...taki tytuł nosi moja najnowsza książka, która jest oczywiście - kryminałem.
Stanowi ona dalszą część przygód ekipy śledczej znanej z wcześniejszych powieści - "Przylądka pozerów" i "Południka 21". Ale jest też kilka nowości. Główny bohater - komisarz Nawrocki - podróżuje po Europie tropiąc dziwacznego mordercę posługującego się samurajskim mieczem. Pojawia się też nowy członek ekipy Nawrockiego.
Książkę opublikowało oczywiście Wydawnictwo Literackie. Więcej o niej informacji - na stronach internetowych WL - u.
Od poniedziałku 10.05 frgamenty powieści czyta na antenie Jedynki Polskiego Radia Adam Ferency (17.45), a ja będę podpisywał powieść na Warszawskich Targach Książki w piątek 14.05.2010.
Kategoria: brak |
Autor: Jarosław Klejnocki |
dnia: 10-05-2010 |
komentarze: (2)
Jedna z popularnych dziś tez literaturoznawców od tzw. literatury popularnej powiada, że współczesny kryminał (w rozmaitych swoich wariantach i odmianach) stanowi swoiste alibi dla powieści realistycznej, która inaczej zdechłaby już dawno śmiercią jak najbardziej naturalną. Z drugiej strony zamazywanie granic pomiędzy gatunkami pozwala się kryminałowi przepoczwarzać i unikać w ten sposób zastygnięcia w formie uznanej za staroświecką.
Przeczytałem ostatnio dwie zupełnie różne powieści kryminalne, ale jednocześnie jakoś tam wpisujące się w przytoczoną powyżej tezę.
„Kontekst. Parodia” Leonarda Sciascii traktuje intrygę przyczynkarsko, gdyż powieść ta opowiada tak naprawdę o rzeczach innych niż morderstwa przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości i o dochodzeniu w tej sprawie. Sycylijski pisarz stworzył coś pomiędzy przypowieścią a powieścią paraboliczną (brak konkretów czasoprzestrzennych, uniwersalizacja), która przedstawia obraz korupcji władzy oraz zblatowanego „układu” pomiędzy rządzącymi a opozycją polityczną. Samo śledztwo przestaje być w pewnym momencie rzeczą najważniejszą dla fabuły: idzie o pokazanie świata, w którym ci, którzy pociągają za sznurki zdarzeń społeczno – politycznych są gotowi poświęcić ideę sprawiedliwości na rzecz partykularnych lobbystyczno – mafijnych interesów.
We Włoszech od razu odczytano „Kontekst” jako powieść z kluczem, co oczywiście wyśmiał sam twórca, ale to nie ocaliło go i jego książki przed skandalem. Ale prawdziwy skandal wybuchł dopiero na początku lat 90. XX wieku, kiedy rozmaite zarzuty korupcyjno – układowo – mafijne postawiono prominentnym, zdawało by się nietykalnym, przedstawicielom włoskich politycznych elit (Andreotti, Craxi).
„Kontekst” to rodzaj książki ideowej, na swój sposób zaangażowanej, więc zimnej. Rządzi nią kategoria „sprawy”, którą chce przedstawić i omówić. Na jej korzyść przemawia pewna profetyczność, bo Sciascia wydał tę powieść na początku lat 70., więc przed erą terroryzmu Czerwonych Brygad czy wielkiej wojny kolejnych sędziów z mafijną ośmiornicą (lata 80.).
Druga powieść to „Pierwszy śnieg” Jo Nesbo (pisownia nazwiska norweskiego pisarza bez znaków diakrytycznych). Intryga owszem, owszem, całkiem trzymająca w napięciu, z odpowiednią mieszanką suspensu i makabry. Ale Nesbo, jak to zresztą czyni wielu skandynawskich pisarzy z ewidentnym socjaldemokratycznym wyczuleniem na kwestię tzw. „sprawiedliwości społecznej”, używa kryminalnego schematu, by poruszyć w sferze obyczaju i psychologii.
„Pierwszy śnieg” przynosi obraz Norwegii jako kraju zdeprawowanego bogactwem i społeczeństwa o porwanych więzach wspólnotowych. Ambicja pisarza, jak sądzę, oscyluje wokół dawnego amerykańskiego projektu „czarnego kryminału” jako wcielenia powieści egzystencjalnej – oczywiście we współczesnych dekoracjach. Stąd głównym bohaterem tej książki jest Samotność (singli, porzuconych, niekochanych – ale też ludzi w związkach).
Choć Sciascia uniwersalizuje swą opowieść, a Nesbo konkretyzuje (w duchu: „Norwegia, jakiej nie znacie!”) – to obie, na pewnym poziomie ogólności, łączy wspólny mianownik. Jest nim funkcjonalizacja samej zagadki (intrygi itd.) w imię innych celów. Dzięki takim zabiegom powieść kryminalna (thriller etc.) trzyma się nieźle.
Pytanie tylko – czy to aby nie galwanizacja, reanimacja, rewitalizacja, reaktywacja? A może, jakby chcieli miłośnicy literackiego ewolucjonizmu, kolejne wcielenie?
Kategoria: brak |
Autor: Jarosław Klejnocki |
dnia: 05-05-2010 |
komentarze: (2)
Nie bardzo mam siłę pisać teraz, w smutku…
Ale w tym ciężkim czasie pomyślałem o eseju, po który sięgam rzadko, w chwilach doprawdy przygnębiających. Jest to jednocześnie najpiękniejszy z esejów, z wszystkich, jakie do tej pory czytałem.
Mówię tu o „Znaku wodnym” Josifa Brodskiego.
Rzecz traktuje o Wenecji lub raczej o świecie jako lustrze, w którym odbijają się ludzkie losy. Wenecja, którą autor „Wielkiej elegii dla Johna Donne’a” tak bardzo pokochał, że nie pozwolił sobie napisać o niej ani jednego banalnego zdania, jawi się jako metonimia tego zwierciadła.
Wodne Miasto staje się odbiciem teatru świata z nami w pierwszo i drugoplanowych rolach. To rzecz o przemijaniu, utrzymana w pastelowych elegijnych barwach. To wspomnienie o sobie (Brodski traktuje ten esej trochę jak mini – autobiografię, uzupełniającą wspaniały obraz Petersburga i jego „półtora pokoju”) i o tych, którzy zachwycili go swoim istnieniem.
Nie wiem też, czy nie dokonuję nadinterpretacji, ale dla mnie „Znak wodny” to także rzecz o nienasyceniu. Zawsze bowiem będzie za mało: głównie czasu. Żeby porozmawiać i poznać bliżej tych, z którymi dobrze nam upływają godziny. Żeby poślizgać się wzrokiem po pięknie. Żeby pomyśleć.
I jest „Znak wodny” eseistyczną odą do ludzkiej natury. Na przekór temu wszystkiemu, co pozbawia nas ufności w jej immanentną dobroć, szlachetność:
„Bo woda równa się czasowi, a pięknu dostarcza sobowtóra. Będąc po części wodą, służymy pięknu w ten sam sposób. Gładząc wodę, miasto poprawia wygląd czasu, upiększa przyszłość. Na tym polega jego rola we wszechświecie. Miasto jest bowiem statyczne, podczas gdy my jesteśmy w ruchu. Dowodem – łza. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gy piękno jest wieczną teraźniejszością. Łza jest próbą pozostania w miejscu, zostania z tyłu, złączenia się z miastem w całość. To jednak nie jest zgodne z regułami. Łza to spojrzenie wstecz, hołd, który przyszłość składa przeszłości. Albo też jest to wynik odejmowania tego, co większe, od tego, co mniejsze: piękna od człowieka. To samo z miłością: nasza miłość jest także większa niż my sami.”
Kategoria: brak |
Autor: Jarosław Klejnocki |
dnia: 16-04-2010 |
komentarze: (20)
Kilka dni przed Świętami. Już wielkie zabieganie, w pracy jakieś napięcie, nagła komasacja obowiązków. Pewien wywiad w „Gazecie Wyborczej” czytam jednym okiem, pobieżnie. Udziela go Arthur Rakowski, jeden z synów Mieczysława Rakowskiego. Ten, który tak sensacyjnie postanowił pozostać na Zachodzie, gdy jego ojciec był wicepremierem w reżimowym rządzie w początkach lat 80.
Rozmowa ta jest portretem powolnej kosmopolityzacji Rakowskiego juniora, jego dobrowolnego wykorzenienia z polskości. Albo lepiej – przynależności do wspólnoty. AR nie jest człowiekiem prymitywnym, wręcz przeciwnie. To raczej technokrata, dla którego ważnymi aspektami życia są kryteria wydajności, skuteczności, efektywności. Żonaty po raz drugi (z nie- Polką), z dziećmi rozmawia w domu po angielsku. Mieszka w Londynie i jest jedną z tych licznych szych średniego szczebla w ważnej globalnej instytucji finansowej. Z londyńską Polonią w zasadzie nie ma kontaktu, do kraju ojczystego jeździ, jeśli dobrze zrozumiałem, sporadycznie. O Polsce sądzi, że jest źle zarządzana (podaje przykłady ze sfery drogownictwa), a o swoim wygasłym paszporcie powiada, że może i by go odnowił, ale konsulat polski w Londynie jest szalenie niedrożny i nie chce mu się marnować sześciu godzin na stanie w kolejce do okienka, tylko po to, by usłyszeć, że stał w złej kolejce.
Zupełnie mnie ta rozmowa nie bulwersuje, choć domniemywam, że taka właśnie miała być jej intencja. Do Rakowskiego juniora czuję nawet jakiś rodzaj sympatii – w końcu to człowiek z ambicjami, pracujący ciężko (ongiś i obecnie), mający swój „plan życia”…
Powiada George Steiner w „Totemie i tabu”: „W moim przekonaniu nie istnieje żadna synagoga, żadna ecclesia, żadna polis, żaden naród, żadna wspólnota etniczna, która zasługiwałaby na to, by jej nie porzucić.”
Napięcie pomiędzy prawem do indywidualnego rozwoju, własnej drogi życiowej, a wreszcie uwolnienia się od obowiązków wobec narodowej zbiorowości z jednej – a rozlicznymi powinnościami wobec owej zbiorowości z drugiej strony – to jeden z fascynujących wątków naszej literatury ostatniego stulecia.
Przypominają mi się – w wolnym ciągu asocjacji – rozmaite postawy. A to kosmopolityzm kulturalny jako szansa wyjścia z zaścianka literatury ograniczonej do tyrtejskich postaw (Skamandryci, a osobliwie Antoni Słonimski z „Czarną Wiosną”). Witold Gombrowicz z antynomią „ojczyzna – synczyzna”, tak fatalnie rozumianą (raczej nierozumianą) niegdyś przez ministra edukacji Romana Giertycha. Subtelne, ironiczne i autoironiczne rozważania prozatorskie Tadeusza Konwickiego, eseistyczne passusy Czesława Miłosza, wiersze Marcina Świetlickiego, a wcześniej choćby poetów Nowej Fali... To tylko drobny wybór.
Minione Święta, jak zresztą wszystkie tego typu wydarzenia, to doświadczenie raczej wspólnotowe (rodzinne, religijne i …tak, tak – narodowe). Teraz zatem mogę zapisać tę krótką impresję o dychotomiczności natury człowieczej i o różnych znaczeniach słowa „wolność”.
PS. Tytuł zapożyczyłem od tytułu pewnej rozmowy ze Stefanem Chwinem
Kategoria: brak |
Autor: Jarosław Klejnocki |
dnia: 06-04-2010 |
komentarze: (12)
Kiedyś obiecałem, że jeszcze nieco "podrążę" sprawę szkolnych lektur. Co prawda w szkole już nie pracuję, ale pozostał mi jeszcze ogląd rzeczy z perspektywy uniwersyteckiego metodyka (z powodu ograniczeń finansowych na Wydziale, w przyszłym roku akademickim będę się zajmował tylko tym; żegnajcie poetyckie seminaria i konwersatoria). Jest okazja, bo po zeszłorocznej sesji na temat kanonów literackich, organizowanej przez mój macierzysty Instytut Polonistyki Stosowanej, spisałem garść refleksji z ustnego wystąpienia. Oto one:
"Z punktu widzenia (byłego już) nauczyciela licealnego kanon lektur szkolnych jest koniecznością i dopustem Bożym zarazem.
Koniecznością dlatego, że stanowi konkretny materiał, na którym się pracuje podczas zajęć. Założenia ideowe kanonu, jego treść – to już zupełnie inna kwestia. Najważniejsze, że musi on istnieć. Co więcej, musimy – jako nauczyciele – pogodzić się z tym, że jakikolwiek, będzie on zawsze niedoskonały.
I tu zaczyna się dopust Boży. Skoro wiadomo, że nie można stworzyć kanonu idealnego (czyli satysfakcjonującego wszystkich: nauczycieli, metodyków, literaturoznawców, rodziców uczniów, uczniów samych, polityków itd.), to warto może myśleć o kanonie lektur, który wyłaniałby się z jakiejś skonkretyzowanej idei nauczania literatury? Rzecz w tym, że idea ta – jeśli w ogóle jakaś patronuje układającym i „monitorującym” kanony – jest dziś zamglona, niewyraźna, niedookreślona. Albo lepiej: jest raczej tworem synkretycznym, popadającym w eklektyzm. Bo – skupmy się na kanonie lektur ponadgimnazjalnych – istnieje tu kilka porządków, których konsekwencję stanowi późniejszy dobór konkretnych tekstów. Jest porządek obywatelsko – tyrtejski, by tak go nazwać, jest porządek prezentacji niektórych szkół filozoficznych, nauczania estetyki itp. Do tego dochodzi jeszcze zjawisko, które nazwałbym „zasiedzeniem się” niektórych tekstów w obrębie kanonu. Bez przytaczania tytułów – idzie o to, że dany tekst funkcjonuje w kanonie niejako „od zawsze”, choć obecnie coraz trudniej przychodzi uzasadnienie tej obecności.
Taki kształt kanonu szkolnego wystawia go na niebezpieczeństwo niestabilności (można niemal dowolnie domagać się usunięcia tekstu lub wstawienia innego – gdyż zawsze znajdzie się jakaś na to argumentacja) oraz naraża na krytykę i niezadowolenie – z różnych zresztą pozycji światopoglądowych, metodycznych, literaturoznawczych.
I jeszcze jeden aspekt, który sygnalizuje tytuł niniejszego tekstu. Skądinąd w cudzysłowie i ze znakiem zapytania, a to wszystko dlatego, by tezy poniższe ukazać jako mimo wszystko dyskusyjne.
Istnieje bowiem dość wyraźny konflikt pomiędzy tzw. „kanonem funkcjonalnym” a „kanonem arcydzieł”. Kształt tego pierwszego jest pochodną założenia, że kanoniczny tekst źródłowy nie tyle podlega wszechstronnemu oglądowi (analizie, interpretacji, waloryzacji) podczas zajęć, ile bardziej służy kształceniu humanistycznych umiejętności uczniów (czytania, komentowania, formułowania wypowiedzi etc.). Wtedy – na przykład – dopuszczalna jest praca nad fragmentami tekstów kanonicznych, gdyż w funkcjonalnym ujęciu integralność dzieła nie stanowi podstawowej wartości. Model „kanonu arcydzieł” reprezentuje odmienne założenie: prezentacji tekstów w całości, dodajmy, tekstów, których wysoka wartość jest w zasadzie niedyskutowana.
Pomiędzy tymi dwoma – skrajnymi modelami – może zachodzić oczywiście kontaminacja. I taki właśnie jest nasz polski kanon ponadgimnazjalny. Stąd jego, wspominany już, eklektyzm.
Postawić chciałbym taką tezę: model „kanonu arcydzieł” jest de facto nie do zrealizowania w dzisiejszym kształcie szkolnictwa ponadgimnazjalnego. Po pierwsze – za mało jest czasu, by czytać i omawiać arcydzieła (trzy lata szkoły, zaledwie kilka godzin lekcyjnych w tygodniu). Po drugie – lista lektur jest zbyt obszerna. Gdyby zatem trzymać się idei realizacji modelu „kanonu arcydzielnego”, trzeba by drastycznie ograniczyć liczbę dzieł w spisie lektur i dołożyć starań, by liczba zajęć w tygodniu nie była mniejsza niż pięć.
Jest wszakże jeszcze jedna – bardzo istotna – kwestia związana z modelem „kanonu arcydzielnego”. Wiele z tych tekstów jest bowiem zbyt trudnych dla znakomitej części uczniów. Kiedy rozpoczynałem pracę w szkole w drugiej połowie lat osiemdziesiątych lektury takie jak na przykład „Noce i dnie” (czytane zresztą nie w całości!) sprawiały ogromny kłopot obu stronom zaangażowanym w proces dydaktyczny. Dla nauczycieli było to zazwyczaj wyzwanie metodyczne, dla uczniów – percepcyjne. Dziś, po zmianach kulturowych i przy takim umasowienia kształcenia, problemy te zwielokrotniłyby się.
Z drugiej jednak strony model „kanonu funkcjonalnego” bywa krytykowany – poniekąd słusznie – za sprowadzenie literatury do kategorii środka (modus), kiedy – wydaje się – kanon winien mieć to do siebie, że stanowi raczej cel poznania.
W tej sytuacji, kiedy myślę o kanonie ponadgimnazjalnym „na dziś”, wracam do pewnego pomysłu, który prezentowałem w zarysie już jakiś czas temu.[1]
Wyniki nowej matury pokazują, że konieczne jest – na etapie szkolnictwa średniego – gruntowne kształcenie umiejętności, a nie wiedzy. Widać też, że w szkołach wciąż, mimo zewnętrznych (w tym egzaminacyjnych) zmian, pokutuje staroświecki i nieefektywny sposób nauczania. Stąd właśnie idea podziału przedmiotu „język polski” na dwa przedmioty: „język polski” i „literaturę”.
Przedmiot pierwszy byłby obowiązkowy dla wszystkich uczniów liceum, a jego program zakładałby przede wszystkim koncentrację nad umiejętnością czytania rozmaitych (w tym bardziej skomplikowanych) tekstów humanistycznych ze zrozumieniem (i umiejętności ich interpretowania). W ramach kształcenia ćwiczono by również umiejętność formułowania wypowiedzi pisemnej i ustnej (w tym tzw. funkcjonalnych). Oznacza to też nacisk na rozmaite praktyczne i funkcjonalne zajęcia językowe: praktyczną stylistykę, elementy retoryki, kulturę języka polskiego itd. Egzamin maturalny – w formie testu i wypracowania interpretacyjno – ukierunkowanego (czyli w formie podobnej do dzisiaj stosowanej na nowej maturze) odwoływałby się do zakresu wiedzy i umiejętności nabytych w trakcie kształcenia w obrębie tego właśnie przedmiotu (byłby obowiązkowy dla wszystkich abiturientów). Przedmiot, pod roboczą nazwą, „literatura” dzieliłby się na część obowiązkową i fakultatywną. Zakres obowiązkowy dotyczyłby wszystkich uczniów liceum (uczniów na średnim poziomie nauczania). W mojej intencji lista tekstów kanonicznych ogniskowałaby się wokół klasyki narodowej oraz wielkich tekstów literatury europejskiej i światowej (kryterium rangi i pozycji). Kanon lektur w tym wymiarze powinien pokazywać zestaw tekstów fundujących tożsamość Polaka, ale też Europejczyka. Przedmiot ten, w zamyśle, powinien być nauczany przez wszystkie trzy lata kształcenia licealnego.
Przedmiot „literatura” (w przeciwieństwie do przedmiotu „język polski”) byłby fakultatywny wśród przedmiotów maturalnych (jak np. biologia czy geografia), czyli mógłby zostać wybrany przez abiturienta na pisemnym egzaminie maturalnym. Egzamin na poziomie „podstawowym” (w dzisiejszej nomenklaturze) odwoływałby się właśnie do wspomnianego kanonu lektur obowiązkowego dla wszystkich uczniów (kanon narodowy + kanon uniwersalny).
Poza tym wprowadzony zostałby przedmiot „literatura na poziomie rozszerzonym” (również fakultatywny na maturze, a także fakultatywny w szkole średniej – byłby on odpowiednikiem dzisiejszych zajęć „rozszerzonych” z języka polskiego np. w klasach humanistycznych i odpowiadałby dzisiejszemu zakresowi zajęć „rozszerzonych” z literatury). Na tym poziomie moglibyśmy pokusić się o realizację „kanonu arcydzieł” i wysublimowane zajęcia zorientowane na kształcenie przyszłych intelektualistów.
W takiej konfiguracji wyniki egzaminu maturalnego z zajęć fakultatywnych mogłyby być brane pod uwagę – jako pierwsze – przez humanistyczne wydziały uniwersytetów i szkół wyższych przy rekrutacji. Niezbędne do zdania matury, także przez „niehumanistów”, byłyby natomiast tylko wyniki egzaminu na poziomie podstawowym."
[1] Dlaczego bronię nowej matury? w: Kompetencje nauczyciela polonisty w szkole, red. E. Bańkowska, A. Mikołajczuk, Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006, s. 321 - 326
Kategoria: brak |
Autor: Jarosław Klejnocki |
dnia: 24-03-2010 |
komentarze: (6)