą pisarza z własnym tonem opowieści.

Jest więc Jerzy Pilch namiętnie komentowany - na rozmaite sposoby. Ale też - potrafił przekuć tę koniunkturę na wymierne efekty (finansowe). O zaliczkach na kolejne książki krążą po Polsce legendy, podtrzymywane przez - tyleż zazdrosnych, co zafascynowanych - literatów; o honorariach felietonowych (też podobno niebotycznych) nie wspominając.

Ale też jakoś zniesmaczył mnie ten fragment rozmowy (przywoływanej przeze mnie we wpisie) z C. Michalskim, gdzie JP pozwala sobie na żartobliwe igranie z protestancką doktryną błogosławieństwa Bożego (że niby ci literaci, co nie mają kasy z pisania nie cieszą się Bożą sympatią). Z pozycji zwycięzcy łatwo jest naśmiewać się z innych. Ale, jak powiada Dawny Poeta: "Nie wierz Fortunie, co siedzisz wysoko..."

Autor: Konsul

A są tacy, którzy twierdzą, że autor "Miasta utrapienia" skończył się - żeby użyć tej legendarnej frazy (kto wie skąd?) - na Mocnym aniele, czyli w momencie przejscia do nowej stajni. A wiec w chwili, gdy ktos przestal zadanto wycinac przy redagowaniiu, bał się autora, albo gorszym redaktorem był moze i do porzadkowania krnąbrnego materiału autoskiego nieprzyuczonym? Nie wiem, nie mnie sądzić, nie znam się na sprawach tych a ludzie tłumaczą różne rzeczy na różne sposoby. Felietonistą nieprzeciętnym zaiste Pilch jest bez dwóch zdań: czytanym, omawianym, będącym w cenie. Ale przy okazji media uczyniły go ( czy tez on uczyniłe się za pomocą mediów) nie tylko gwiazdą, ale kimś w rodzaju desygnatu słowa "pisarz". Dla mnie osobiście Pilch jest najlepszy w felietonach gdy wchodzi w polemikę, bo zazwyczaj miażdzy przeciwnika (ktoś pamięta felieton "Zmierzch myśliciela" wycelowany w prof. Ryszarda Legutko, wówczas  jeszcze nie ministra a jeno felietonistę "Życia". Bomba. I dziesiątki innych przykładów.

Autor: Jarosław Klejnocki

Raczej niczego o "Dziełach wybranych" (chyba tak - a nie "zebranych") Adama Michnika tutaj nie napiszę. Moze Nanek - w miarę lektury kolejnych tomów - będzie nam przybliżał tę twórczość?

Tymczasem zapowiadam wpisik o Andrzeju Bobkowskim (w niedalekiej przyszłości, inschallach!)

Autor: Albertynka

A ja się spodziewałam, że notka będzie nt. prozy Pilcha. No, ale rozumiem wyjaśnienie. U mnie jest odwrotnie: ja chwalę sobie ten rodzaj epizodyczności w tych powieściach i tylko te "perełki" pamiętam:)  

Ciekawa jestem czy możemy się spodziewać (nie to żebym narzucała tematy) notki poświęconej, jak pisze Onanio "niebywałemu faktowi kulturotwórczemu" hahah. Tylu autorów wybitnych czeka w kolejce na edycję dzieł zebranych i nierzadko za życia nie spotyka ich to szczęście. W tym świetle postępek M. jest ewenementem na skalę światową. Nie byłby możliwy bez trzymania w łapach tak potężnego organu, jakim jest GW. dzięki temu te "dzieła" mają szansę trafić pod strzechy. Jaki to przykaład megalomanii! Jeśli ten nakład się rozejdzie, spotka z aprobatą swego wpływowego środowiska to przy sprzyjającej michnikowcom koniunkturze politycznej tylko czekać jak michnikowe twory znajdą się w kanonie lektur a Nanek powie: "A nie mówiłem!" A Jarosław Klejnocki będzie musiał publikować w drugim obiegu, jesli odmówi pisania czegoś w stylu "Walory artystyczne prozy Michnika". Tylko internet pozostanie oazą wolnej myśli...

Autor: Onanio

Już jest! W moim kiosku stoi pierwszy tom dzieł Michnika, czeka na frajerów. Teraz my czekamy do piątku, kupujemy "Dziennik" i przekonujemmy się jak na ten niebywały kulturotwórczy fakt zareaguje Pilch. Jeśli nie zareaguje - tym gorzej dla Pilcha.

Autor: Nanek

Wśród mistrzów felietonu nie powinno zabraknąć Piotra Wierzbickiego. Jego zebrane w tomie "Mikrokosmos" kawalki to prawdziwa rewelacja, uczta dla ducha. Chociaż autor okazał się zdrajcą prawicowych wartości (czyt. lustracji i dekomunizacji) i dotknął go nieuleczalny, jak się wydaje, wirus michnikofilii (którym zresztą zainfekowany jest także Pilch), obajwiający się chorobliwą potrzebą wiernopoddańczego pisania w "GóWnie", to jako stylista jest wyśmienity. Dla mnie wzorem jest króciutki felieton "Piaski" z 1983 roku, pisany po aresztowaniu Marka Nowakowskiego.

Autor: Maciek Froński

Nie ujmując niczego Pilchowi muszę powiedzieć, że moim skromnym zdaniem lepszy od niego, i to o niebo lepszy, jest Ludwik Stomma.


Dodaj komentarz



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl