Marek Krajewski to obecnie najbardziej znany i popularny polski autor książek kryminalnych. Ma rzesze czytelników w kraju, a – jak słyszę i czytam – jego powieści zaczynają powoli odnosić sukcesy także poza granicami ojczyzny.
Lubię powieści Krajewskiego, dziejące się w dawnym przedwojennym Wrocławiu, których głównym bohaterem jest Eberhardt Mock, nieprzejednany policjant i skomplikowany człowiek. Lubię też zerkać do blogu Marka Krajewskiego (
www.marekkrajewski.pl – polecam, link na mojej stronie), podoba mi się jego (blogu i autora) wyszukany ton, a także często niebanalne spostrzeżenia, które pisarz odnotowuje.
W jednym z wpisów ("Wstęp do kompromitacji" z 28.06.2008 r.) zajmuje się autor "Śmierci w Breslau" kwestią rozróżnienia między rzemieślnikiem i artystą. Krajewskiemu osobiście najwyraźniej bliższa jest ta pierwsza opcja, sam twardo upiera się przy określaniu siebie mianem rzemieślnika właśnie i sporo miejsca poświęca, by, tak to rozumiem, pojęcie
rzemiosła literackiego – dowartościować.
Prozaik przyjmuje w swych wywodach postawę defensywną. Jak twierdzi, odżegnywanie się przezeń od miana artysty pozwala mu koncentrować się w wywiadach (i w bezpośrednich konfrontacjach z czytelnikami) na owocach własnej pracy, komentować własny warsztat i literackie dokonania, a unikać tak zwanych pytań ogólnych, które – w naszej polskiej, choć nie tylko, tradycji – chętnie zadawane są twórcom, którzy artystami są, bądź za takich pragną uchodzić.
Abstrahując od subiektywnych rozpoznań autora "Festung Breslau", problem wywołany przezeń jest ze wszech miar intrygujący. Kim bowiem jest dziś w sztuce (literaturze) rzemieślnik - a kim artysta? Gdzie tu przebiega granica? I co ważniejsze – jak ją rozpoznać? Niby z grubsza wiadomo, że za rzemiosłem stoi nienaganny warsztat, za artystą – wizja. OK. Ale były w historii sztuki europejskiej okresy (powiedzmy: od średniowiecza po oświecenie), gdy pojęć tych jakoś twardo nie rozdzielano.
Może zatem dziś trzeba przyjąć kryterium funkcjonalne? Warsztat (emblemat szlachetnego rzemiosła) jest wartością tam, gdzie idzie o rozrywkę, artyzm zaś (wizjonerskość, oryginalność, bunt, awangardyzm itp.), gdzie idzie o sztukę elitarną, niegdyś zwaną wysoką?
A może – i to akurat wydaje mi się ciekawie niepokojące – warto odwołać się do, pardon, koncepcji etosu twórcy? Rzemieślnik wówczas to ten, kto swymi dziełami wpisywałby się programowo w oczekiwania swoich odbiorców, projektował swe wytwory wedle rozpoznanych gustów czytelniczych - artysta zaś to ten, dla którego punktem odniesienia byłaby jego własna koncepcja estetyczno – ideowa, jaką starałby się narzucić publiczności (ryzykując tym samym odrzucenie, niezrozumienie, wyśmianie itd.). To wersja
soft. A wersja
hard? Rzemieślnik w sztuce to ten, który pozostaje niewolnikiem nabywców swych wytworów (ulegając – w pewnym sensie - ich sugestiom, naciskom, opiniom), prawdziwy artysta zaś to ten, który ma głęboko gdzieś akceptację publiki, gdyż nadrzędna jest dlań kwestia samej ekspresji.
Ale tak to jest zazwyczaj, że porządni rzemieślnicy sztuki, będąc często znakomitymi
macherami w swoich czasach, utraciwszy z czasem popularność (wskutek zmian w estetyce czy też zwykłego znudzenia odbiorców poszukujących nowych podniet), znikają w otchłani niepamięci, a artyści niedocenieni często przez swoich współczesnych – przeforsowują w końcu swe koncepcje w rozwijającej się sztuce i stają się ostatecznie klasykami, wieszczami, bohaterami podręczników historii literatury.
A więc jeszcze jedno kryterium: rzemieślnik to ten, którego profity mierzyć można wymiernym sukcesem za życia, artysta to ten – zazwyczaj, powtarzam – którego profity bywają nie z tego świata.
Sam, szczerze powiedziawszy, nigdy nie zadawałem sobie pytań o własny status. Pisałem, i piszę, z tak zwanej wewnętrznej potrzeby. Poezję – z konieczności wypowiedzenie osobistego doświadczenia życia (egzystencjalnego i duchowego), eseistykę – z intelektualnego impulsu komentowania i interpretowania rzeczywistości, prozę – z pokusy opowiedzenia ciekawej (mam nadzieję) historii. Jeśli rzemiosło artystyczne kojarzyć się winno z koncepcją dobrze wykonanej pracy – to przyklaskuję temu rozpoznaniu i pragnę zapewnić, że staram się je wcielać we własnej praktyce twórczej. Jeśli artyzm to oryginalność, brak pokory wobec mód, słuchanie raczej głosu wewnętrznego niż identyfikowanie czytelniczych zapotrzebowań (by wymienić tu tylko tych kilka elementów) - to tak, bliska mi jest i ta wizja.
Więc co, rzemieślnik, który nie ma nic przeciwko temu, żeby zobaczyć w nim artystę przy szczypcie dobrej woli? Artysta, który dba o warsztat, bo ten pozwala mu nawiązać dialog ze swym czytelnikiem? A czemuż by nie?
Następny wpis pojawi się – inszaallach – 1.10.2008