Bornholmskie ciecze

 
Jeśli słyszeliście gdzieś, że Bornholm – wyspa na Bałtyku, należąca do Danii – dysponuje specyficznym mikroklimatem, przypominającym śródziemnomorski – uwierzcie.
Południowe plaże przypominają te z Karaibów – bialutki, drobny piasek (w średniowieczu eksportowany do 90% klepsydr na kontynencie); poza tym zróżnicowane, niezwykłe krajobrazy, gęsta sieć dróg rowerowych, satysfakcjonująca chyba każdego na globie cyklistę; liczne niezwykłe muzea (jak choćby to Naturalne, niedaleko miejscowości Aakirkeby). A także: nieprawdopodobny spokój i poczucie bezpieczeństwa.
W letnich miesiącach zmierzch zapada między 23 a 24, czytanie książek z widokiem na czerwono - krwisty horyzont ze słońcem tonącym w szafirowo – granatowym morzu nie da się z niczym porównać.
Ów pseudośródziemnomorski klimat spowodował, że na wyspie uprawiana jest winna latorośl, ale – powiedzmy to bez ogródek – lokalne wina są tyleż drogie, co średnie. Miejscowe supermarkety oferują natomiast bogaty wybór win z nowego świata oraz francuskich w trzy i pięcio – litrowych kartonach (szczyt mody w Skandynawii!), wyposażonych w zgrabny kurek. Tak przysposobione – zachowują świeżość przez kilka dni.
Jak się rzekło, latem zmierzch zapada tu późno, więc wszelka lektura (osobliwie skandynawskich kryminałów – osobiście polecam powieści norweskiego autora Jo Nesbo) przy szklaneczce wina zyskuje niepowtarzalny charakter.
Anonimowym alkoholikom polecam natomiast lokalne wody mineralne oraz jogurtopodobne napitki z bornholmskiej przetwórni w Klemensker (słynne na całą Danię i nie tylko). W tym miejscu wyrabia się również bardzo smaczne sery pleśniowe – Bornholms Andelsmejeri, czyli Bornholmska Spółdzielnia Mleczarska, założona w 1886 roku, szczyci się międzynarodowymi medalami za ser Sct. Clemes Danablu .
Nieanonimowym alkoholikom można natomiast polecić jedyny na wyspie browar w malowniczym miasteczku Svaneke. Mieści się on przy samym rynku, skąd wyrusza konny omnibus, ciągnięty przez wielkie konie rasy Shire i skąd, jeśli tylko dobrze usiąść, popatrzeć można na port jachtowy (zwany, nie wiedzieć czemu, w przewodnikach turystycznych mariną).
W tym lokalu, za szybami, stoją miedziane kadzie, gdzie warzone są rozmaite oryginalne chmielowe atrakcje. Na przykład: Morkt Guld – znakomite ciemne, mocne piwo (5,7%), czekoladowe (tak jest!) Kjaerstrup Stout (5,7%) czy też Red Hot Chili Ale (jak sama nazwa wskazuje – z posmakiem ostrego chili). Bardzo to piękne miejsce, sprzyjające lekturom. Piwa podawane są w stylizowanych kieliszkach (podobnie jak w Belgii serwowane są piwa owocowe), a relaks gwarantowany.
Powrót z tej krainy szczęśliwości był tyleż żmudny (długa promowo - samochodowa trasa), co obfitujący w rozmaite niespodzianki. Po przekroczeniu polsko – niemieckiej granicy (płynęliśmy promem z Niemiec), zaraz gdzieś za Słubicami, spotkaliśmy w przydrożnej restauracji grupę ukraińskich kierowców TIR-ów.  „Prosim dać tiopłe” – usłyszeliśmy życzenie skierowane pod adresem kelnerki. „Ale zimne lepsze” – odpowiedziała zdziwiona. „Tiopłe łutsze” – skrzywił się autorytatywnie jeden z kierowców.
No i takie dostał, podobnie jak jego towarzysze.
Byliśmy zdezorientowani.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 27-07-2010  |   komentarze: (3)

Buty przed meczetem

 
„Rzeczpospolita” z 26/27 czerwca przyniosła fragment najnowszej książki Jarosława Marka Rymkiewicza pod tytułem (czy ostatecznym?) „Samuel Zborowski”. W tym samym dzienniku wywiad z pisarzem („Polska wolność jest najważniejsza” – nr z 17/18 lipca )-  w pewnym sensie oświetlający tematykę owej opowieści.
Dopóki książka nie ukaże się w swym ostatecznym kształcie – trudno wyrokować. Niemniej jednak pewne tropy już zostały, także przez samego autora, podane:
„Piszę trochę o tym w mojej książce, próbując naruszyć może i piękny, ale nieprawdziwy mit – opowieść o polskiej tolerancji oraz polskiej łagodności. Tolerancja była dość wątpliwa, o łagodności lepiej nie wspominać: palono na stosach, wbijano na pal, ćwiartowano, już Zygmunt Stary ścinał i wyganiał z Polski luteranów.”
I tak w drukowanych fragmentach, jak również w wywiadzie, Rymkiewicz przeciwstawia mit polskiej tolerancji mitowi wolności, immanentnemu, jego zdaniem naszej (Polaków) naturze. Za chwilę o tym. Pozwolę sobie jedynie przypomnieć – pisałem o tym zresztą jakiś czas temu przy okazji „KInderszenem” na przykład, że niegdyś mogliśmy u Rymkiewicza wyczytać rzeczy doprawdy przeciwne.
Idźmy dalej. Porównując Francję i Polskę drugiej połowy XVI wieku Rymkiewicz, jak zresztą lubi, zahacza o rozmaite aspekty obyczaju, opisuje szczegóły kultury materialnej. W tej sferze istotną kwestią są fryzury ówczesnych sarmatów (generalnie: ogolone na łyso głowy). To one budzą zainteresowanie Francuzów, taksujących polską delegację, która przybyła na dwór króla Francji, by objawić, że Henryk został właśnie wybrany władcą Rzeczpospolitej. Rymkiewicz cytuje Dymitra Solikowskiego, arcybiskupa lwowskiego, według którego:
 „Francuzi podziwiali […] futrzane kołpaki, drogimi kamieniami sadzone pałasze, porządek koni i wozów, żelazne buty, łuki i kołczany, zarosłe brody, golone głowy, a nade wszystko znajomość języków: łacińskiego, włoskiego, francuskiego i niemieckiego, tak wielką, że niektórzy z Francuzów i obcych, po łacinie zagadnieni, musieli rumienić się w swej nieumiejętności.”
Piękny to i budujący dla nas obraz z przeszłości. Wszelako Rymkiewiczowi, jak się rzekło o mit o polskiej tolerancji tu idzie i o naszego narodu tożsamościowe narodziny. Więc zaraz pyta, pytanie przenosząc do współczesności:
„Polacy są tolerancyjni i nie robi im różnicy, w ogóle ich to nie obchodzi, jeśli ktoś, tuż obok nich, wierzy w coś innego niż oni, inaczej niż oni?
No może tak jest. Ale zastanówcie się, ogolone łby (to już o nas, dziś –JK), nad współczesną wersją tego pytania – czy będziecie tolerancyjni, będziecie wyrozumiali i będziecie się łagodnie uśmiechali, kiedy w waszym najbliższym sąsiedztwie, w waszych blokowiskach, między waszymi blokami, obok waszych kościołów albo raczej na miejscu waszych kościołów ktoś inny, wierzący inaczej niż wy (jacyś innowiercy), zacznie stawiać swoje meczety? To wtedy co zrobicie? Macie to przemyślane, jesteście na to przygotowani, ogolone łby? Jesteście gotowi stanąć przed meczetami i zdjąć buty? Dacie sobie z tym radę, poradzicie sobie z waszą tolerancją, z waszą wyrozumiałością, z waszą łagodnością, którą ktoś wam wmówił (jacyś źli ludzie, którzy was nie lubią – i nie lubią waszych obyczajów, waszej przeszłości, waszych dziejów?).”
Interesuje mnie do kogo pije tu Rymkiewicz. Kogo ma na myśli, pisząc „ogolone łby”? Bo jeśli tych, którzy manifestują na ulicach naszych miast, krzycząc na przykład: „Kto nie skacze - jest pedałem”, albo tych aksamitnych ksenofobów widzących zagrożenie w postaci powstającego w Warszawie meczetu (gdzieś, bodajże, na Woli) – no to pytania autora „Żmuta” są całkowicie retoryczne.
A zatem nie takie ogolone łby idzie, tylko o tych, którzy mogliby uchodzić za spadkobierców tamtych rycerzy, wizytujących ongiś komnaty Luwru. O elity narodu idzie Rymkiewiczowi, jeśli mogę postawić taką tezę interpretacyjną.
A wtedy na pytania poety odpowiedziałbym tak: oczywiście, że powinny być przygotowane i nie bać się minaretów. Przed meczetami nie trzeba zdejmować butów, o ile nie ma się zamiaru do nich wchodzić.
Rymkiewicz podkreśla założycielski dla Polaków mit wolności, deprecjonując, jako fałszywy, mit tolerancji. Otóż tu tkwi dość istotny błąd. Tolerancja bowiem jest zazwyczaj funkcją poczucia wolności. Tylko ten, kto naprawdę czuje się wolnym, nie będzie podatny na ksenofobię, bo jego tożsamościowa wolność daje mu siłę i brak obawy przed obcym (więc także innowiercą).
Jarosław Marek Rymkiewicz powinien wybrać się w Warszawie na ulicę Wiertniczą, gdzie funkcjonuje dziś jedyny w stolicy dom modlitwy muzułmanów (nie ma rangi meczetu, a jego architektura jest wyraziście dyskretna). Powinien popatrzeć na ulicę, gdzie – zaraz za owym domem, przy skrzyżowaniu drogowym – zainstalowano przypominający latarnię stelaż, na którym wiszą trzy kamery punktowe oraz jedna obrotowa, dozorująca. To nie jest skrzyżowanie niebezpieczne i te kamery, które pewnie oficjalnie służą nadzorowi ruchu drogowego i inspekcji przemieszczających się pieszych w tym rejonie, tak naprawdę wycelowane są w muzułmański dom modlitwy.
Życzyłbym sobie powstania tego meczetu na Woli (?) i usunięcia tych wszystkich kamer z Wiertniczej. Byłoby to dla mnie świadectwem, że my, ogolone głowy XXI wieku, potrafimy czasami dorosnąć do naszych przodków, którzy, przeciwnie niż tego chce Rymkiewicz w swoich interpretacjach, wolności nie mylili z ksenofobią.
To może byłaby i dobra puenta, ale jeszcze dwa słowa. Interesujące bowiem jest to, że w czasach, jak to mówią, „postpolityki”, jakieś w ogóle propozycje ideowe pojawiają się u nas po stronie, nazwijmy ją tak, konserwatywnej. Co centralne i – mówiąc tradycyjnym językiem – na lewo, grzeszy czystą pragmatyką walki o władzę oraz ewentualnie – managmentem tejże władzy. I nawet jeśli Rymkiewicz obraża niezgadzających się z nim („Jebał was pies” – cytuje „Pierwszą Brygadę” pod adresem tych, którzy nie głosowali na Jarosława Kaczyńkiego), to jednocześnie daje swymi artystycznymi wypowiedziami jakieś inspiracje. Tym samym zresztą kultywując mit pisarza romantycznego, który widzi swą rolę jako wieszcza. Może kieszonkowego, choć znów 47% głosujących przy ponad 50% frekwencji w II turze wyborów prezydenckich to nie jest wcale tak mało.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-07-2010  |   komentarze: (5)

Przerwa wakacyjna

Niniejszym ogłaszam przerwę wakacyjną do połowy lipca. Wtedy pojawi się nowy wpis.

Życzę udanych lektur w tym czasie.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-06-2010  |   komentarze: (1)

O dobrze znanej niesprawiedliwości

Na marginesie promocji książki Czesława Miłosza/Oli Watowej „Listy o tym, co najważniejsze”(Zeszyty Literackie, 2010), której współorganizatorem było Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie – refleksji słów kilka.
Tom listów, okraszony licznymi i naprawdę bardzo interesującymi tekstami pomieszczonymi w Aneksie (a przynoszącymi wytłumaczenie i rozwinięcie rozmaitych wątków kontekstowych), dotyczy wspólnych zmagań autora „Trzech zim” i wdowy po Aleksandrze Wacie z gigantycznym materiałem wywiadu – rzeki (znanego nam dzisiaj jako „Mój wiek”) oraz walki o jego publikację.
Prace te i walka zaczęły się w zasadzie zaraz po śmierci autora „Ciemnego świecidła” w 1967 i trwały lat dziesięć – bo pierwsze wydanie (emigracyjne) miało miejsce w 1977 r. nakładem Polonia Book Fundation w Londynie (pierwsze oficjalne wydanie krajowe – 1990).
Z jednej strony listy te ujawniają mozolne prace Miłosza, który podjął się wstępnych działań redaktorskich, a ponieważ nie dysponował dzisiejszą techniką, to możemy sobie tylko wyobrazić te godziny spędzone na mozolnym przepisywaniu rozmów z taśmy magnetofonowej, by potem poddawać je –już w wersji papierowej – obróbce iście benedyktyńskiej (ostateczną redakcję wykona później Lidia Ciołkoszowa). A jednocześnie Miłosz stara się spuściznę Wata upowszechniać – publikuje, tłumaczy, pisze artykuły…
Ola Watowa jest tu czułą i czujną towarzyszką przyszłego Noblisty. Jeśli się nawet spierają – to merytorycznie, jeśli dyskutują – to zawsze z założeniem, że dla dobra Dzieła.
Listy odkrywają też (lub raczej szerzej ukazują) niezwykle silną przyjaźń Watów z Miłoszem. Coś niezwykłego w przestrzeni literatury, o której ten sam Miłosz wszak ongiś pisał, że jest „turniejem garbusów”. Andrzej Wat, zapytany przeze mnie podczas promocji o fenomen tej przyjaźni, spojrzał na mnie zdziwiony. Dla niego to były sprawy naturalne: najpierw życie, potem twórczość, by strawestować pewną filozoficzną maksymę.
Nie chcę tu idealizować żadnego z bohaterów, chcę tylko powiedzieć, że prymat życia nad twórczością (karierą, profitami, zaszczytami, pochwałami etc.) bywa jednak możliwy. I to by było optymistyczne.
Ale męczy mnie dzisiaj jedna, tytułowa kwestia. Aleksander Wat cierpiał przez ostatnie kilkanaście lat swojego życia w sposób niewyobrażalny. To przez ból je sobie w końcu odebrał. Wydanie „Mojego wieku” rodziło się także w bólach. Nie mówiąc już o innych sprawach (tomie „Ciemne świecidło”, kwestiach recepcji i oceny twórczości AW…).
Dziś Wat wraca, choćby i na fali nowego zainteresowania awangardą początku XX wieku (w niej potrafią szukać inspiracji współcześni młodzi twórcy…). Jego dzieła wydaje Czytelnik, napomyka się o monumentalnej edycji audio (w wersji oryginalnej) „Mojego wieku” (choć przydałoby się i wznowienie papierowe), „Zeszyty Literackie” edytują materiały biograficzne (wspomniana książka epistolarna jest pierwszą z zapowiadanego cyklu), a nawet bibliofilskie reprinty – jak choćby w przypadku legendarnej wersji „Bezrobotnego Lucyfera” z ilustracjami Jana Lebensteina i odręcznymi uwagami autora.
Nawet cząstki tego sukcesu nie doświadczył Wat za życia (nie mówiąc już o dramatyzmie samej biografii). I jawi się to jako jaskrawa, dysproporcjonalna niesprawiedliwość.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 01-06-2010  |   komentarze: (1)

Felietony i felietoniści

 
Uwielbiam zaczynać czytanie gazety (tygodnika, miesięcznika) od felietonów. Dawno, dawno temu, kiedy jako młodzieniec o wzorowych obyczajach startowałem dopiero w roli nałogowego czytacza gazet (jakim dziś jestem), moimi faworytami byli Daniel Passent z „Polityki” i Kisiel z „Tygodnika Powszechnego”. Lubiłem też przeglądać, co ma do powiedzenia Hamilton.
Potem przyszedł czas festiwalu „Solidarności”, wysyp nielegalnych (z punktu widzenia ówczesnej władzy) wydawnictw (tzw. drugoobiegowych), a atmosfera politycznej mobilizacji uczyniła z prasy towar pierwszej potrzeby (przynajmniej w środowisku inteligenckim).Rozmaici felietoniści byli wtedy brawurowymi szermierzami i czytało się ich – wszak nie tylko po ty, by się z nimi zgadzać – z prawdziwą przyjemnością.
Po ogłoszeniu stanu wojennego wiadomo co się działo. W moim przypadku zaowocował stan wojenny niechęcią do prasy i – poniekąd dla felietonistów także. Do lektury tekstów Daniela Passenta już właściwie nie wróciłem i do dziś przeglądam je właściwie incydentalnie, kończąc często na pierwszym akapicie. Jakoś i Kisiel w latach osiemdziesiątych przestał być dla mnie atrakcyjny, choć to pewnie mój feler tamtego czasu, a nie kwestia samej dyspozycji publicystycznej tego Arcyfelietonisty.
A potem stałem się wielbicielem felietonistyki Jerzego Pilcha. Kiedy przeprowadził się z „Tygodnika Powszechnego” do „Polityki” przyznam, że od razu stałem się mniej regularnym czytelnikiem krakowskiego periodyku. Ba, dla Pilcha zacząłem nawet regularnie czytać gazetę „Dziennik” (ale już jakoś nie przemówiła do mnie formuła dziennika, jaką autor „Spisu cudzołożnic” uprawia od pewnego czasu w „Przekroju”. Tygodnik ten, zatem, nie zyskał we mnie czytelnika…).
Walory felietonu, tego prasowego gatunku, są powszechnie znane. Felietonista o przenikliwej inteligencji i dobrym, sprawnym piórze może w tej formule odnaleźć doskonałe tworzywo dla komentarza biorącego na ząb rozmaite aspekty rzeczywistości. Osobiście – cenię w felietonistach skłonność do złośliwości i ironii, a także – co chyba oczywiste – poczucie humoru.
A piszę to wszystko głównie dlatego, że – ku swej radości – znalazłem i od pewnego czasu wiernie czytam nowego felietonistę, który zaspokaja moje lekturowe potrzeby w tym paśmie oczekiwań.
Chodzi mi o Krzysztofa Vargę, który co tydzień w reporterskim czwartkowym dodatku do „Gazety Wyborczej” raczy nas swoimi refleksjami. Specjalnie jestem KV wdzięczny za bezkompromisowe raporty recenzyjne z polskich premier filmowych. Jako ojciec dwójki dość małych dzieci oraz człowiek spędzający dużo czasu w pracy (jako urzędnik i dydaktyk), w kinie bywam od święta i zazwyczaj na rysunkowych opowieściach w formacie 3D (nie tyle w roli fana, co opiekuna). KV solennie przestrzega przed gniotami (za co dziękuję) i jak dotąd nie zawiódł mnie co do rozpoznań i ocen. Jego tekst o „Domu złym” – już po obejrzeniu tego filmu na DVD w domu – mogę szczerze polecić wszystkim młodym adeptom felietonowego pióra.
Powodzenia Krzysztofie!
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-05-2010  |   komentarze: (4)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl