Komentarze do
"Przepis na legendę"
W Magazynie “Dziennika” (14-15.02) felieton Jakuba Żulczyka “Legenda, której nie było”. Młody prozaik zajmuje się w nim fenomenem legendy literackiej w Polsce i przywołuje samobójczą śmierć obiecującego pisarza Mirosława Nahacza, zmarłego tragicznie latem 2007 roku w wieku dwudziestu trzech lat.
Posłuchajmy: “Tak jak świat ma Jima Morrisona i Iana Curtisa, tak polska kultura też ma swe straceńcze legendy, z tym że u nas monopol ma na nie głównie literatura. (...) Jednak dlaczego pamiętamy Stachurę i Wojaczka, tym bardziej, że byli poetami? Czy ich tragiczne historie są aż tak elektryzujące? Może chodzi o ponadczasowość ich tekstów? Wydaje się, że nie; pamiętamy ich dlatego, że Polacy, za komunizmu pozbawieni kultury rzeczywiście masowej, z braku laku absorbowali kulturę lepszą lub gorszą, ale wysoką. (...) Teraz jest inaczej. Społeczeństwo się zmieniło: to społeczeństwo, w którym wydarzeniem sezonu jest związek starzejącej się aktorki z młodym, jurnym tancerzem, zaś tragiczna śmierć jednego z najzdolniejszych młodych pisarzy przechodzi – poza dwoma okolicznościowymi reportażami – praktycznie bez echa.”
Żeby nie było niedomówień: uważam, że Mirosław Nahacz był naprawdę uzdolnionym pisarzem. Recenzowałem jego debiut (“Osiemdziesiąt cztery”), natomiast drugą książką (“Bombel”) byłem już prawdziwie “trafiony”. Cóż za genialny słuch literacki, cóż za umiejętność sportretowania pokiereszowanej, prowincjonalnej i prostackiej mentalności – pełnej uprzedzeń, resentymentów, stereotypów itd.! Po “Bomblu” Nahacz wydał mi się nawet bardziej obiecującym autorem od Doroty Masłowskiej, bo – poniekąd – grali w jednej drużynie. Więc to, co napiszę dalej nie wynika ani z chęci pomniejszenia talentu MN, ani tym bardziej ze złych intencji sarkastycznego komentatora.
I jeszcze jedno zastrzeżenie – rozumiem emocje targające Jakubem Żulczykiem. Znał MN, kolegowali się – lub nawet przyjaźnili – przeżył więc samobójczą śmierć artysty intensywnie. Ta rana pewnie jeszcze niezaleczona... Te wszystkie wypadki takie absurdalne... Ja też kiedyś przeżyłem dwie śmierci moich (nieomalże) rówieśników i znajomych/przyjaciół. Obie totalnie nonsensowne... Więc staram się o empatię.
Ale Żulczyk w swym felietonie nie tyle czci pamięć autora “Osiem cztery”, co przy okazji formułuje pewne (gniewne) diagnozy o charakterze ogólniejszym. I tu sobie zatem popolemizujemy.
Zazdroszczę autorowi “Radia Armaggedon” pewności, z jaką formułuje swe tezy. To przykład sporej śmiałości, zwłaszcza, że obudowę tych rozpoznań stanowi dość uproszczona socjologia literatury. Streśćmy: dlaczego pisarze niegdyś (za komuny) mogli liczyć na to, że ich życie – byleby tylko nieco bardziej kolorowe lub/i dramatyczne od życia pospolitego zjadacza chleba - stanie się (jeśli tylko jeszcze dojdzie do tego wszystkiego samobójcza lub/i równie niekonwencjonalna śmierć) źródłem literackiej legendy, owionie je oddech straceńczego mitu artysty pozostającego poza wulgarnymi przejawami tego świata? Bo – odpowiada na to pytanie Żulczyk – nie mieliśmy kultury masowej, z jej idolami (ja dopowiem: aktorami z prawdziwej kinematografii, piosenkarzami z autentycznego ruchu muzycznego, showmanami z nielicencjonowanej przez władzę rozrywki). Naród zatem – z braku laku, jak to formułuje autor felietonu – szukał surogatów w kulturze wysokiej, a tam właśnie już czekali pisarze, osobliwie poeci – co zresztą Żulczyka dziwi – ze swymi pokiereszowanymi życiorysami, którzy, powtórzmy – z braku laku, jakoś tam się na quasi – straceńcze legendy nadawali...
Po pierwsze – doprawdy nie wiem, czemu Żulczyk dziwi się, że to poeci stawali się zazwyczaj w naszej kulturze postaciami legendarnymi? A niby kto miałby się stawać? Prozaicy ze “stajni Berezy”, nudni jak flaki z olejem? Byli socrealiści, którzy – przejrzawszy na oczy – budowali obóz opozycji wobec władz PRL? Rozmaici działacze coś tam skrobiący w swoich kajetach i publikujący przez nikogo nieczytane książki? A z rozrywki: reżyserzy i aktorzy utrzymywani z budżetu autokratycznego państwa, nawet jeśli pozwalali sobie na gesty krytyki wobec niego i silili się na quasi - niezależność? Artyści rockowi, których (tu racja) – jak twierdzi Żulczyk – było w Polsce co kot napłakał? Ale nawet przywoływany przez felietonistę Czesław Niemen – jako przykład idola – nie był artystą undergroundowym i bez względu na jego szlachetne intencje oraz naiwność (o których wciąż słyszę i czytam obecnie, pięć lat po jego śmierci) uchodził za twórcę poniekąd dworskiego (uświetnił występem np. gigantyczną fetę z okazji XXXV lecia PRL, kiedy było już dość dobrze wiadomo, co to za państwo).
Panie Jakubie – proszę wybaczyć familiarność – polska literatura była zawsze poezjocentryczna i to właśnie losy tak lekceważonych przez pana wierszokletów budziły jakieś tam namiętności. Naród intuicyjnie wiedział, że tylko poeci odporni są w największym stopniu na pokusy karier sponsorowanych przez władzę i zdolni do życia prawdziwie niezależnego.
To dopiero teraz się u nas zmienia, choć na Zachodzie ten twist dominanty zaszedł już znacznie wcześniej. I nie o kwestię niezależności mi idzie, tylko o rangę artystycznej wypowiedzi. Pisał o tym Czesław Miłosz, dobre kilkadziesiąt lat temu w wierszu “Ars poetica?” – “Ale te walki, gdzie stawką jest życie, toczy się w prozie. Nie zawsze tak było.”
Natomiast dziś, tak, zgadzam się – poeci mało kogo obchodzą. Dziś TGV literatury – to prozaicy i tam można by obecnie szukać straceńców... A czy są kandydaci – to już inna sprawa.
Tyle że – to po drugie – powstanie legendy artystycznej nie jest chyba aż tak uzależnione od inwazji kultury masowej i jej wszechwładnego panowania w społeczeństwie, które wyrzekło się wyższych kulturalnych ambicji (a tak pan mniej więcej charakteryzuje nasze społeczeństwo po 1989 roku). Przecież idole kultury masowej – także ci żenujący i sezonowi, których pan aluzyjnie przywołuje w postaci Joli Rutowicz – nie są żadnymi legendami. To marionetki kapryśnego zainteresowania publiki, która od zawsze potrzebowała i żywiła się plotką, ludyczną energią, sowizdrzalską i plebejską narracją. Oraz kiczem. A więc tu – pudło.
Po trzecie – narodziny legendy nie są prostą funkcją zjawisk społecznych czy kulturalnych. Legenda jest anomalią, transgresją - a nie konsekwencją w obrębie kulturalnych zjawisk.
Żeby człowiek kultury zyskał miano legendy musi być obdarzony charyzmą działającą na odbiorców; musi wieść życie wymykające się standardom normalności obowiązującym w danej społeczności; musi wreszcie uchodzić za buntownika (samobójcza śmierć bywa tego buntu ostatecznym przejawem). Taka jest właśnie recepta na legendę.
I teraz zapytajmy – czy Mirosław Nahacz był człowiekiem z charyzmą, czy wiódł życie transgresywne i czy dawał świadectwo buntu? Jakość jego dzieła jest tu – w tej perspektywie – nieco drugorzędna. Legendę tworzy życie, nie dzieło. Bo to życie nasyca legendarnością to, co się napisało.
I dalej – nie idzie też o to, jakie były intencje i prawdziwe życie wewnętrzne (duchowe) pisarza, chodzi o to, jaki jest odbiór społeczny jego czynów i jego literatury.
Otóż Nahacz żadnego z tych warunków – jeśli idzie o społeczny odbiór – nie spełnia. Nie był postacią charyzmatyczną społecznie (i nie mówię tu o środowiskowym odbiorze, tylko o powszechnej recepcji). Publicznie sprawiał wrażenie człowieka zagubionego, skromnego, introwertycznego. Pisarza świadomego co prawda swych działań, ale nie porywającego publiczności, nie mówiąc już o tłumach. Czy wiódł życie transgresywne (wciąż mówimy o zewnętrznych jego przejawach, nie o jego prywatnej psychomachii, która zapewne znana była najbliższym przyjaciołom)? Też nie. Słychać było co prawda o rozmaitych ekscentryzmach, narkotykach, jakichś aferach z zakłóceniem porządku publicznego. Ale to wszystko – z całym szacunkiem – wciąż standard licznych młodzieżowych zachowań (niestety). Czy był buntownikiem? Żulczyk przypomina, że autor “Bombla” zarabiał m.in. pisaniem scenariuszy dla telewizyjnych seriali. Był też fetowany (choć Kościelskich nie dostał, a w moim przekonaniu za “Bombla” właśnie powinien był tę nagrodę otrzymać!), słyszałem o twórczych stypendiach (być może się mylę). Studiował przykładnie kulturoznawstwo (elitarny kierunek na UW!) i zdaje się był niezłym studentem. I gdzie tu bunt?
Wszystko to nie skreśla, ani tym bardziej nie podważa indywidualnego dramatu istnienia, niedostępnego nam - przygodnym świadkom i czytelnikom - który musiał być udziałem tego człowieka, skoro skończył tak, jak skończył. Ale nie stał się on – paradoksalnie do tego, co powiada Żulczyk ganiący na swój sposób współczesny ekshibicjonizm celebrytów – udziałem publiczności. Jakość dzieła – znów, niestety – nie potrafi sama z siebie stworzyć legendy, danina z siebie jest tu – po raz trzeci: niestety – konieczna.
Dlatego właśnie Bursa, Wojaczek, Stachura, Milczewski – Bruno; a także Hłasko wciąż trwają w zbiorowej pamięci jako “kaskaderzy literatury” (to skądinąd marketingowy pomysł – zdaje się, że Jana Marxa – który w latach osiemdziesiątych publikował sążniste i histeryczne rozważania na ich temat), straceńcy, którzy uprawiali swoiste “życiopisanie” (termin Henryk Berezy), starając się beznadziejnie połączyć idealizm własnej twórczości z pełnym rozmaitych koszmarów (głównie psychiczno – emocjonalnych) życiem. Oni te koszmary ujawniali na zewnątrz nie tylko piórem, ale całymi sobą...
Rzecz kolejna, poniekąd optymistyczna - jeśli Mirosław Nahacz miałby stać się legendą literacką – to tylko w przyszłości. Kiedy kolejne generacje odnajdą w jego życiu wariant swojego losu. Bo na razie jest pisarzem – człowiekiem istotnym dla swoich rówieśnych, których starsi – w tym piszący te słowa – pewnie nie ogarniają. Dzieło – życia i pióra – musi czasem poczekać, by znaleźć swych entuzjastów.
I ostatnia sprawa – znów zacytujmy fragment felietonu: “Nigdy nie powinien umrzeć w ten sposób – ale skoro tragedia już się stała, powinien zostać większą legendą niż Stachura, Wojaczek i Bursa razem wzięci. Pomimo 23 lat w chwili śmierci przeżył od nich dużo więcej i miał dużo więcej do powiedzenia. (...) Tymczasem zostaliśmy z milczeniem i garstką zdawkowych nekrologów. Mirek Nahacz to legenda, której nie było”.
Jak się rzekło – nie było, ale jeszcze może być. To raz. Ale dwa – cóż to za szybkie pióro, które tak łatwo niweluje doświadczenie życiopisania Stachury, Bursy czy Wojaczka? Życie Bursy liznęła II wojna światowa, nędza czasów powojennych, stalinizm, nieuleczalna w tamtych czasach choroba. Wojaczek i Stachura musieli radzić sobie w szarzyźnie PRL-u, która napiętnowała wszelką oryginalność, musieli też zmagać się z chorobą psychiczną. A ich tzw. “życie wewnętrzne”, to piekło osobowościowego zapętlenia.
Wydaje mi się, że nie powinno się tak łatwo negować czyichś demonów, bo nie wiemy w istocie jak były potężne. Ze współczuciem myślę o tym, co wymienieni przez Żulczyka twórcy przeżyli i ze smutkiem rozważam, co mieliby jeszcze do powiedzenia.
Treść komentarzy
Autor: K.
Czytam i nie wierzę. Jak daleko posuniętą trzeba mieć butę, by za jednym zamachem dyskredytować osiągnięcia tak znaczących dla polskiej literackości osobowości, jak Stachura czy Wojaczek? To prawda, że postępująca w obu przypadkach choroba psychiczna dla wielu unieważniła ich jako twórców, ale do cholery!, niech gnojek z dwoma znanymi tylko w jego własnym środowisku książkami zachowa, tak jak pisze Pan Klejnocki, jakiś szacunek należny im, bo co jak co, ale z życiem i z sobą samymi to Oni ścierali się okrutnie. Ktoś wpsomniał wcześniej, że Pan Żulczyk to czysta popkultura. Od siebie dodam jeszcze, że jest on tej popkultury typowym młodopolskim produktem, bękartem Solidarności. A może on sam ma chrapkę by jego postać została właśnie tak uposągowana w annałach polskiej literatury? Za dużo kosmopolityzmu, chłopaku. Więcej folkloru i własnej tożsamości narodowej.
Autor: Doktor Żywy Go!
ho ho ho ho - a co to Niemen jaki miał być przy tego gabarytu talencie; nawet jeśli wchodził - ten wielki i płodny artysta formatu jamajskiego Boba M. albo nawet Michaela Jacksona, (oczywiście w przełożeniu na polskie - ale tylko w kaligrafii) - w konszachty z przeklętą komuną to winić go za to nie mozna gdyz jako arystkokrata ( z racji talentu) nie obowiązują go zwykłe kanony moralne; a najważniejszym dla niego jest budowanie sioła dla rozwoju sowjego talentu który jest darem;
co innego taki Nahacz; czy można się mylić bardzo; gdy się nazwie go głosem pokolenia trądziku - i czy wybór jego nie świadczy najlepiej że chłopiec był z niego młody i nie pokolei miał w głowie a drogowskazów było brak - i co to za objaw geniuszu - samobój - piekny przykład. ja jednak uważam że piękniej jest żyć. Nawet w tak zatechłej dziurze jak Gorlice skad Nahacz pochodził i gdzie chodził razem ze mną do szkoły. i jeśli ktoś tu myśli że to prowincja głeboka to się nie do końca odnajduję nie tylko w tamtych stronach ale też w sytuacji naszego kraju aktualnej gdzie dawną rolę Jasnej Góry pełnią dziś Złote Tarasy w Warszawie.
A o to i Gorlice (m.in.):
http://www.gorlice24.pl/goracy-temat/galeria-gorlice-na-jesieni-2010.html
lokacja nie ma więc znaczenia gdy mowa o introwercji;
nomen omen, dobrze zauważył Żulczyk gdy wspomniał o poetach że to dziwne że idole no bo - jedna rzecz co sie tyczy poezji - nawet jeśli ktoś to czyta to i tak tego nie rozumie -
co innego rock - czyli testosteron i nuty - a młodzi i tak mieli bardów w postaci Ryska Riedla bardziej niż u Wojaczka.
R.I.P. Mirek Nahacz i Michael Jackson.
czesc .
Autor: Jarosław Klejnocki
Drogi Sąsiedzie,
ubolewam nad niedostatkami "formalnymi" strony, ale jedyne, co mogę zrobić - to monitować służby informatyczne Wydawnictwa Literackiego, które zarządzają tym całym ustrojstwem (co czynię dość upierdliwie, więc może jakaś poprawa czeka nas jednak w tej materii). Ma Pan oczywiście rację - kosiarki i inne machiny (w mojej okolicy mieszka jakiś fan laubzegi oraz spawarki - czasem zatem albo mamy głośno, albo siada nam napięcie - w zależności od tego, co delikwent akurat włączy) - uprzykrzaja zycie i niszcza cisze lasu. Ale, niedawno nawet o tym z żoną rozmawialiśmy, chyba już nie bylibyśmy w stanie wrócić do miasta. Jednak liczne uroki życia, niechby i pseudo - wiejskiego, jakoś spodobały nam się.
Autor: zza Lesia
Tak jest, giną akapity, a cudzysłowy zamieniają się w tajemniczy pytajnik.
Autor: zza Lesia
Dziękuję panu za tę cokolwiek złośliwą, ale błyskawiczną odpowiedź. Ten bezwzględny realizm powinien był chociaż uchronić mnie kiedyś przed zamieszkaniem tutaj, no ale niestety... Teraz mam tak: widok na damy w wypolerowanych terenówkach (nie wiedzieć czemu panie są zawsze z telefonem przy uchu), sąsiadów ?stacjonarnych? tak spragnionych intymności, że uciekają gdzie popadnie, zanim zdążę powiedzieć ?dzień dobry?, oraz letników, którzy wpadają tu latem co kilka dni, żeby niezawodnie akurat w niedzielę zadbać o swoje tysiąc pińcet metrów przy pomocy ryczącej kosiarki, bo przecież trawnik w środku lasu musi być, nie ma to tamto. Od czasu do czasu idzie chyr po wsi, jaka to kolejna znamienita osobistość właśnie zamieszkała nieopodal.
Niespecjalnie, powiem panu, czekam na reportaże Jagielskiego, czy to o Zalesiu czy o Zimbabwe. Czasem wracam do kilku niedawnych książek Malickiego (bardzo późny debiut) z podotwockim Świdrem w tle, bo znajduję tam te klimaty, których w przejętym sobą Zalesiu coraz bardziej mi brakuje.
Proszę wybaczyć, że wciąż obok tematu, i do tego zrzędliwie. Pozdrawiam serdecznie.
Autor: KczK
A propos niedoróbek... nowoczesne serwery blogowe i fora dają np. możliwość podglądu całości notki przed kliknięciem "publikuj" co pozwala np. przyjrzeć się stylowi, poprawić literówki. To jak się domyślam dla webmastera WL zbyt wysokie progi, ale żeby zjadało akapity?
Chociaż... w tym jest chyba zamysł jakiś. Zabezpieczenie przed grafomanami, którzy przez ten blog chcieliby wysyłać Panu wiersze do oceny. Każdy wierszowy słupek zostanie przemielony na prozę, zaiste szatański pomysł he he he.
Autor: Jarosław Klejnocki
Drogi Kczk, dziękuję za komplementy pod adresem tej strony, które gdzieś przeczytałem. Uwagi dotyczące niedoróbek formalnych przekazałem panu informatykowi i teraz czekam (y) niecierpliwie na ewentualne rezultaty. Nową notkę chętnie bym szybko spłodził, ale staram się znajdować wyraziste tematy - żeby uruchamiać jakąś żywszą wymianę myśli. A to łatwo nie przychodzi...Ale postaram się, dzięki za wsparcie.
Drogi Sąsiedzie Zza lesia...Nie do końca rozumiem tę irytację. Zanim tu zamieszkałem na stałe (dobre 9 lat temu), przyjeżdżałem tu jeszcze z rodzicami od 1969 roku. I wtedy Zalesie rzeczywiście było wsią, choć nigdy oczywiście rolniczą - bo to wynika z historii (parcelacja gruntów przez właściciela pod działki letniskowe itd. jeszcze przed II wojną światową). Teraz jest oczywiście wsią o wiele mniej - ale to trochę też zależy np. od sąsiadów. Ja nie mam w okolicy zbyt wielu "miastowych", którzy tu się pobudowali, natomiast sporo "autochtonów", których styl życia, a i często poglądy przypominają mi właśnie bohatera "Bombla" Mirosława Nahacza.
A że kiedyś przyrównałem tory do Wisły i dwie części Zalesia do lewo i prawobrzeżnej Warszawy - to jeno licentia poetica. Ale widzę, Drogi Sąsiedzie, że jest pan miłośnikiem twardego realizmu. Może więc znany reporter, Wojciech Jagielski, który od niedawna mieszka po pańskiej stronie torów kiedyś napisze wszystko o Zalesiu tak, jak być powinno. Też pozdrawiam, bez mimo wszystko.
Autor: zza Lesia
Szanowny panie, gospodarzu tego bloga,
na marginesie: z całym szacunkiem dla pana i dla wsi, oraz dla pańskiego słuchu literackiego: nie mieszka pan przecież na wsi. Administracyjnie ? owszem, jest to wieś, ale faktycznie jest to nie wiadomo co. Proszę i błagam nie nazywać tego sypialniano-letniskowego- nie wiadomo czego kawałka wsią. W ogóle coraz częściej obserwuję, że ktoś, kto wyprowadza się ledwie za opłotki miasta, proszę bardzo, już jest na wsi. No nie. Pozdrawiam pana z tej, wg pana, gorszej strony torów. Która naprawdę nic wspólnego z Pragą nie ma. Ani żadnego klimatu, ani starej architektury, ani chuliganerii, ani nic. W ogóle nie wiem skąd się panu kiedyś takie porównanie wzięło. No trudno, pozdrawiam.
Autor: KczK
prosimy o nową notkę :)
Autor: Jarosław Klejnocki
Szanowny Panie Krzysztofie,
obawiam się, że "słuch literacki" to nie tyle termin, ile określenie pewnej umiejętności pisarskiej polegającej na wychwytywaniu - na poziomie społecznego uzusu - rozmaitych charakterystycznych cech języka, by potem uwidocznić te cechy we własnym tekście - na ogół w postaci stylizacji. Przy okazji "Bombla" miałem na myśli to, że Nahaczowi udało się, w moim mniemaniu, zrekonstruować (a może raczej właśnie skonstruować) pewną dość charakterystyczną osobowość (ograniczoną, resentymentalną, niewykształconą itd.) właśnie za pomocą monologu tej postaci. I jako żywo stanął mi ten człowiek przed oczami - bo ja takich ludzi spotkałem wielu i nadal spotykam (mieszkam na wsi, co rzecz jakoś tam tłumaczy, ale nie do końca przecież) i zawsze fascynował mnie fenomen takich dziwacznym - jak dla mnie - umysłów. Ale ja "słuchu literackiego" - w znaczeniu, o którym mówię - chyba nie mam, więc nigdy też nie podjąłem (może to asekuracja) zadania takiego, jakiego podjął się MN w "Bomblu".
Autor: Krzysztof Kryca
Mam pytanie do autora bloga: co to jest "słuch literacki"? Używa pan tego terminu, a ja nie tylko, że nie potrafię go zrozumieć, ale również nic w tej materii nie jestem w stanie wymyślić. Byłbym wdzięczny za odpowiedź.
Autor: KczK > D. Nowacki
Jest drobna różnica między nie analizowaniem a dezawuowaniem.
Autor: Nanek
dotowanie ze społecznych pieniędzy wydawanych przez Haart książek Marty Dzido, których 200 egz rozchodzi się po "krytyczkach literackich" a reszta idzie na przemiał.
...
Albo dotowanie kwotą 37 000 złotych w 2005 r. z kasy MKiDN Fundacji "Zeszytów Literackich" na wydanie książki Adama Michnika "Wściekłość i wstyd". To jest dopiero wstyd.
Autor: D.Nowacki > KczK
Ma Pan rację - niezbyt elegancko to wyszło (w wywiadzie). Pisarza nie należy karać tak za sukces czytelniczy, jak i za jego brak (Dzido i setki innych). Sukces bądź jego brak nie ma bowiem nic wspólnego z literaturą i refleksją o niej. Liczby to żywioł księgowych. Ale też nie zgadzam się z częstą u nas praktyką awansowania pisarza do grona "godnych opisania" tylko dlatego, że przekroczył pewną masę krytyczną. Dobrze pokazuje to przykład Sapkowskiego, który - gdyby nie liczba sprzedanych książek - nigdy nie wychyliłby nosa poza fandom. Tak więc nie widzę potrzeby analizowania fenomenu mazurskiej sagi tylko dlatego, że świetnie się sprzedaje.
Autor: KczK > D. Nowacki
Jest miejsc "w tym klimacie" aż nadto, choćby relacje bohaterki z tą bodajże Jolą, sprzedawczynią sklepową zakochaną w tirowcu. Ale nie będę się sprzeczał o szczegóły, nie mam "powołania krytycznego" poza kawiarnianymi i blogowymi dyskusyjkami. Mimo wszystko niesmaczna jest ta Panów (z R. Ostaszewskim) dezaprobata wobec czytelników popularnej literatury, którzy nie kupują tego, co im krytyk podsunie. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi zupełnie niespodziewany sukces komercyjny bardzo skromnej i lekko zdziwionej tym autorki. Piętnować należy co innego, np. - jeśli to prawda - dotowanie ze społecznych pieniędzy wydawanych przez Haart książek Marty Dzido, których 200 egz rozchodzi się po "krytyczkach literackich" a reszta idzie na przemiał.
Autor: Dariusz Nowacki
Jesteśmy ofiarami skrótów (myślowych). Co do Biegunki - to oczywiście zakładam, że czytanie tak Steda, jak i Olgi ma w dużej mierze charakter empatyczny (mam na uwadze czytanie "szerokie", "amatorskie"), toteż trudno mi sobie wyobrazić, aby czytelniczka zechciała się utożsamić z moskiewską menelicą; magnes ciągnie w stronę tej, która nie podróżuje metrem, lecz odrzutowcami. To jednak różne postacie. Ująłem to poprzednio zbyt lapidarnie... Podobnie co do Kalicińskiej. Po prostu nie było miejsca (w króciutkiej rozmowie), żeby rozwinąć pojęcie konserwatywna wizja świata. Pewnie inaczej to rozumiemy - p. KczK inaczej, ja inaczej. Nie sądzę jednak, żeby kobiece bohaterki były "wzorotwórcze" na tej samej zasadzie jak zapomniane już dziś bohaterki wczesnej prozy Gretkowskiej. Może mi pan, p. KczK, pokazać takie miejsce w mazurskiej sadze, w którym pisarka chce namówić swoje czytelniczki, by zerwały z kato-polskim lękiem przed własną seksualnością? To tylko przykład, bo nie chcę do tych spraw redukować problemu. Geretkowska była swego czasu "edukatorką" Polek, nie twierdzę, że namawiała je do odkrycia uroków orala & anala, ale... gdyby się tak wczytać, to kto wie... Powtórzę: inaczej definiujemy zachowawczość, ot co!
Autor: Jarosław Klejnocki
Widzę, że szalejemy tu z dyskusją. To interesujące, że podajesz, Darku, narratorkę "Biegunów" za przykład współczesnej ucieczki od świata. Można się czepnąć - jej podróże nie są bezcelowe, nie są bezinteresowne i nie stanowią gestu odrzucenia. Ona JEST uczestniczką tego świata, a nawet jego beneficjentką. Natomiast na przykład bezdomna (zapewne) pasażerka moskiewskiego metra, którą obserwuje i opisuje (mogę tu się mylić ze szczegółami, ale nie chce mi się teraz wertować książki, żeby być precyzyjnym) - ona tak, ona jest odszczepieńcem! Więc jednak menelstwo rules! Nie można zjeść ciastka i go mieć; nie można być zanurzonym w rzeczywistość i jednocześnie kontestować jej. To znaczy można, oczywiście, ale tak mniej więcej jak czyni to, dajmy na to David Beckham: czyli za cenę obłudy (jakkolwiek literacki efekt może być ciekawy). "Bieguni" nie są powieścią o marginesach rzeczywistości, tylko o jej rozpływającym się w nieoczywistości centrum, a narratorka jest po prostu zintesyfikowaną kondensacją każdego z nas - to znaczy tego, który uczestniczy, a nie się wymiksował (pardon - wyalienował). Co do dawnych outsiderów - zgodziłbym się natomiast z diagnozą, że zwyczajnie dekoracje i rekwizyty tak się zmieniły, że dla młodszego zwłaszcza czytelnika wyglądają na kompletnie niewiarygodne lub niereferencjalne.
Autor: KczK > D. Nowacki
A propos Kalicińskiej - oj nieudolnie niestety. I po prostu fałszywie "przywiązanie do tradycyjnych wartości rodzinnych", "niezwykle konserwatywna wizja świata" - bzdura. To jest książka pełna odkrywczych obserwacji. Bohaterka prowadzi życie wyzwolonej kobiety na bakier z wszelkimi "tradycyjnymi" wartościami, a mimo to jest akceptowana i doskonale potrafi się wpisać w życie prowincji. Znakomite, plastyczne, pełne autentyzmu opisy stosunków społecznych na wsi, przy których płaski i miałki Odija niech się schowa. Oczywiście że to są perełki które pływają w zawiesinie babskiego gadania o pożeranych ciastach i pierogach, ale są. Nawet już chciałem napisać do jednego z portali tekst pt "czy Nowacki przeczytał Kalicińską" ale nie mam do tego aż takiej determinacji. Pozostanę więc przy tej notce.
Autor: Dariusz Nowacki
To, co napisałem o zmianie oceny "kaskaderów", to tylko intuicja, niepewna siebie... Nie wiem, nie "badałem" tej sprawy, nie zastanawiałem się nad nią tak jak trzeba. Intuicja była taka, że zaszły ogromne zmiany w kulturze, pod wpływem kultury konsumpcji. Nie wyobrażam sobie, żeby dziś podróżowanie bocznymi odnogami szlaków PKP miało jakieś sexy (jak to Sted przedstawiał, a inni mu wierzyli i próbowali naśladować). Dziś odpowiednikiem Michała Kątnego jest bezimienna narratorka (nadrzędna, pozwalająca się utożsamić z autorką) "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Bohater Stachury doznawał olśnień i spotykał "ciekawych ludzi" w obleśnej, śmierdzącej knajpie dworcowej w Aleksandrowie Kujawskim czy innym Kutnie, bohaterka Tokarczuk ma to samo - ale na wypasionym lotnisku Arlanda pod Sztokholmem. Tu i tam podróżowanie, spotkania "z ciekawymi ludźmi", ale w jakże innych dekoracjach. Chyba nie nazwałbyś bohaterki Tokarczuk menelicą? To ktoś kto ma ogromną nadwyżkę czasu i pieniędzy, i doświadcza bieguństwa na kilku kontynentach, nawet jak jest łazikiem to zupełnie innego rodzaju. Gdzie tam abnegacja? Gdzie tam odmowa uczestnictwa (w kulturze konsumpcji)? Piszę w wielkim skrócie, ale właśnie o takiej przemianie myślałem. Kątny nie pogadałby z Biegunką, ponieważ ich światy by się nie zazębiły. Biegunkę możemy zobaczyć w Nowym Jorku, ale w Grudziądzu raczej nie :-)
Autor: Jarosław Klejnocki
Darku, jasne. Używam słowa transgresja nie w kategoriach dystynktywnych dla formacji modernistycznej, jeno w znaczeniu psychosocjologicznym, nieco za Baumannem. W świecie "płynności" tak rozumiana transgresja to znak tęsknoty za normą "niepłynną" (twardą). Sprawa zresztą - oczywista: to Mrożkowski Artur poszukujący porządku tradycyjnego w "porządku" chaosu. W sferze literatury - kult Starych Mistrzów jest pewnie tym, o czym piszesz. W sferze pozaliterackiej - niekoniecznie. Fascynacja żywotnością i ruchliwością Późnego Miłosza to przecież także fascynacja Osobą, która żyje jakby innym rytmem niż rytm wyznaczany przez bieżącą codzienność i zachowuje zadziwiającą koherentość osobowości (wobec naszych "rozmazanych" osobowości).
A co do reorientacji recepcji kaskaderstwa... Nie jestem przekonany, że jest jak mówisz. Abnegacja i odmowa współudziału to wszak i dziś popularne postawy, by tak rzec: kontr czy może lepiej akulturowe. Że Milczewski - Bruno degenerat i rzeczywiście poeta nienajwyższych lotów - to może trochę i tak. Ale reszta - menele? E tam.
Autor: Dariusz Nowacki
Wątki się zmutowały, więc odpowiem tylko na "haczyki". Do Gospodarza tego miejsca: transgresja jako jedna z podstawowych figur modernizmu odeszła wraz z nim. Owszem, zostały jakieś resztki i tymi resztkami od czasu do czasu próbuje się grać (vide świeża sprawa Nahacza). W kulcie Starych Poetów - pisano o tym wiele razy - wyraża się nasza tęsknota za czasami minionymi, za tym, co roboczo nazywam Wielkim Serio (literatury, kultury). Inna sprawa: zupełnie inaczej dziś oceniamy abnegację, łazikostwo czy franciszkanizm w duchu Stachury. Owi poeci przeklęci PRL-u to dziś dla nas łajzy, menele, frajerzy... Po prostu inaczej aktualnie wygląda gest "odmowy", co innego znaczy być niepogodzonym ze światem.
No j jeszcze słówko do KczK - ja się nie wypowiadałem lekceważąco o Kalicińskiej, w rozmowie z Ostaszewskim próbowałem - skrótowo, prowizorycznie - uchwycić cechy jej pisarstwa, które przesądzają o ogromnym sukcesie czytelniczym. Słowem, jakoś (nieudolnie zapewne) próbowałem to króciutko opisać, z oceną nie miało to nic wspólnego.
Autor: Jarosław Klejnocki
I Ciebie, Nanku, brakowało mi... Szczęśliwie, odezwałeś się...
Autor: Nanek
Pomijając meritum prowadzonej tu dysputy, nawet ciekawej zresztą, chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że dla osób wierzących oczywisty jest sprawca śmierci Nahacza - szatan. W chwilach rozpaczy przychodzi diabeł, samobójstwa są jego dziełem. Zajmująco opisał to Georges Bernanos na początkowych stronach "Pod słońcem szatana".
Autor: KczK
Panie Jarosławie,
o dezynwolturę na tym forum proszę się nie obawiać, ja do opery ubieram się przyzwoicie, za to na basen zakładam kąpielówki.
Chronologia stachuromanii... oczywiście przed 1983 był znany, czczony w tych czy owych kręgach, ale jego popowa gwiazda rozbłysła kiedy K. Myszkowski z zespołu SDM dorobił do jego tekstów słodkie melodyjki, i dorobił się w głosach krytyków miana popłuczyn po genialnych interpretatorach. O, a tu tekst Fedeckiego którym wspominałem http://stachuriada.pl/stachura/opinie/fedecki.html Ja co prawda jako nastolatek po górach niespecjalnie chodziłem ale np. na festiwalu Gorcstok występuję http://www.youtube.com/watch?v=HmajiLZDG5Y
Ale wracając do meritum, nie przesądzałbym, że skromność i introwertyzm Nahacza dyskwalifikuje go jako materiał na legendę. A czy podobny nie był, również samobójca Nick Drake? Zabieg Wydawnictwa Prószyński, mimo swej pretensjonalności należy docenić, w końcu ktoś tu dość ryzykownie wyłożył na to pieniądze. A że Nowacki skrytykował? Właśnie dlatego kupię tę książkę, czy dam radę przeczytać, to nie wiem, ale ostanio Nowacki źle się wyraził o nieznanej mi wcześniej M. Kalicińskiej i kupiwszy jej książki zostałem nagrodzony godzinami przeuroczej lektury.
I jeszcze jedna uwaga co do Pana tekstu - nie będę się - jak Żulczyk - powoływał na jakąkolwiek znajomość z nieboszczykiem, ale w kilku wspólnych imprezach brałem udział i zapewniam - ilość wchłanianych środków halucynogennych znacznie przekraczała standardy nawet tej bardzo niegrzecznej młodzieży.
Autor: Jarosław Klejnocki
Drogi Kczk, już się martwiłem, że nie uraczy nas (mnie) Pan swoją legendarną dezynwolturą. Dzięki za niesprawienie zawodu. Powtarzam: nie chcę wnikać w czyjąś demonologię - to strasznie śliski temat. Mimo wszystko twierdzę, że żywot Bursa miał mocno nieszczególny (choćby z powodu piszczącej biedy!) i mocno niewyobrażalny wedle naszych współczesnych norm...Co do Stachury - nie wiem jak tam u Pana z turystyką górską (bo wiem, że miejską - i rowerową - ma Pan w małym palcu), ale już na przełomie lat 70. i 80. przy ogniskach na górskich trasach śpiewało się przy gitarach zarówno Kaczmarskiego, jak i Stachurę właśnie - często nie wiedząc, kto jest autorem piosenek (tekstów). To miara prawdziwej, autentycznej popularności. A jak się ukazało "kultowe" wydanie dzieł Stachury w tej słynnej, dżinsowej okładce, to już był prawdziwy szał. Dziś Stachury młodzież chyba nie zna kompletnie, moi studenci - polonistyki! - w każdym razie. To dla nich twórca z Atlantydy, otwierają szeroko oczy, gdy im opowiadam o niegdysiejszym kulcie tego pisarza. Ciekawy skądinąd przyczynek do dziejów recepcji...
Autor: KczK
Kunsztowny esej, sprawiający wrażenie niesymetrycznie erudycyjnego wobec popowych podrygów Żulczyka. Ale ta niesymetryczość znika, jeśli weźmiemy pod lupę miałkość i uznaniowość argumentacji. W popkulturze nie ma żadnych trwałych recept na stworzenie legendy. Jest przypadkowość i te same turbulencje, które sterują światem mody. Bursa, przed młodą acz naturalną śmiercią wiódł krótkie i stateczne życie męża i ojca, okoliczności okupacyjne drasnęły go - na tle innych rodaków - bardzo miękkim pazurkiem. Stachura? Stachuromania zaczęła się ok. 1983 roku, od zrobienia popowych aranżacji jego piosenek, cała reszta to dorabianie ideologii przez krytyków i hiper-anty krytyków jak zmarły niedawno Z. Fedecki. A w polemice z Żulczykiem zabrakło mi głównie jednego pytania: na jakiej podstawie sądzi, że ostatnia powieść Nahacza jest tak agenialna?
Autor: Jarosław Klejnocki
To jednak ciekawe, Darku, co piszesz o Starych Poetach... A może jest tak, że dziś ludzie szukają w literaturze nie tyle transgresji negatywnej, ile pozytywnej? Bo wiesz - frank niemal 3.5 zlotego, euro prawie pięć zł., w firmach cięcia i zwolnienia, bezrobocie rośnie, studenci muszą zaiwaniać do pracy już podczas nauki, jeśli chcą coś osiągnąć itd. A tu - proszę: starzy ludzie pogodzeni z przemijaniem, mimo osiemdziesiątki na karku jakoś tam radośni, twórczy, działający... Może tęsknota ludzka zawsze szuka odmienności od standardu? W PRL jak było pamiętamy, ale zwykły człowiek żył sobie na ogół bezpiecznie (choćby socjalnie). Teraz mamy rollercoaster w życiu społecznym, to może stąd zaciekawienie tym, co mają do powiedzenia ci, którzy życie przeżyli i nie polegli?
Autor: Konsul
Widzę, iż Panowie prowadzicie dialog, tylko nie rozumiem, czemu jednocześnie w dwóch rożnych miejscach. W każdym razie widzę, iż porównanie do Magdaleny Miecznickiej było nietrafione - Jakub Żulczyk jest bowiem w stanie przyjrzeć się sobie krytycznie, nawet jeśli czasami trzeba mu w tym pomóc... http://jakubzulczyk.ownlog.com/1764767,komentarze.html
Autor: Jakub Żulczyk
Witam Pana serdecznie. Pozwoliłem sobie troszkę odpowiedzieć na swoim blogu, zapraszam.
Autor: Dariusz Nowacki
Podejrzewam, że czas poetów przeklętych bezpowrotnie minął. Jeżeli "obowiązuje" dziś jakiś kult, to chyba przeciwny... 80-90-letni poeci nas kręcą, prawda? Miłosz, Różewicz, Szymborska, Miłobędzka (się zbliża). Wybrańcy bogów przestali umierać młodo. Ale mniejsza z tym... Z "kaskaderami" ten kłopot, że często bywa tak, iż legenda biograficzna nie tyle zasłania dzieło, ile istnieje zamiast dzieła. By daleko nie szukać - poeta z podtoruńskiej sadzawki to był jednak nieszczęsny grafoman, tyle że życie miał - powiedzmy - malownicze. Oczywiście malownicze wtedy, bo nie dziś. Cóż może być malowniczego w nietrzeźwieniu, w uwalaniu się wódą w towarzystwie pracowników punktów skupu żywca?
Autor: Jarosław Klejnocki
Obu panom serdecznie dziękuję za uwagi i dopowiedzenia.
Masz rację, Darku, poszedłem skrótem, bo akurat kwestia samobójstw i "samobójczych legend" w tekście o felietonie Żulczyka była nieco poboczną.
Poczytuję sobie za zasługę, że osobiście namówiłem Włodka Kowalewskiego, by opisał na stronie domowej Jerzego Sosnowskiego okoliczności śmierci Bruna, których był świadkiem.
Ale... Mnie szło o to, że - bez względu na prawdę lub rozmaite hipotezy - okoliczności "nienormalnej" (ale czy jest normalna?) śmierci artysty funkcjonują na poziomie plotki i umityczniają się. A to podbudowuje znów ewentualna straceńczą legendę...
Autor: Konsul
Bardzo ciekawy tekst. Żulczyk (jak i zresztą przywoływana w innym wpisie Magdalena Miecznika) to czysta popkultura. Kiedyś w starożytnych czasach rozróżniano "doxa" od "techne", aby móc zakreślić linię pewnych podziałów. To pozwalało kwalifikować pewne umiejętności. Dziś zatrudnia się do pisania tekstów w gazetach głównie przekonanych o swoich racjach ignorantów. Regułą stało się bowiem traktowanie własnych przekonań jako pewników i budowanie na nich wysoce subiektywnych (w każdym sensie tego słowa) argumentacji. Taki styl pisania przyjęło się nazywać "ciętym piórem". To chyba pomyłka, powinno być "sciętym"- w każdym razie tacy "felietoniści" czy "krytycy" są w cenie. Efekt? Totalne bzdury, które ludzie czytają z przekonaniem, że jest w tym coś, bo wydrukowała to wysokonakładowa gazeta (nie chodzi tylko o Dziennik, rzecz tyczy się mediów w ogóle, bez zasadniczych wyjątków). Polemika z tekstem Żulczyka mogłaby być w istocie jego intelektualnym morderstwem, ale Pan poszedł trochę inną drogą, za co dzięki, bo krytyka tekstu Żulczykowego i przypisy do niego, są sto razy ciekawsze i bogatsze w treść od tekstu źródłowego.
Autor: Dariusz Nowacki
Małe dopowiedzenie: Różnie z nieboszczykami, o których piszesz, bywało. Nastawienie Marxa polegające na "rozmnożeniu" samobójców nie było wcale wiodące. We wstępie do starego WL-owskiego wydania poezji i prozy Andrzeja Bursy jest zacytowany dokument z Zakładu Medycyny Sądowej, który ma być ostatecznym dowodem, że śmierć poety nie była samobójcza. Podobnie z Hłaską - wielokrotne dowodzono, że pisarz połknął niewinne tabletki nasenne... popił je gorzałą, czy coś (rekonstruuję z pamięci), w każdym razie, że był to nieszczęśliwy wypadek, nie zaś samobójstwo. Całkiem niedawno Włodzimierz Kowalewski dał dokładny opis okoliczności bynajmniej niesamobójczej śmierci Milczewskiego-Bruno (był razem z nim nad sadzawką, z której wyłowiono Bruna). Także nowy przykład: Szczęsna i Bikont w "Lawinie i kamieniach" próbują odkręcić, a może tylko osłabić jednoznaczne przekonanie, że Tadeusz Borowski targnął się na własne życie. Wszystkie te przykłady (i pewnie kilka innych) idą w dokładnie odwrotnym kierunku. Zgodnym zresztą ze współczesnymi poglądami na autodestrukcję, które lokują ją po stronie głębokiej choroby i poniekąd nieświadomości. Z tego punktu widzenia samobójcza śmierć Stachury jak gdyby przestaje być samobójcza. Poeta przecież poważnie zapadł na zdrowiu psychicznym, to jakby nie on (ja to ktoś inny?). A kompletnie rozbita przez wódę, denaturat i wodę brzozową osobowość Wojaczka? Czy to był jeszcze chłopak z Mikołowa, czy może zupełnie ktoś inny? Ciekawe zjawisko...
Dodaj komentarz