Praktyka&teoria, czyli ryba&ichtiolog równocześnie

Rzecz będzie dotyczyć książki Mariusza Czubaja pod tytułem „Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne”, która ukazała się nie tak dawno nakładem gdańskiego wydawnictwa Oficynka.
Szerszej publiczności Mariusz Czubaj znany jest pewnie jako (w tej chwili już były) dziennikarz i redaktor „Polityki, a także (a może przede wszystkim?) współautor - wraz z Markiem Krajewskim – dwóch powieści kryminalnych („Aleja samobójców”, „Róże cmentarne”) oraz laureat nagrody Wielkiego Kalibru (za najlepszą polską powieść kryminalną roku 2008 – „21:37”). Jak widać – MCz to utytułowany praktyk literatury traktującej o występku i zbrodni.
Mniej pewnie osób wie, że autor „21:37” to również uznany badacz uniwersytecki (związany wcześniej z Uniwersytetem Warszawskim a obecnie z SWPS), antropolog i kulturoznawca, zajmujący się kulturą popularną, a osobliwie właśnie (choć to nie pełen horyzont scjentyficznych zainteresowań MCZ) - … kryminałami (!).
Mamy tu zatem do czynienia z nadzwyczaj rzadkim przypadkiem udatnego połączenia refleksji teoretycznej nad literaturą z własną praktyką pisarską. Sytuacja ta przypomina więc przypadek połączenia ryby z ichtiologiem – i broń Boże nie piszę tego ironicznie. Co najwyżej – z tzw. pozytywną zazdrością.  
„Etnolog w Mieście Grzechu” przynosi, w skali na naszym rodzimym rynku dotychczas nieobecnej, omówienie fenomenu powieści kryminalnej na tle szerokiego tła kulturowego. Albo – odwrotnie (poprzednie zdanie jest charakterystyczne dla spojrzenia literaturoznawcy na literaturę). To znaczy – MCZ umiejscawia fenomen kryminału „w” kulturze, spogląda nań okiem antropologa, komentującego rzecz nie tyle z poziomu samego tekstu (choć i ten aspekt jest oczywiście obecny w książce), ile raczej z poziomu odbioru, poziomu „umocowań” kulturowo – społecznych, czy wreszcie – tak, tak – mityczno – archetypicznych.
Widziałbym w takiej postawie walor, przekładający się na atrakcyjność opowieści. Jakkolwiek – choćby dla literaturoznawcy – rozmaite rozważania formalno-gramatyczne (w ujęciu gramatyki konstrukcji chociażby) ze swej istoty potrafią być interesujące, to narracja MCZ, wykraczając poza te pola, wiedzie nas ku wszechstronnemu ujęciu tematu. Unikam, jak widać, konkretów, bo nie jest moją intencją ani streszczanie tej książki (należy ją przeczytać samodzielnie), ani tym bardziej jakieś recenzyjne omawianie.
MCZ ładnie wybrnął ze swego rybio-ichtiolowego uwikłania bazując na powieściach spoza polskiego obszaru językowego (z drobnymi wyjątkami  - co najwyżej w sferze przypisów). A i tak zestaw przywoływanych, omawianych, interpretowanych tekstów (zarówno źródłowych, jak i opracowań, także tych ze sfery filozofii czy nauk społecznych) wydaje się imponujący. Dla polskiego czytelnika, zwłaszcza takiego, który nie włada językiem angielskim na poziomie „mocno zaawansowanym” „Etnolog…” będzie doskonałym źródłem wiedzy o tym, co w trawie światowego kryminału piszczy od ponad 150 lat.
Jest  to jednak książka na wskroś badawcza, o czym wypada uprzedzić. By się nie pogubić (i liczne sensy pracy odczytać) wymagana jest pewna orientacja w krajobrazie współczesnej humanistyki(np. na czym polega De Mannowska idea „misreading” czy też Derridiańska koncepcja interpretacyjnej nieuchwytności)  oraz kompetencje w sferze języka (mój ulubiony akapit książki opisuje kondycję bohatera kryminału utrzymanego w nurcie proceduralnym jako dotkniętego aporią, zaś protagonistę kryminału powstałego w duchu przygodności jako podlegającego dyspersji – ha!). Nie mówiąc już o zaawansowanej wiedzy z gatunku antropologii kulturowej, wobec której można niekiedy, jeśli tylko nie jest się fachowcem, poczuć się z lekka przytłoczonym.
Z wielu różnych wątków, dla siebie wybieram po pierwsze passusy MCZ rozważające istotowość powieści kryminalnej. I nie idzie tu o jakieś genologiczne łamigłówki, ile raczej o dystynktywność gatunku i „kulturowe praktyki” jego istnienia, ujęte w perspektywie diachronicznej (ha!).
W majowym wpisie pod tytułem „Kryminał jako…” (z 5.05.2010 roku) pozwoliłem sobie na z lekka amatorskie i z gruntu powierzchowne dywagacje o przenikaniu się gatunków oraz przejmowaniu przez współczesny kryminał licznych ról „klasycznej” powieści realistycznej. Jeden z komentatorów (nick MK) tego wpisu odpowiedział mi wtedy tak:
 „Fakt, iż pisarze uciekają się do kryminału, by stworzyć tzw. powieść realistyczną, jest chyba oznaką ich kapitulacji wobec żywiołu rzeczywistości. Updike nie musiał korzystać z trupów i detektywów – alkoholików”.
W książce MCZ znajdziemy wszechstronnie uargumentowaną  odpowiedź, że to, co można uznać za zawłaszczanie przez kryminał rozmaitych obszarów literatury tzw. poważnej jest niczym innym, tylko immanentną cechą opowieści o występkach i zbrodniach. Pocieszające.
Po drugie – intrygujące wydają mi się rozważania MCZ na temat ontologii opowieści kryminalnej, zawarte w rozdziale „Trójkąt kryminalny, czyli jak myślą detektywi”. Sposób postępowania (nie tylko myślenia) detektywa jest – wedle MCZ – konstytutywny dla danego modelu dyskursu kryminalnego: w zależności od tego czy mamy do czynienia z dedukcją, emocją, intuicją czy zarządzaniem przemocą w toku śledztwa. Podobnie z „umocowaniem” kryminału w określonym modelu kultury: MCZ pokazuje jak na opowieść wpływa dominujący – w danym momencie i w obrębie hegemonii danego modelu kultury (np. mieszczańskiej czy postkolonialnej) – typ międzyludzkich relacji (ustrukturalizowanych, rzecz jasna) czy też wybór symbolicznego rekwizytorium.
Po trzecie – oryginalne, jak się zdaje, są interpretacje MCZ jeśli idzie o miejsce „ciała” w opowieści kryminalnej. Są one ze wszech miar głęboko antropologiczne, traktujące literaturę wybitnie funkcjonalnie (to nie zarzut!), ależ jakże zajmujące. Traktuje ten rozdział (pod mocno niepokojącym tytułem „Spotkajmy się w kostnicy. Ciało: przygoda i kontrola”) – by zdać sprawę w iście błyskawicowym skrócie - o „powinowactwie ciała fizycznego i mikrokosmosu społecznego”. Mówiąc innym rejestrem językowym: pokaż mi, w jaki sposób w powieści kryminalnej traktowane jest ciało, a opowiem ci o kształcie kultury, która właśnie taki a nie inny sposób traktowania ciała wygenerowała…
Ostateczny wniosek z lektury „Etnologa…” wysnuwam taki: MCZ dokonał swą pracą wyrazistego „upgradowania” kryminału w obrębie kultury rodzimej, sporo rzeczy rozjaśnił i uzmysłowił, a efekt jego intelektualnych dokonań lokuje się tym samym – bez wątpienia – w sferze wartości edukacyjnych.
Czapeczki z głów.
PS. „21:37” MCZ to powieść bardzo udana. Z jednej strony opowiedziana – moim zdaniem – dość klasycznie, z drugiej: miejscami świadomie ryzykowna (w zakresie tematyki i kontekstów kulturowych właściwych dla polskiego społeczeństwa). Zajmująca, wciągająca i nienudna. Trzymająca w napięciu. Z wyrazistym, dystynktywnym protagonistą. Miałem wiele uciechy podczas lektury.
Doprawdy więc nie wiem, w której roli: ryby czy ichtiologa MCZ spełnia się lepiej. Bo że mógłby w obu równie udatnie? W tym momencie moja życzliwa zazdrość przeistacza się pomału w lekką zawiść…
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 23-08-2010  |   komentarze: (5)

Żółć

 
Trwa interesująca akcja „Gazety Wyborczej” dotycząca poszukiwania „najpiękniejszego polskiego słowa”. Rozmaici respondenci zgłaszają swoje typy, a te różnią się w zależności od kryteriów, przyjętych przez indagowane osoby w tej sprawie.
Jedni biorą pod uwagę głównie znaczenie –odwołujące się choćby do wartości ogólnych (np. słowo: "ojczyzna"), inni preferują relacje osobiste i sensy subiektywne (np. słowo: „kochanie” lub też słowa z prywatnych leksykonów rodzinnych).
Krzysztof Varga w jednym z felietonów zaproponował słowo „paździerz” nie tyle jako najpiękniejsze, ile w miarę dobrze, jego zdaniem, charakteryzujące kształt – jeśli dobrze zrozumiałem felieton – polskości dzisiaj (paździerz byłby synonimem tego, co jeszcze do niedawna określalibyśmy mianem „obciachu”). To też jedna z metod wyboru: wskazać słowo, które odnosi się do kontekstu kulturalno – cywilizacyjnego, spełnia funkcję definicyjno – symboliczną itd.
I tu ciekawa kwestia. Czy jedno słowo może służyć jako swoiste epicentrum znaczeń metaforycznych, czy może zawierać w sobie punkt wyjścia do interpretacji czegoś, co nazywa się kształtem kultury, czy – dajmy na to – specyficznej postawy charakterystycznej dla danej, na przykład narodowej , wspólnoty?
Szczerze mówiąc – nie wiem, a jeszcze szczerzej – nie sądzę. Ale to ciekawa zabawa. Podrzucone słowo zawsze bowiem możemy potraktować symbolicznie i definicyjnie właśnie, ergo: można się tu zabawić w liczne interpretacje, które stają się niczym innym, tylko ćwiczeniem umysłu ( i uczuć) w procedurze formułowania znaczeń.
Zaintrygowany zatem zabawą zaproponowaną na łamach „Wyborczej”, zmodyfikowałbym na chwilę reguły zaproponowane przez jej (zabawy) twórców. Otóż zapytałbym nie tyle o słowo najpiękniejsze (wedle jakiegokolwiek kryterium), ile o słowo najbardziej polskie – czyli: najbardziej polsko brzmiące.
A tym, przynajmniej wedle reguł językowych, byłoby zapewne (bo nie dam głowy) – albo jeszcze lepiej powiedzieć: ortograficznych – słowo „żółć”.
Składa się ono bowiem z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla naszego języka i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności.
Ale czy ma jednocześnie wartość symboliczną, mimo że językowo jest tak dystynktywne? Czy zawiera treści uogólniające? Czy mówi coś – potraktowane w sposób symboliczny właśnie – o naturze wspólnoty, która się nim (przyznajmy, że niezbyt często) posługuje? Dobre pytania, nieprawdaż?
Można się oczywiście zabawić w odczytywanie naddanych przez kulturę i kody językowe znaczeń. Gdzieś na obrzeżach interpretacyjnej semantyki tkwi zapewne odwołanie do koloru żółtego (więc: ciepłego, kojarzonego ze słońcem etc.), ale to chyba nie to. „Żółć” szybciej pewnie skojarzy się – choćby potocznie, niemalże mechanicznie, już to z woreczkiem żółciowym, już to z jakimś stanem mentalno – psychicznym (co zresztą, jedno z drugim, bywa wiązane).
A cóż to za stan? Proponuję taki ciąg skojarzeń: zgorzknienie, frustracja, drwina podszyta złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na „nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie – z gatunku: „nie podoba się”, „oczekiwałem czegoś lepszego”, „znów mnie wyrolowano”, bezinteresowna zazdrość – o takiej pisał ongiś Melchior Wańkowicz, że w Polsce szewc potrafi zazdrościć proboszczowi, iż został prałatem – zgryźliwość, radość z czyichś niepowodzeń… (lista niezamknięta).
I co – da się coś wyczytać z duszy polskiej przez analizę arcypolskiego (językowo!) słowa „żółć”?
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosłąw Klejnocki  |   dnia: 08-08-2010  |   komentarze: (2)

Bornholmskie ciecze

 
Jeśli słyszeliście gdzieś, że Bornholm – wyspa na Bałtyku, należąca do Danii – dysponuje specyficznym mikroklimatem, przypominającym śródziemnomorski – uwierzcie.
Południowe plaże przypominają te z Karaibów – bialutki, drobny piasek (w średniowieczu eksportowany do 90% klepsydr na kontynencie); poza tym zróżnicowane, niezwykłe krajobrazy, gęsta sieć dróg rowerowych, satysfakcjonująca chyba każdego na globie cyklistę; liczne niezwykłe muzea (jak choćby to Naturalne, niedaleko miejscowości Aakirkeby). A także: nieprawdopodobny spokój i poczucie bezpieczeństwa.
W letnich miesiącach zmierzch zapada między 23 a 24, czytanie książek z widokiem na czerwono - krwisty horyzont ze słońcem tonącym w szafirowo – granatowym morzu nie da się z niczym porównać.
Ów pseudośródziemnomorski klimat spowodował, że na wyspie uprawiana jest winna latorośl, ale – powiedzmy to bez ogródek – lokalne wina są tyleż drogie, co średnie. Miejscowe supermarkety oferują natomiast bogaty wybór win z nowego świata oraz francuskich w trzy i pięcio – litrowych kartonach (szczyt mody w Skandynawii!), wyposażonych w zgrabny kurek. Tak przysposobione – zachowują świeżość przez kilka dni.
Jak się rzekło, latem zmierzch zapada tu późno, więc wszelka lektura (osobliwie skandynawskich kryminałów – osobiście polecam powieści norweskiego autora Jo Nesbo) przy szklaneczce wina zyskuje niepowtarzalny charakter.
Anonimowym alkoholikom polecam natomiast lokalne wody mineralne oraz jogurtopodobne napitki z bornholmskiej przetwórni w Klemensker (słynne na całą Danię i nie tylko). W tym miejscu wyrabia się również bardzo smaczne sery pleśniowe – Bornholms Andelsmejeri, czyli Bornholmska Spółdzielnia Mleczarska, założona w 1886 roku, szczyci się międzynarodowymi medalami za ser Sct. Clemes Danablu .
Nieanonimowym alkoholikom można natomiast polecić jedyny na wyspie browar w malowniczym miasteczku Svaneke. Mieści się on przy samym rynku, skąd wyrusza konny omnibus, ciągnięty przez wielkie konie rasy Shire i skąd, jeśli tylko dobrze usiąść, popatrzeć można na port jachtowy (zwany, nie wiedzieć czemu, w przewodnikach turystycznych mariną).
W tym lokalu, za szybami, stoją miedziane kadzie, gdzie warzone są rozmaite oryginalne chmielowe atrakcje. Na przykład: Morkt Guld – znakomite ciemne, mocne piwo (5,7%), czekoladowe (tak jest!) Kjaerstrup Stout (5,7%) czy też Red Hot Chili Ale (jak sama nazwa wskazuje – z posmakiem ostrego chili). Bardzo to piękne miejsce, sprzyjające lekturom. Piwa podawane są w stylizowanych kieliszkach (podobnie jak w Belgii serwowane są piwa owocowe), a relaks gwarantowany.
Powrót z tej krainy szczęśliwości był tyleż żmudny (długa promowo - samochodowa trasa), co obfitujący w rozmaite niespodzianki. Po przekroczeniu polsko – niemieckiej granicy (płynęliśmy promem z Niemiec), zaraz gdzieś za Słubicami, spotkaliśmy w przydrożnej restauracji grupę ukraińskich kierowców TIR-ów.  „Prosim dać tiopłe” – usłyszeliśmy życzenie skierowane pod adresem kelnerki. „Ale zimne lepsze” – odpowiedziała zdziwiona. „Tiopłe łutsze” – skrzywił się autorytatywnie jeden z kierowców.
No i takie dostał, podobnie jak jego towarzysze.
Byliśmy zdezorientowani.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 27-07-2010  |   komentarze: (3)

Buty przed meczetem

 
„Rzeczpospolita” z 26/27 czerwca przyniosła fragment najnowszej książki Jarosława Marka Rymkiewicza pod tytułem (czy ostatecznym?) „Samuel Zborowski”. W tym samym dzienniku wywiad z pisarzem („Polska wolność jest najważniejsza” – nr z 17/18 lipca )-  w pewnym sensie oświetlający tematykę owej opowieści.
Dopóki książka nie ukaże się w swym ostatecznym kształcie – trudno wyrokować. Niemniej jednak pewne tropy już zostały, także przez samego autora, podane:
„Piszę trochę o tym w mojej książce, próbując naruszyć może i piękny, ale nieprawdziwy mit – opowieść o polskiej tolerancji oraz polskiej łagodności. Tolerancja była dość wątpliwa, o łagodności lepiej nie wspominać: palono na stosach, wbijano na pal, ćwiartowano, już Zygmunt Stary ścinał i wyganiał z Polski luteranów.”
I tak w drukowanych fragmentach, jak również w wywiadzie, Rymkiewicz przeciwstawia mit polskiej tolerancji mitowi wolności, immanentnemu, jego zdaniem naszej (Polaków) naturze. Za chwilę o tym. Pozwolę sobie jedynie przypomnieć – pisałem o tym zresztą jakiś czas temu przy okazji „KInderszenem” na przykład, że niegdyś mogliśmy u Rymkiewicza wyczytać rzeczy doprawdy przeciwne.
Idźmy dalej. Porównując Francję i Polskę drugiej połowy XVI wieku Rymkiewicz, jak zresztą lubi, zahacza o rozmaite aspekty obyczaju, opisuje szczegóły kultury materialnej. W tej sferze istotną kwestią są fryzury ówczesnych sarmatów (generalnie: ogolone na łyso głowy). To one budzą zainteresowanie Francuzów, taksujących polską delegację, która przybyła na dwór króla Francji, by objawić, że Henryk został właśnie wybrany władcą Rzeczpospolitej. Rymkiewicz cytuje Dymitra Solikowskiego, arcybiskupa lwowskiego, według którego:
 „Francuzi podziwiali […] futrzane kołpaki, drogimi kamieniami sadzone pałasze, porządek koni i wozów, żelazne buty, łuki i kołczany, zarosłe brody, golone głowy, a nade wszystko znajomość języków: łacińskiego, włoskiego, francuskiego i niemieckiego, tak wielką, że niektórzy z Francuzów i obcych, po łacinie zagadnieni, musieli rumienić się w swej nieumiejętności.”
Piękny to i budujący dla nas obraz z przeszłości. Wszelako Rymkiewiczowi, jak się rzekło o mit o polskiej tolerancji tu idzie i o naszego narodu tożsamościowe narodziny. Więc zaraz pyta, pytanie przenosząc do współczesności:
„Polacy są tolerancyjni i nie robi im różnicy, w ogóle ich to nie obchodzi, jeśli ktoś, tuż obok nich, wierzy w coś innego niż oni, inaczej niż oni?
No może tak jest. Ale zastanówcie się, ogolone łby (to już o nas, dziś –JK), nad współczesną wersją tego pytania – czy będziecie tolerancyjni, będziecie wyrozumiali i będziecie się łagodnie uśmiechali, kiedy w waszym najbliższym sąsiedztwie, w waszych blokowiskach, między waszymi blokami, obok waszych kościołów albo raczej na miejscu waszych kościołów ktoś inny, wierzący inaczej niż wy (jacyś innowiercy), zacznie stawiać swoje meczety? To wtedy co zrobicie? Macie to przemyślane, jesteście na to przygotowani, ogolone łby? Jesteście gotowi stanąć przed meczetami i zdjąć buty? Dacie sobie z tym radę, poradzicie sobie z waszą tolerancją, z waszą wyrozumiałością, z waszą łagodnością, którą ktoś wam wmówił (jacyś źli ludzie, którzy was nie lubią – i nie lubią waszych obyczajów, waszej przeszłości, waszych dziejów?).”
Interesuje mnie do kogo pije tu Rymkiewicz. Kogo ma na myśli, pisząc „ogolone łby”? Bo jeśli tych, którzy manifestują na ulicach naszych miast, krzycząc na przykład: „Kto nie skacze - jest pedałem”, albo tych aksamitnych ksenofobów widzących zagrożenie w postaci powstającego w Warszawie meczetu (gdzieś, bodajże, na Woli) – no to pytania autora „Żmuta” są całkowicie retoryczne.
A zatem nie takie ogolone łby idzie, tylko o tych, którzy mogliby uchodzić za spadkobierców tamtych rycerzy, wizytujących ongiś komnaty Luwru. O elity narodu idzie Rymkiewiczowi, jeśli mogę postawić taką tezę interpretacyjną.
A wtedy na pytania poety odpowiedziałbym tak: oczywiście, że powinny być przygotowane i nie bać się minaretów. Przed meczetami nie trzeba zdejmować butów, o ile nie ma się zamiaru do nich wchodzić.
Rymkiewicz podkreśla założycielski dla Polaków mit wolności, deprecjonując, jako fałszywy, mit tolerancji. Otóż tu tkwi dość istotny błąd. Tolerancja bowiem jest zazwyczaj funkcją poczucia wolności. Tylko ten, kto naprawdę czuje się wolnym, nie będzie podatny na ksenofobię, bo jego tożsamościowa wolność daje mu siłę i brak obawy przed obcym (więc także innowiercą).
Jarosław Marek Rymkiewicz powinien wybrać się w Warszawie na ulicę Wiertniczą, gdzie funkcjonuje dziś jedyny w stolicy dom modlitwy muzułmanów (nie ma rangi meczetu, a jego architektura jest wyraziście dyskretna). Powinien popatrzeć na ulicę, gdzie – zaraz za owym domem, przy skrzyżowaniu drogowym – zainstalowano przypominający latarnię stelaż, na którym wiszą trzy kamery punktowe oraz jedna obrotowa, dozorująca. To nie jest skrzyżowanie niebezpieczne i te kamery, które pewnie oficjalnie służą nadzorowi ruchu drogowego i inspekcji przemieszczających się pieszych w tym rejonie, tak naprawdę wycelowane są w muzułmański dom modlitwy.
Życzyłbym sobie powstania tego meczetu na Woli (?) i usunięcia tych wszystkich kamer z Wiertniczej. Byłoby to dla mnie świadectwem, że my, ogolone głowy XXI wieku, potrafimy czasami dorosnąć do naszych przodków, którzy, przeciwnie niż tego chce Rymkiewicz w swoich interpretacjach, wolności nie mylili z ksenofobią.
To może byłaby i dobra puenta, ale jeszcze dwa słowa. Interesujące bowiem jest to, że w czasach, jak to mówią, „postpolityki”, jakieś w ogóle propozycje ideowe pojawiają się u nas po stronie, nazwijmy ją tak, konserwatywnej. Co centralne i – mówiąc tradycyjnym językiem – na lewo, grzeszy czystą pragmatyką walki o władzę oraz ewentualnie – managmentem tejże władzy. I nawet jeśli Rymkiewicz obraża niezgadzających się z nim („Jebał was pies” – cytuje „Pierwszą Brygadę” pod adresem tych, którzy nie głosowali na Jarosława Kaczyńkiego), to jednocześnie daje swymi artystycznymi wypowiedziami jakieś inspiracje. Tym samym zresztą kultywując mit pisarza romantycznego, który widzi swą rolę jako wieszcza. Może kieszonkowego, choć znów 47% głosujących przy ponad 50% frekwencji w II turze wyborów prezydenckich to nie jest wcale tak mało.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-07-2010  |   komentarze: (5)

Przerwa wakacyjna

Niniejszym ogłaszam przerwę wakacyjną do połowy lipca. Wtedy pojawi się nowy wpis.

Życzę udanych lektur w tym czasie.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-06-2010  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl