Komentarze do
"Papiery pośmiertne"

 

...oraz kilka jeszcze słów o Mirosławie Nahaczu i jego ostatniej książce. Ale wpierw przedstawmy problem.


Kiedy umiera pisarz, zaczyna się zazwyczaj mrówcza praca jego sekretarzy, spadkobierców, badaczy itd., by uporządkować to, co zostało po nim “w szufladach”. Są to działania tyleż – z jednej strony – naturalne, co jednak budzące pewne wątpliwości.


Weźmy przykład Zbigniewa Herberta. Autor nie żyje już od z górą 10 lat, a wciąż ukazują się kolejne wydania jego – głównie eseistycznych i epistolarnych – tekstów, odnalezionych w osobistych archiwach oraz pozbieranych po róznych, często niszowych czasopismach. Kto pamięta, kim był Herbert, jaka była jego pozycja w literaturze PRL-owskiej i jak pisarz ten funkcjonował – nie będzie znów tym faktem zanadto zdziwiony. Produkcja książki w PRL-u była długa i mozolna. Redakcje wydawnictw działały asekuracyjnie, ponadto trzeba jeszcze mieć świadomość roli cenzury, która aż do jej likwidacji w 1990 roku miała istotny (a często dominujący) wpływ na politykę wydawniczą.


Herbert, jak to widać z dzisiejszej perspektywy, dbał głównie o swoje wiersze i co miał opublikować, to opublikował za życia. W szufladach pozostawił głównie eseje oraz inne eseistyczno – prozatorskie drobiazgi, które, wskutek rozmaitych obstrukcji, a pewnie też i działań samego autora, nie ujrzały w kształcie książkowym światła dziennego za jego życia. Teraz te teksty – dzięki starannym zabiegom wydawców – ukazują się sukcesywnie. I dobrze.


Ale oto inny przykład – Czesław Miłosz. Wiadomo powszechnie, że Noblista, pod koniec życia mający poważne kłopoty ze wzrokiem i słuchem, dyktował teksty poetyckie, ale też często w szczątkowej jedynie postaci, które jego sekretarz, pani Kosińska, zapisywała – no właśnie, jak? Na komputerze czy ręcznie? Po śmierci Miłosza zebrało się uczone “konsylium” (w tym profesorzy od literatury) i tym ostatnim wierszom oraz poetyckim skrawkom – w toku dyskusji, jak rozumiem – nadało ostateczny kształt. Wiersze ukazały się – ale... Wypada zadać pytanie, na ile są to w istocie wiersze Czesława Miłosza (jego udział, w ich finalnym kształcie, jest, co tu kryć, dość ograniczony)? Nie mamy tu wszak do czynienia z dość naturalną, jak w przypadku Herberta, pracą edytorską jedynie, mamy do czynienia natomiast z czymś, co nazwać by można działaniami rekonstrukcyjnymi (a może nawet – przy założeniu zresztą najlepszej woli członków “konsylium” – konstrukcyjnymi).


“Niezwykłe przygody Roberta Robura” – ostatnia książka Mirosława Nahacza – ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka bez nadmiernych, jak przedstawiciel wydawnictwa sam zaznacza w notce edytorskiej, ingerencji wydawniczych.


Nie jest to tak zła powieść, jak można by wywnioskować z lektury rozmaitych prasowych recenzji. Owszem, jest nieco przegadana, owszem praca rzetelnego redaktora, partnera pisarza, z pewnością pomogłaby jej w znacznym stopniu. Ale też nie demonizujmy. Nahacz nie popadł w bełkot, a jego ostatnia książka ma wyrazisty plan konstrukcyjny. Trzyma się też konceptów, które najwyraźniej patronowały założycielskiej intencji autorskiej. To w końcu antyutopia, napisana w duchu wizyjno – groteskowym. Jej zamierzenia przypominają trochę projekt “Nietoty” Tadeusza Micińskiego: opowieści idącej wzdłuż i na przekór jednocześnie konwencjom, powieści totalnej, która jest i narracją, i intelektualną refleksją równocześnie – z licznymi odniesieniami kontekstualnymi. Nahacz był świadomy tego, co pisze – to widać. Gra stylistykami, oscyluje między biegunami formuł epickich, “linkuje” opowieść a to z cyber – punkiem, a to znów z Pynchonem (którego skądinąd wielbił). W porównaniu z jego poprzednimi powieściami – jest to gwałtowny, jakościowy, intelektualny i – mimo wszystko- formalny, skok. Być może zresztą dlatego odkrywcy talentu autora z Gładyszowa – Wydawnictwo Czarne – nie podjęli się edycji tej książki. Tak bardzo różni się ona od poprzednich dokonań pisarza. Jest jeszcze jeden aspekt – ekonomiczny. Trzeba pamiętać, że Czarne to wydawnictwo rodzinne, o niewielkich jednak możliwościach rynkowych (w porównaniu do potentatów). A “Niezwykłe przygody Roberta Robura” to rzecz obszerna (ponad 500 stron) i – przyznajmy – raczej nierokująca komercyjnego sukcesu (teraz sprawa może wyglądać inaczej, bo cień śmierci autora może rzucić na zainteresowanie czytelnicze książką osobliwy blask. Wydawnictwo to wie i “sprzedaje” powieść w okładkach cokolwiek nekrologicznych, dołączając na skrzydełkach pośmiertne pożegnania Nahacza pióra rozmaitych jego przyjaciół).


Czy “NPRR” należało wydać? Moim zdaniem, po pewnym wahaniu, raczej tak. I może nawet dobrze, że nie grzebano zanadto w tej książce redakcyjnie. Co budzi tu pewien opór – to raczej “background” edytorski (okładka, kolportowana fama, coś, co można nazwać budowaniem na siłę legendy – patrz tekścik “Od wydawcy”). Ale takie są prawa rynku, odpowie realista (zwany często cynikiem).


Sam siedzę teraz nad papierami pośmiertnymi Agnieszki Osieckiej. To fascynująca rzecz dla badacza. Ale ludzki wymiar takiej działalności – budzi moje własne wątpliwości.




Treść komentarzy
Autor: Albertynka

Mam nadzieję, że "bardzo wyraźny kłopot'' z Pilchem rzeczywiście zaowocuje nową notką na blogu, który od niedawna czytam z rosnącym zainteresowaniem... Pozdrowienia dla autora i komentatorów.

Autor: Aleksander Kopiński

Ho, ho, nie spodziewałem się aż takich kontrowersji wobec rzeczy w końcu dość oczywistej. Babka w swej deklaratywnej "demokratyczności" była po prostu pocieszna, Konsulu. Szczęśliwie poziom tutejszych rozmów znacznie odbiega od sieciowego "jak równy z równym", nie ma więc potrzeby się bałamucić, że niby gdy "pod spód nic nie wdziewam, od razu się lepiej miewam". I żeby ten rzadki nawet w witrynach literackich styl oraz zainteresowanie blogiem się nadal utrzymywały, życzę naszemu Gospodarzowi, z którym kilka rozmów i ja także miło wspominam.

Autor: Konsul > AK

Rozmawiałem z autorem ninejszego bloga o literaturze wielkokrotnie, choć nie mam ku temu akademickich kwalifkacji. Nigdy nie odczułem paternalistycznych akcentów, o których Pan pisze. Sam fakt doszukiwania się w tej frazie "jak równy z rówym" głębi zakrawa na przypadek dla wiedeńskiego mistrza. O to chodzi, że babka - ziemianka z Wileńszczyzny, tak?

Autor: Jarosław Klejnocki

Nie, no Nanek, nie obraqżaj sie tak od razu. Bez Ciebie ta strona już nie będzie taka sama.

Przyjmuję uwagi pana Kopińskiego, choć przyznam, że mam nieco podobne wrażenie jak Anonim. Frazeologizm "jak równy z równym" wydaje mi się dość neutralny, a poza tym miałem na myśli sieć, a nie tylko tę stronę. Czyli, że ja też mogę sobie pogadać "jak równy z równym" na jakichś forach, gdzie jestem kompletnym dyletantem.

Autor: Nanek

To już tu nie będę pisał, pi......ę! Nanek ma swój honor. Będę tylko czytał. :)  

Autor: Aleksander Kopiński

Szanowny Anonimie, oczywiście, że istnieją ewidentnie amatorzy oraz ewidentnie zawodowcy, których układa się w - najróżniejsze! - hierarchie, a także cała masa przypadków pośrednich, mniej lub bardziej poślednich. Nie zmniejsza to jednak efektu komicznego zabiegu, jakim jest podszyte ewidentną protekcjonalnością i paternalizmem pochylanie się ze szczytów (jakichkolwiek, choćby i tylko mniemanych) ku tzw. zwykłemu człowiekowi. Najśmieszniej jest zaś oczywiście wówczas, gdy ucinanie sobie takiej pogawędki "jak równy z równym" praktykuje się z pełną powagą :-)

Autor: Jarosław Klejnocki

Powtarzam: nie mam nic przeciwko ostrym diagnozom, proszę tylko o pozostawanie w paradygmacie literackiej polszczyzny.

Autor: Konsul

To ja stane w obronie Nanka, bo - epitety epitetami - ale ten jego wpis jakoś mnie wulgarnością nie razi, a biorąc pod uwagę opakowanie PR-owskie niektórych zjawisk, także w prozie polskiej, ale nie tylko tutaj, uważam, że określenie to po prostu precyzyjnie wskazuje desygnat i całkowicie jest uzasadnione w wypowiedzi (nie zależnie od tego czy zgadzamy się co do wskazanych przez Nanka postaci). Ale oczywiście bądźmy kulturalni, skoro wszędzie w sieci tyle brzydkich słów. "Puszczanie bąków" mnie osobiśie razi nawet bardziej, ale może to kwestia wrazliwości.

Autor:

Oj, czepialski Pan jesteś, panie Aleksandrze, z całą sympatią. Ale jednak, co tu kryć, krytyka literacka to jednak fach, wymagający pewnego przygotowania, wiedzy i umiejętności. Oczywiście - bywają krytycy literaccy samozwańczy i badziewiarscy, ale na rynku usług ma pan też rzetelnych i z marką hydraulików i podszywających się pod fachowość przyuczeńców. Pozdrowienia!

Autor: Jarosław Klejnocki

Drogi Nanku,

BARDZO uprzejmie proszę o kontrolę nad emocjonalnością swych wypowiedzi. Zależy mi na tym, by dyskusje na tej stronie stroniły od języka epitetów, a już szczególnie epitetów wulgarnych. Z pewnością nawet mocne treści da się wyrazić inaczej. Pozdrawiam!

Autor: Aleksander Kopiński

Dostarczył mi Pan, drogi gospodarzu, wiele radości tym wyznaniem: "cenię sobie właśnie to, że możemy pogadać tu jak równy z równym". W jego pozornie demokratycznej wymowie owo nie tak nawet bardzo skrycie arystokratyczne "jak" godne jest zaiste analizy wiedeńskiego mistrza. Zresztą  cały ten z ducha chłopomański ekskurs nt. jak to nam, zawodowcom, fajnie sobie w necie podyskutować wśród tłumu amatorów, przypomina mi rodzinne podania o tym, jak to już za PRL-u babka - była ziemianka z Wileńszczyzny udzielała swojej małoletniej córce pouczeń, że tych panów robotników też należy szanować i zwracać się do nich właśnie per pan.

Autor: Nanek

Świetna uwaga, Panie buku. Z ust mi Pan ją wyjął: tak, istnieją nieprawdziwi pisarze, czyli, moim zdaniem, tacy, którzy wymyślili siebie jako pisarzy, a potem poszli krok dalej - uwierzyli, że nimi są, w czym utwierdzili ich znajomi, dziennikarze, krytycy. Jest dwóch wymyślonych pisarzy, którzy od razu przychodzą mi na myśl: Pilch i Chwin. Badając literaturę jako poloniści, wpadli na pomysł, że może będą pisarzami i zostali nimi. Oni są właśnie nieprawdziwi, bo ważniejsze dla nich jest samo funkcjonowanie jako pisarze, poklask, media, felietony, nagrody, mądrzenie się i mizdrzenie, czyli cały ten chujowy blichtr, a nie samotne hemingwayowskie cyzelowanie formy w samotności, skromność, która jest cechą każdego prawdziwego pisarza.

Autor: buk

Paradoks polega na tym, że w sieci pisarz-który-się-skończył, w ten właśnie sposób żyje w  niej i poza nią w najlepsze.  Jego "kończenie się" na tym, czy innym utworem przedłuża mu życie. "Zdychanie" takiego bloga jak kumple ( ciągle obwieszczane), jest naturalnym stanem jego trwania. Pilcha w sieci ( jako jej uczestnika) nie ma, ale jest bez przerwy jako temat. Może jak święta Katarzyna ze Sjeny, pisarz w sieci musi "zadowalać się wielu skonami" dla idei, którą nazywa Literaturą,  kto to wie?  O Pankowskim  natomiast prawie nic nie ma w sieci. Nie wiadomo więc , gdzie  się skończył, gdzie objawił. I taki pisarz, dyskretny, wycofany, nieobecny, staje się może dopiero pisarzem, którego trzeba zacząć czytać, prawdziwym pisarzem, o którym w sieci nie ma nawet nieprawdziwych informacji ( nie ma ich wcale), ponieważ ulubionym zajęciem internautów-literatów  (  żeby zakończyć paradoksem ) jest pisanie prawdziwych rzeczy ( pisarz okropny, grafoman itd) o niestety nieprawdziwych pisarzach ( znanych w jednym środowisku albo tylko z powodu jakiejś nagrody, nominacji etc).

 

Autor: Dariusz Nowacki

Dlatego moje zawołanie: "uwielbiam dyskusje w necie!" nie było podszyte sarkazmem. Jedyna wątpliwość jest taka, że przerzucanie się bąkami typu Sieniewicz jest OK - Sieniewicz nie jest OK lub Pilch się skończył - Pilch się zaczął jest nudne i jałowe.

Autor: Jarosław Klejnocki

Darku Drogi,

no i na tym polega cały urok! Bo "w obiegu papierowym" nikt nie napisałby tak straight forward, że Herbert Kaputt po "Panu Cogito", a nawet jakby napisał, to pewnie byłyby kłopoty z drukiem (a nawet jakby napisał i mu wydrukowali, to co najwyżej zasłużyłby sobie na miano np. lekkiego oszołoma). A tu jak ktoś pisze, że się w którymś momencie pisarz skończył (to znaczy, że czytał też Herberta po "PC" - i bynajmniej nie jest to Porozumienie Centrum) - to mnie to się każe zastanowić dlaczego ktoś, bynajmniej nie czytelniczy outsider, tak sądzi. W badaniach recepcji, jak wiesz równie dobrze, albo pewnie lepiej ode mnie, wynik nie podlega kwestionowaniu. Można go tylko zinterpretować. I dyskusje poniekąd takimi badaniami recepcji są.  Twoje "danie świadectwa" krytycznego w rzetelnych tekstach nie uzyskuje przecież w ten sposób przeciwwagi. 

Może to też kwestia oczekiwań od sieciowego gadania? Mnie osobiście nie zależy aż tak bardzo, by kogoś przekonać do moich racji, by ktoś przyjął moje punkty widzenia i moje argumenty. Po prostu prezentuję to, co mam do powiedzenia i w komentarzach przeglądam się jak w lustrze. Reakcje negatywne też są reakcjami (czyli wynikami) i dostarczają pewnej wiedzy.

Autor: Dariusz Nowacki > Jarek Klejnocki

Jarku, to nie sarkazm, a już najmniej próba podziału opiniodawców na "dyplomowanych" i "niedyplomowanych". W tej branży nikt nikomu cerytfikatów nie wręcza, ponieważ certyfikaty nie istnieją. Zrazem jednak trudno skomentować pogląd, zgodnie z którym Pilch "kończy się" wraz z Miastem utrap. jeśli nie zna się argumentacji. Tymczasem o trzech ostatnich tomach prozy Pilcha coś tam napisałem, sformułowałem jakieś argumenty, zarysowałem jakąś linię ewolucji tego pisarstwa... nie były to zresztą notki, lecz pełnowymiarowe recenzje. Czyli dałem publicznie jakiś pogląd. Nie chcę być nieelegancki, ale są poglądy i są bąki. Bąk byłby wtedy na przykład, gdybym w tym miejscu napisał (jako nigdy nigdzie nie piszący na temat poezji Herberta), że jego twórczość kończy się wraz z "Panem Cogito", czyli w r. 1974. Można? Jasne że można! Wszystko można (zwłaszcza w sieci).

Autor: Jarosław Klejnocki

Drogi KczK,

gusta czytelnicze są, jak widać ponad podziałami. Ten nawiedzony czy zwariowany narodowiec - jak go gdzieś Pan nazwał - Nanek oraz Pan: chwilowo w jednej ekipie (co do oceny Sieniewicza).

W sieci nie ma gigantów, cenię sobie właśnie to, że możemy pogadać tu jak równy z równym. I trochę mnie uwiera sarkastyczny ton komentarzy Dariusza Nowackiego, z których to uwag da się wyczytać jednak jakieś przekonanie o nienaruszalności i obiektywności literackich diagnoz dokonywanych przez prawdziwych fachowców (jak to zrozumiałem). Nie byłbym taki pewien. Myślę, że i wśród "dyplomowanych" krytyków literackich recepcja prozy Jerzego Pilcha byłaby (zresztą przecież jest!) zróżnicowana. Dla Dariusza Nowackiego Pilch - dojrzały prozaik - zaczyna się, jak rozumiem, od "Miasta utrapienia". Inni - mówią mają zupełnie odmienne zdanie. A ja z Jerzym Pilchem - prozaikiem - mam bardzo wyraźny kłopot i być może nawet z tego wszystkiego urodzi się nowa notka na stronę.

Autor: KczK

O wielkie nieba, giganci walczą aż ziemia drży, ja malutki siedzę w swojej mysiej dziurce i nie śmiem wyściubić nosa. Powiem tylko że zgodzę się z Nankiem że, o tak, poruszył właściwą strunę - Sieniewicz to jeden wielki bełkot. Niech to ma wreszcie odwagę ktoś powiedzieć. Kupiłem jego dwie książki, z synpatii jako knajpianego kompana, ale to jest jakiś koszmar. Nie rozumiem dlaczego krytyka go tak hołubi. A gani również olsztyńską Kalicińską.

Autor: Dariusz Nowacki

Uwielbiam netowe dyskusje o literaturze! Tylko tu można głosić: nikt mnie nie przekona, że białe jest białe :-) Dla kogoś Pilch się kończy z "Miastem utrapienia", dla kogo innego (nie ukrywam, że dla piszącego te słowa) zaczyna wraz z tym wystąpieniem. Piękne!

 

Autor: Jarosław Klejnocki

No tak, tak zdecydowana deklaracja przekonań poniekąd czyni ewentualną dalszą dyskusję bezcelową (w tej materii).

Z innej beczki: radosna wiadomość z rejonów "technicznych" - zdaje się, że już usterki blogu zostały naprawione i nie pojawiają się żadne marsjańskie znaczki w miejscu cudzysłowów, można wyodrębniać akapity itd.

Autor: Krzysztof Kryca

Trochę mnie dziwi podejście pana Dariusza Nowackiego, że skoro ostatnia powieść jest słaba, to psuje ona wizerunek całości dorobku pisarskiego oraz, że w związku z tym nie powinna być wydawana. Dla mnie jest to bez sensu, bo wynika z tego, że załóżmy: jakiś pisarz wydaje trzy książki, które są bardzo dobre, potem wydaje książkę przeciętną i kolejna powieść (piąta) jest znowu bardzo dobra. Czy to oznacza, że należy wycofać tą powieść słabszą? Mamy wszyscy udawać, że ona nie istnieje? Nie czytałem NPRR, ale jeśli jest ona słabsza w porównaniu z poprzednimi dziełami Nahacza, to bardzo dobrze! Dlaczego? Ponieważ pisarz jest tylko człowiekiem i również zdarzają mu się słabsze chwile w twórczości. Cała ta sytuacja oczywiście nie mówi nam nic o tym, że kolejna powieść Mirka byłaby wybitna. Ale tego się już niestety nie dowiemy. (Długo zastanawiałem się nad jakimś przykładem, najpierw nic mi do głowy nie przychodziło, ale już wiem - Pilch! Dla mnie ten człowiek jako pisarz jest już skończony. Do czasu "Pod Mocnym Aniołem" [no i może "Miasto utrapienia"] był dla mnie wybitnym pisarzem. Od momentu "Moje pierwsze samobójstwo" i rozpoczęcia pisania felietonów do Dziennika zaczął się stały i systematyczny zjazd po równi pochyłej pana Pilcha. Upadek ikony. Mówię o tym ponieważ, chcę pokazać, że nie jest tak, iż każda kolejna powieść musi być lepsza od poprzedniej. Czasem trzeba coś skonocić, żeby potem błysnąć ponad wszelką wątpliwość. Zrobić krok w tył, żeby potem zrobić dwa kroki do przodu).

Autor: Dariusz Nowacki > Jarek Klejnocki

Ależ ja się nie irytuję. Ponieważ jestem pewny swego. Nie wyobrażam sobie tekstu, który przekonałby mnie do istotności czy zjawiskowości NPRR. Moim zdaniem jest to niewykonalne. A nawet jakby było wykonalne, to nie widzę nikogo, kto by się tej roboty podjął, czyli przekonał mnie, że w sprawie NPRR pomyliłem się fatalnie. Taryfa ulgowa? Może być, tylko po co? Jest zbędna, tak jak zbędna jest pryncypialność, do której się nie poczuwam. Mnie naprawdę sprawa zupełnie nie grzeje. Od biedy można pogadać o jakichś kwestiach socjologicznych (skazany na legendę czy nie), wydawniczych (czy metoda "na trupa" - jak to ujęła dziennikarka "Dziennika" - jest godziwa czy nie) i tego typu zjawiskach. Było nie było - wokół, daleko od tekstu. Natomiast zajmowanie się samym tekstem to w tej sytuacji - twierdzę - zwykła strata czasu.

Autor: Jarosław Klejnocki

Kryterium świata przedstawionego jako zasada genologicznej implikacji jest zawodne. Bo rozumiem, w takim razie, że "Mała apokalipsa" - też fantastyka, tak? Ale mniejsza z tym...

Tu nie idzie o terror mediów, tylko raczej o zmediatyzowanie i zwirtualizowanie świata do ostateczności. Więc w istocie fundamentalne pytanie epistemologiczne. Baudrillard się kłania.

Nie znam się aż tak dobrze na cyber punku (choć musiałem się niegdyś podkształcić, bo byłem recenzentem magisterki na ten temat), ale - może oprócz jakichś niszowych rzeczy, których siłą rzeczy nie znam - i może jeszcze oprócz "Anny Inn w grobowcach świata" Tokarczuk - mamy równie silnie obecną estetykę spod tego znaku?

Wszelako wciąż powtórzę - to raczej potencja niż spełnienie w "NPRR". A skoro autor martwy, to może jednak i jakaś taryfa ulgowa się należy?

Bo "84" dopiero młodzieńcze - choć i frapujące, a "Bocian" to prawdziwy kolaps. "84" dobrze autora zapowiadało, "Bombel" pokazał, że Nahacz już jest prawdziwym pisarzem, a "NPRR" to kolejna zapowiedź nowej drogi. Niestety, przerwanej.

Nie irytuj się Darku, ja po prostu nie jestem aż tak pryncypialny w swoich sądach w tym przypadku...

Autor: Dariusz Nowacki > Jarek Klejnocki

Też nie zamierzam umierać za NPRR... szkoda czasu na sprawy trzecirzędne. Ale jednego nie rozumiem: jak to nie należy do fantastyki?! Przecież o tej przynależności rozstrzyga taki a nie inny kształ świata przedstawionego, motywy zawarte w powieści. Pod tym względem to wręcz ortodoksja! A terror masowych mediów to koncept tak zgrany, że już bardziej nie można. Zgadzam się - ciekawe mogłoby być "psychoanalizowanie". Tylko właściwie po co? Powtórzę - szkoda czasu na trzeciorzędną powieść o cztwartorzędnym znaczeniu.

Autor: Jarosław Klejnocki

Moim zdaniem werdykt fachowców od fantastyki nie ma tu nic do rzeczy, bo "NPRR" nie jest prozą ze sfer fantastyki.

I chyba nie chodzi o to, że oglądanie telewizji szkodzi, tylko o świat, w którym władza przeszła ze sfery polityki do mediów; to one sprawują czystą władzę w imię żadnej idei...

Ale też nie chcę się tu zbytnio angażować w obronę powieści, bo wszak jednoznacznie stwierdziłem, że nie jest rzecz bezdyskusyjna... wręcz przeciwnie.

Ciekawa byłaby też psychoanalityczna interpretacja... Tylko że - właśnie - tę jakiś fachowiec powinien ewentualnie wykonać.

A co do poprzednich książek Nahacza: podzielam pogląd Nanka. To "Bocian i Lola" stanowią typowy, bez literackiego zapośredniczenia, bełkot narkotyczny. "Heroina" Tomasza Piątka coraz bardziej wyrasta na wzorzec (przynajmniej u nas) jak można z doświadczenia uzależnienia zrobić dobrą literaturę (chociaż ja zawsze twierdziłem, że "Heroina" to bardzo porządna powieść).

Autor: Dariusz Nowacki
Kiepskość NPRR trzeba by wykazać w obszernym tekście... nie mam na to siły ani ochoty. Poczekamy, co w sprawie tej powieści powiedzą "branżowcy", czyli komentatorzy opisujący fantastykę. Przeczywam, że ich werdykt będzie bezlitosny. Aha, przypomniało mi się... jeśli można z czymś zestawić ostatnią powieść Nahacza, to chyba najlepiej z grafomańską prozą Piotra Szulkina (Golem, Wojna światów, O bi, a ba, Ga, ga - chwała bohaterom; pod jedna okladką w tomie "Socjopatia" wydanym przed trzema laty przez Ha!art). Te same post-orwellowskie i post-huxleyowskie popłuczyny, ta sama nędza wyobraźni i gra znaczonymi kartami... dyktatura masowych mediów i inne tysiąc razy przewałkowane problemy... kurczę, naprawdę sensacją jest, że oglądanie TV szkodzi?!
Autor: Nanek

Ja to tego Nahacza w ogóle nie mogłem przeczytać, zacząłem Bociana i Lolę, ale kolo pojechał takim bełkotem jak sam Sieniewicz i wymiękłem. Rzecz raczej dla masochistów, dlatego powróciłem do Mauriaca. O, to jest mistrz! Młodzieniec z dawnych lat, Maltaverne, Teresa Desqueyroux, Genitrix, Pustynia miłości - te arcydzieła pisane spokojnym, głebokim stylem, z przepięknym prozatorskim oddechem są odtrutką na tzw. prozę pisaną dziś w Polsce pod naciskiem krytyków i wydawców: pełną wydumanych problemów, wątków feministycznych i pedalskich, egocentryzmu i nieznośnych językowych wygibasów, od których odechciewa się po prostu lektury. To wszystko dziś przypomina socrealizm tylko a rebours. Wtedy partia nakazywała pisać tak a nie inaczej, a dzisiaj to samo robi Ministerstwo Prawdy z Czerskiej i grono jego akolitów. Koszmar! To jest po prostu Chinese Democracy (świetna płytka zresztą). Na szczęście w tym morzu badziewia są spokojne wyspy, gdzie można odpocząć: proza Włodzimierza Kowalewskiego, Rafała Wojasińskiego, opowiadania Marka Kochana.

Autor: Jarosław Klejnocki
Nie chciałem wchodzić w polemikę z Darkiem Nowackim jako autorem bardzo ostrej recenzji z "NPRR" i dlatego ograniczyłem się w tekście w zasadzie do wypowiedzenia  własnego zdania.
Nie twierdzę również, że jest to książka wybitna etc., pisałem tylko, że w moim przekonaniu nie jest aż tak zła, jak czytałem w recenzjach - przyznam, także Darka.
I wydaje mi się, że nie należy na nią patrzeć jak na tekst z kręgu fantastyki. Z poszanowaniem proporcji - 1984 Orwella też fantastyką nie jest, a gdyby tak na nią spojrzeć, to jest wtedy oczywiście fantastyką kiepską.
Przykłady pośmiertnych działań z tekstami Miłosza i Herberta przywołałem nie po to, by "na trzeciego" umieścić obok tych Tytanów literatury Mirosława Nahacza, tylko żeby pokazać dwie skrajne postawy edytorów. Wydawało mi się to dość oczywiste.
Autor: Dariusz Nowacki
Poniekąd czuję się wywołany do odpowiedzi. W drobnej recenzyjce w GW postawiłem mocną tezę, że publikacja ?NPRR? to błąd. Ktoś w komentarzu pod tekścikiem przypisał mi niecne intencje... zamach na wolność słowa i swobodę publikowania czegokolwiek, kretyńskie zapędy ?cenzorskie?. Tymczasem istota tego spostrzeżenia sprowadza się do tego, iż ?NPRR? psuje dość dobry obraz pisarstwa Nahacza stworzony na podstawie trzech powieści opublikowanych za życia pisarza. Ogłoszenie drukiem ?NPRR? to w moim przekonaniu niedźwiedzia przysługa wyrządzona Nahaczowi. Bo jeśli owe trzy powieści pokazywały, że mamy do czynienia z prozaikiem utalentowanym i z perspektywami, tak czwarta pokazuje zupełnie co innego. Nie tylko chodzi o to, że ?NPRR? jest wypowiedzią bałaganiarską, brulionową, byle jaką (w zakresie czynności rzemieślniczych ? kompozycja, styl itd.), idzie przede wszystkim o to, że powieść ta jest bardzo kiepską, niezwykle wtórną fantastyką, niewytrzymującą porównania z tym, co w tej domenie dostaliśmy po polsku w ciągu ostatnich lat kilkunastu. Gdyby ?NPRR? nie były powieścią utrzymaną w gatunkowym profilu, sprawa nie byłaby tak wyraźna... By daleko nie szukać: tydzień po premierze powieści Nahaczowej WL wznowił starą rzecz Jacka Dukaja, ?Córkę łupieżcy?. Porównajcie te dwa dzieła, a dowiecie się, co mam na myśli. No ale jeśli wydawca Nahacza sugeruje, że Robur to ?psychodeliczna powieść przesiąknięta wizjonerstwem godnym Thomasa Pynchona, pesymizmem Louisa F. Celine?a i frustracją rodem z Franza Kafki? ? to ja już nie mam pytań... ręce opadają z szelestem. Jeżeli zatem dla części komentatorów (jak rozumiem ? także dla Gospodarza tego miejsca) ?NPRR? jest dziełem wybitnym lub co najmniej wartościowym, to oczywiście wątpliwość, dlaczego się ukazało, brzmi dziwacznie. Nawiasem mówiąc, umieszczanie ?sprawy Nahacza? w kontekście spuścizny Miłosza i Herberta wydaje mi się dość zabawne. Uszanujmy proporcję, nie dajmy się zwariować! To zresztą szerszy problem ? problem kompletnej rozpierduchy aksjologicznej, bo jeśli Nahacz może być krewnym Pynchona, Celine?a i Kafki, bo jeśli tak niedobrą, tak marną antyutopijną fantastykę można uznać za rzecz godną uwagi, to znaczy, że wszystko można...
Autor: Nanek
A Chinese Democracy Gunsów już słuchałeś?

Dodaj komentarz



(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl