Komentarze do
"Igraszki z przyszłością"
Once upon a time; dawno, dawno temu – czyli w połowie lat 80. dwudziestego wieku szliśmy sobie we trzech ulicą Puławską w Warszawie. Ja i dwóch moich przyjaciół z niegdysiejszej humanistycznej klasy XLII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej. Dawne przyjaźnie podobno są najbardziej żywotne. Kto to powiedział: “ufaj tylko starym przyjaciołom, pal tylko starym drewnem, czytaj tylko stare książki”? Benjamin Franklin? A może Francis Bacon? Ktokolwiek to był, mam nadzieję, że miał rację. Lata płyną, a nasze więzi, zadzieżgnięte podczas męki na lekcjach biologii, geografii czy języka rosyjskiego (ach te czytanki o Leninie i Rewolucji Październikowej!) wciąż wydają się żywe. Nie widujemy się często – każdy z nas ma swoje zobowiązania, życiowe obciążenia i własne kłopoty – ale prawdziwa przyjaźń jest jak wieczny ognik: tli się w ukryciu, ale wystarczy powiew, by rozgorzała - gdy trzeba (mam nadzieję).
Ale wtedy, w połowie mrocznych (właśnie skończył się stan wojenny) i nudnych (nie było widać żadnych ciekawych perspektyw) lat 80. spotkaliśmy się niezobowiązująco, by pogadać – ot tak – o nas, o rzeczywistości, o świecie. W ZSRR, zwanym wtenczas Związkiem Radzieckim, do władzy doszło właśnie nowe pokolenie aparatczyków. Generalnym Sekretarzem KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego) został młody (przynajmniej jak na sowieckie warunki) Michaił Gorbaczow. Bardzo chciałem wiedzieć, co o tym myślą moi uczeni kumple. Studiowali wszak politologię, socjologię, filozofię – byli bliżej prawdziwego świata niż ja, skromny adept filologii polskiej, zanurzony wówczas w lekturze dawnych literackich tekstów.
Pytałem, ale oni skłonni byli raczej milczeć. Wreszcie Piotrek sformułował diagnozę: “Przed nami ze dwadzieścia pięć lat zamordyzmu. Gorbaczow jest młody, już on nam pokaże.” Sławek na takie dictum pokiwał głową, a ja przełknąłem tylko ślinę.
Nasze obawy okazały się płonne. Mylili się moi przyjaciele, myliłem się i ja przyznając rację ich pesymistycznym rozpoznaniom. Nikt nie jest prorokiem swojej epoki, chciałoby się rzec. Zwłaszcza, gdy ma się po dwadzieścia kilka lat, jest się przekonanym o własnej nieśmiertelności i posiada się to młodzieńcze poczucie siły, które pozwala na dezynwolturę i nieliczenie się z realiami. Ale co tam my! W końcu myliło się wtedy wielu uczonych sowietologów, ze słynnym Zbigniewem Brzezińskim na czele.
Jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie wybrałem się z kumplem Grzesiem (też chodziliśmy do tej samej licealnej klasy, a potem studiowaliśmy polonistykę) na poetyckie spotkanie w anińskim czy może raczej wawerskim domu kultury. Gwiazdą wieczoru nie był wszakże żaden artysta, tylko słynny podówczas krytyk literacki i autor licznych parapodręczników – Piotr Kuncewicz. Była to twarz znana z mediów; jego literackie felietony drukowała na okrągło prasa, maturzyści przygotowywali się z jego książek, bo stanowiły przystępne połączenie bryku z ogólnohistorycznymi omówieniami – jednym słowem: autorytet. Otaczał go wianuszek wielbicieli, a wśród nich wyróżniał się pewien niepełnosprawny mężczyzna poruszający się o kulach, któremu najwyraźniej wielką przyjemność sprawiał fakt, że jest ze słynnym krytykiem po imieniu.
Pytany o przyszłość polskiej poezji, Kuncewicz odpowiedział, zastrzegając się oczywiście, że jego zdaniem czeka nas erupcja liryki surrealistycznej, wierszy zapisujących grę wolnej wyobraźni, uwolnionej od kontekstów filozoficznych a zwłaszcza egzystencjalnych. Miałaby to być poezja wypreparowana z realiów, swingująca sobie w metaforyce i języku.
W Krakowie właśnie mniej więcej wtedy powstawał “bruLion”, a Marcin Świetlicki szlifował pewnie jedne z tych pierwszych swoich wierszy, które potem zdecydował się opublikować w poważnej, a nie młodzieżowej już, prasie...
Oj mylił się Kuncewicz, mylił, ale i nie mylił do końca – że wspomogę się frazą podpatrzoną u Jerzego Pilcha. Bo gdzieś tam już dojrzewała poetycka wizja Andrzeja Sosnowskiego, a i jego przyszli akolici i naśladowcy też.
Jak wspomniałem, za tak zwanej późnej komuny był Kuncewicz krytykiem i eseistą akceptowanym oraz koncesjonowanym przez władze. Na jego korzyść wypada zapisać, że w swych artykułach i książkach przyjmował strategię interpretatora życzliwego pisarzom. Umiał napisać dwa, trzy miłe i pozytywne zdania nawet o takich poetach, o których pies z kulawą nogą nie słyszał.
Jakiś czas przed śmiercią Piotra Kuncewicza, która miała miejsce nie tak znów dawno, dowiedziałem się, że był masonem, a nawet jakąś ważną szychą w tej organizacji (stowarzyszeniu? ruchu?). Jako mason wystąpił nawet w telewizji, już w demokratycznych czasach. Wyglądał źle, a to, co mówił o świecie, życiu itp. ocierało się, niestety, o banał. To było przykre doświadczenie. Oglądając podówczas telewizję, pomyślałem sobie, że świadomość konieczności wycofania się z życia publicznego we właściwym czasie bywa formą łaski.
Przypadek Piotra Kuncewicza – krytyka (o którym myślę teraz z umiarkowaną sympatią, a może raczej wyrozumiałością) jest jednak kształcący o tyle, że zadaje kłam popularnemu w niektórych kręgach poglądowi, jakoby masoni rządzili światem.
Gdyby tak rzeczywiście było – poezja polska dziś wyglądałaby dokładnie tak, jak jej rozwój w połowie lat 80. projektował Piotr Kuncewicz.
Treść komentarzy
Autor: Nanek
Do przypomnienia "flagowych sloganów" skłonił mnie wspomnieniowy charakter wpisu Poety. Ja rozumiem, że wielu w tym kraju (to nie jest uwaga do BJK) chciałoby, by tacy jak ja trzymali mordę w kubeł i jako swoje poglądy przyjmowali pierwszą kolumnę codziennego wydania "GoWna". Wtedy - w ich mniemaniu - miałby miejsce cud demokracji. Ja jednak, wychowany na pismach Żeromskiego i Michnika (tego do 1989, pierwszego), po prostu kontestuję dzisiejszą Polskę stworzoną przez Michnika (ale drugiego, tego lecącego w ślinkę z generałem, redaktora "GoWna") oraz komuchów, co umożliwił mi ten fantastyczny blog.
Autor: BJK
Owszem nie uda się, dlatego starałem się zaznaczyć, że w polityce jest to (na razie) niemożliwe (nad czym boleję). Chcę uniknąć tego dyskursu w naszej rozmowie, w rzeczywistości (debata publiczna) wiem, że to utopia, świadomie w tym nie uczestniczę - strata czasu. Pragmatyzm? Zapewne tak. I jeszcze na koniec odnośnie pytania "co z tego". Też mogę zapytać - co z tego, że używa się resentymentów i powtarza, niemal dosłownie, flagowe slogany jednej z (historycznych) stron sporu?
Autor: Nanek
Do BJK (drogiego).
Chcesz uniknąc pewnego dyskursu, skupić sie na rozwiązywaniu problemów, relizacji celów. OK. Sęk w tym, że to hic et nunc nigdy się to nie uda. Przynajmniej nie za naszego pokolenia. Nie ma i nie może byc sprawnego rozwiązania problemów przy pomocy ludzi władzy unurzanych po łokcie w czerwonym, tudzież ich zdemoralizowanych następców i naśladowców. To właśnie starałem się wykazać. Myślenie, że w roku 2008 i dalej różnić światopoglądowych czy gazeciano-publicystycznych da się uniknąć jest bardzo przyjemną utopią. Też byłbym za. Tylko co z tego?
Autor: Jarosław Klejnocki
Oczywiście winno brzmieć: "starcie dwóch porządków: moralnego i pragmatycznego." To z pośpiechu, przepraszam za błąd fleksyjny, a poniekąd i składniowy...
Autor: Jarosław Klejnocki
Ten blog jest w zamyśle pewnym projektem krytycznoliterackim, ale widzę, że co innego stanowi domenę pełnych pasji sporów jego czytelników... To już drugi raz, pierwszy - to komentarze po moich uwagach do ostatnich dzieł Jarosława Marka Rymkiewicza.
W głosach Nanka i BJK widzę starcie dwóch porządków: moralny i pragmatyczny (przepraszam za uproszczenie, ale inaczej mój wpis musiałby osiągnąć zupełnie monstrualne rozmiary). Przyznam, że od wielu lat pozostaję w stanie wahania między nimi, jakoś tam pewnie hamletyzując. Dam przykład, by opisać moje wahania. Otóż w porządku moralnym, który żąda sprawiedliwości (słusznej), zadośćuczynienia (godnego), prawdy (oczyszczającej) itd. dekomunizacja i deagenturyzacja wydają się całkowicie uzasadnione. No więc ujawniono, że prof. Wolszczan współpracował jakoś tam, całkiem zresztą dynamicznie swojego czasu z SB i donosił (a jakże!). Z pragmatycznego punktu widzenia ta informacja (wiadomość, news etc.) jest absolutnie zgubna. Wolszczan bowiem wycofał się ze współpracy z uniwersytetem toruńskim i, o ile wiem, przestał działać na rzecz współpracy tego polskiego ośrodka uniwersyteckiego z prestiżowymi amerykańskimi uczelniami - co zamyka de facto drogę licznym studentom z Torunia, by skorzystać ze stypendiów zagranicznych, wyjechać do zagranicznych obserwatoriów astronomicznych, mieć kontakt z najnowszą aparaturą itd. Polska nauka i dydaktyka na tym moralnie słusznym wydarzeniu ewidentnie traci. Czy warto? Otóż właśnie nie wiem.
Gdyby dekomunizację, lustrację itd. przeprowadzono wcześniej, to znaczy wtedy, kiedy było to możliwe (czyli za prezydentury Lecha Wałęsy, bo przecież nie za Mazowieckiego, który dowodził rządem mocno przejściowym) - to jeszcze miałoby jakiś głębszy sens i chyba rzeczywiście oferowało narodowe katharsis. Ale teraz? Kiedy, poza wszystkim, działania IPN-u wyglądają na mocno wybiórcze, a prezes tej instytucji jest wyraźnie uwikłany w doraźne polityczne spory? Ale z drugiej strony prawda jest ponadczasowa, a sprawiedliwość nierychliwa, czyż nie? No i tak się właśnie kręci nasze polskie koło, jak na jednym z obrazów Jacka Malczewskiego.
Autor: BJK
Drogi Nanku, ale właśnie cały czas tkwimy w owym dyskursie, którego ja chcę uniknąć - a więc argumentowania z pozycji światopoglądowych, historycznych, ideowych, gazeciano-publicystycznych. Nie chcę się spierać w tej metanarracji, bo to jest przerobione na wszystkie strony. Dodatkowo, jeśli już mamy wejść w dialog na tej płaszczyźnie, to uważam, że osoby wymieniane przez Ciebie jako pozytywny przykład, są niezdolne do przeprowadzenia jakichkolwiek konstruktywnych projektów - więcej: ja się zastanawiam, czy one są w stanie zrobić cokolwiek nie wywołując przy tej okazji konfliktu i nie obrażając się na cały zdegenerowany świat. Ów Pan, który ma wedle Ciebie mieć rację (może ma, może nie ma, nie istotne), jest dla mnie przykładem myślenia zakotwiczonego organicznie wręcz w PRL-u, przez to niezdolnego do ogarnięcia współczesności, rozumienia świata, etc. Ale - jak powiadam - ten rodzaj sporu mnie nie interesuje, jest jałowy. Pozdrawiam. BJK
Autor: Nanek
Do BJK:
Mój wpis jest jak najbardziej serio. Żeromszczyzna forever! Zgadzam się z Tobą, że dla dobra kraju najważniejsze jest realizowanie konkretnych projektów w oderwaniu od ideologii. Jednakowoż brak dekomunizacji sprawił, że klasę polityczną zaczęli tworzyć nie nuworysze, ale kompletnie bezideowe komuchy, które latach 80. robiły mafijne biznesy, rozmaite Czarzaste, Kwaśniewskie, Millery, to tylko szczyt piramidy. To oni wzięli się do rządzenia. Tu jest pies pogrzebany - do polityki wnieśli cały swój nihilistyczno-czerwony bagaż wraz ze światem układów i kolesiów. Jak w tej rzeczywistości, drogi BJK, wyobrażasz sobie sprawną realizację celów? Dla nich cele się nie liczą - liczą się koledzy i kasa. W zarządzaniu sa niewydajni, beznadziejni, własnie dlatego, że są czerwoni, że nie mogą zrzucić z siebie peerelowskiego garbu. W to bagno siłą rzeczy zostali wciągnięci inni i tak miesi się polski kocioł. Dopóki dopóty to pokolenie nie odejdzie, burdel będzie trwał w najlepsze. Niech tylko nikt mi się nie stara wmówić, że ten stan jest wynikiem tego, że "pięknie walczyliśmy" (Wałęsa). Nie. Ten stan jest wywołany przez zaniedbania, którym winna jest strona opozycyjna, lewicowa, kato-lewicowa, Drogi Profesor, Adaś i inni. Wtedy zawiodły elity, zawodzą i dziś. Rację ma Kaczyński - Polacy zasłużyli na lepsze, właśnie takie, o jakich piszesz: zdolne do sprawnego działania, nie uwikłane w PRL i III RP, realizujące ponadideologiczne cele. O takiej inteligencji marzył Żeromski.
Autor: BJK
Jeśli komentarz osoby o nicku Nanek jest pisany na serio (a wątpię do końca, czy jest) chciałbym wskazać, iż te polemiki i ten dyskurs określa pewne ramy, w których się zamknęliśmy i które blokują postrzeganie. W polityce to odblokowanie mentalności jest na razie niemożliwe (ideologia na pierwszym miejscu, pamięć historyczna, moralność deklaratywna), ale w zarządzaniu projektami jak najbardziej to funkcjonuje. Mam na myśli projektowanie i realizacje planów. Nie ważne czy jesteś z prawa czy z lewa, co sądzisz o Michniku, Jaruzelskim czy Kaczyńskim - jest pewne zadanie do wykonania i trzeba je zrealizować przy użyciu najlepszych środków, skutecznie, funkcjonalnie i na dobrym poziomie. Projektów do zrealizowania w tym kraju jest bez liku. Rozumiem, iż to ahistoryczne, nierozliczeniowe podejście, jest uważane za niesprawiedliwe, nihilistyczne wręcz, żeby nie powiedzieć, iż wedle podejścia moralistów cechuje się ignorancją, ale jeśli na to spojrzeć z innej strony - jako podejście osób nie związanych z żadnym układem, nie dziedziczących żadnych przywilejów starego systemu (bo za młodych) to nie wiem, czy ta niesprawiedliwość byłaby zasadnym kryterium definicyjnym.
Realizując projekty, nieraz złożone i wymagające wielu współpracowników, szybko odkrywamy, iż nie chodzi o to, czy ktoś jest za aborcją czy przeciw niej, ale czy jest w stanie szybko znaleźć rozwiązanie i zaradzić problemom; czy jest w stanie przedstawić innowacyjny projekt i go przeprowadzić i czy potrafi współpracować z osobami o innym usposobieniu, innej mentalności i światopoglądzie. Oczywiście wszyscy się zgodzą, iż jest dużo projektów do przeprowadzenia w tym kraju. Oczywiście każdy projekt jest uwikłany światopoglądowo (socjalne lub liberalne modele), każdy ma aspekt problematyczny. O to się w tym kraju spieramy, ale zaznaczam, że nie spieramy się na argumenty, tylko nieustannie wyciągamy pamięć historyczną, żonglujemy ideologią, robimy zasłonę dymną, w z której nie wyłaniają się nawet ćwierćrozwiązania.
Wszystko to sprawia, iż ktoś, kto sam pracuje nad sytuacjami problemowymi i jakoś z nimi sobie radzi, w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, iż może nie jest tak, że ten kraj jest trudny do opanowania, być może problem leży gdzie indziej, w ludziach, którzy funkcjonują tylko i wyłącznie w dyskursie moralnego konfliktu (mowa o wszystkich partiach w sejmie) i przestarzałej struktury zarządzania opartej na kilku powracających pojęciach, które zasłaniają wszystko.
Ktoś po raz kolejny powie: cała nasza elita władzy jest do wymiany. Zgoda, ale nie dlatego, że nie odebrała emerytur esbekom, że nie rozliczyła grzechów starego systemu; nie dlatego, że kocha lub nienawidzi Jaruzelskiego; nie dlatego, że jest za lub przeciw aborcji, a dlatego, iż nie potrafi być merytoryczna w zarządzaniu; dlatego, że jest nieprzygotowana do pełnienia funkcji, dlatego że nie zna prawa, nie ma predyspozycji intelektualnych, nie jest w stanie prowadzić debaty na poziomie i mówić do swoich wyborców nie używając tandetnej propagandy i traktując ich jak kretynów.
Jeśli nie powstaną w tym kraju profesjonalne think tanki, które będą przygotowywać analizy, pisać ekspertyzy i przedstawiać społeczeństwu w sposób rzetelny genezę problemu, źródła ich rozwiązania i koszty (administracyjne, społeczne, ekonomiczne) przeprowadzania reform, nie będzie mowy o szklanych domach (za którymi też na swój sposób tęsknię), a wciąż będziemy się kłócić o rzeczy, które z punktu widzenia jutra nie mają znaczenia.
BJK
Autor: Nanek
Ja też się pomyliłem, gdzieś około roku 1989-1990. Myślałem, ze jako społeczeństwo otrząśniemy się z marazmu bezbożnego komunizmu i zbudujemy kraj na miarę "szklanych domów" Żeromskiego, może i nie najwspanialszy, nie najbogatszy, nie najpiękniejszy, ale sprawiedliwy, taki, w którym Jaruzelski, Kiszczak i inni komunistyczni zbrodniarze będą odsiadywać wyroki dożywocia, a uprzywilejowana czerwona kasta zostanie strącona z politycznego i ekonomicznego piedestału. Niestety, że znowu sprafrazuję autora "Zamieci": nie taki kraj sobie wyśniłem.
A przecież wystarczyło kilka podstawowych, mądrych działań: dobra ustawa lustracyjna i dekomunizacyjna, otwarcie archiwów ubeckich dla wszystkich, odebranie ubolom przywilejów (emerytur), kilka procesów, które uświadomiłyby społeczeństwu, że za winy komunizmu się płaci. Należało, jak to mądrze określił Jarosław Kaczyński, dobić komunę, bo - pertraktując z szują - wcale nie nalezy dotrzymywać jej obietnic, szuja jest szują.
Niestety. Tak zwane "światłe elity" naszej opozycji, czytaj tzw. lewica laicka połaczona z tzw. lewicowymi katolikami spod znaku "Obłudnika Powszechnego" wolała rozmieniać się na drobne w politycznych gierkach z postkomuną, a przede wszystkim - wraz z Jerzym Urbanem - atakować Kościół katolicki, jako nowe zagrożenie (tzw. homeinizacja Polski). W tej działalności wzięło udział wiele zasłużonych osób z opozycji, które, w realiach wolności, ukazały swoje prawdziwe twarze (te z zakończenia "Folwarku zwierzęcego").
Wnioski: mamy, to co mamy. Esbecy mają wysokie emerytury, młodszych ubesiaków pełno w bankach, radach nadzorczych, po redakcjach. Jaruzel jest lansowany na nowy Autorytet Moralny, Wałęsa (na początku lat 90. nazwany przez Andrzeja Szczypiorskiego facetem o "mentalności szmalcownika", a przez Michnika porównywany do Mussoliniego) nadęty pychą próbuje przywłaszczyć sobie całe dziedzictwo "S". Wspierają go ci, którzy w roku 90. i za jego prezydentury - opluwali go bez żenady, ani trochę nie wstydząc się teraz swej hipokryzji (Szkoda, że Szczypiorski kojfnął, bo dziś pisałby o Wałęsie peany, o Jaruzelu zresztą też). Rosną nowe pokolenia, które "łykają prawdę" o tym, że to Wałek z Jaruzelem dogadali się i dlatego mamy demokrację. Tak wyglada wykład historii a la "GóWno" czy Tomek Lis.
Konkluzja: dzisiejsza Polska jest wolna, ale nie jest to moja Polska. Jest to kraj zawłaszczony przez układ, oczywiście zupełnie nieformalny, polegający na związkach sympatii i podporządkowania w imię jedynie słusznej ideologii niszczenia nie-naszych. Niektórzy nazwali go Michtrixem. Nie ma on charakteru związku masońskiego, by nawiązać do wpisu Poety. Jest niestety czymś dużo gorszym. Masoni przynajmniej lansowali tolerancję, przedstawiciele układu zaś dla swych przeciwników mają tylko pogardę i glana. Ewentualnie możesz też zostać nazwany wariatem, jak Herbert. Albo przegrać proces jak Zybertowicz. Nieważne kim byłeś, co pisałeś, co robiłeś w 1968, 76, byłeś komuchem czy nie, donosiłeś na kolegów - to wszystko już dziś się nie liczy. Jeśli okażesz entuzjazm w niszczeniu politycznych przeciwników, układ cię nagrodzi: zostaniesz wylansowany i będziesz znanym reżyserem, pisarzem, będziesz miał dobrze płatny felieton, bedziesz kimś.
Podaję listę wrogów: Kościół katolicki w Polsce, Radio Maryja, PiS, prezydent Kaczyński. Lista jest krótka, dlatego postarać się naprawdę trzeba. To niełatwe.
Końcówka. Niestety wiem, że w tym kraju dekomunizował będzie Pan Bóg, a lustracja będzie do końca zajadle atakowana przez stado wściekłych psów. Mam jednak dziwną pewność, że gdyby żył dziś Stefan Żeromski ten kraj nie byłby także jego Polską, tą, którą "wyśnił". On też by się pomylił. Wracam do lektury "Przedwiośnia" i pozdrawiam.
Dodaj komentarz