Szukaj

Południk 21 - trailer

Ostatni wywiad z Januszem Odrowąż - Pieniążkiem

 

Z Januszem Odrowąż – Pieniążkiem rozmawia Jarosław Klejnocki
I.

Co z własnych badań nad życiem i twórczością Adama Mickiewicza i innych romantyków ceni Pan sobie najbardziej, co uznaje za najważniejsze dokonania?

W nauce pociągał mnie zawsze sam temat badań, jeśli mnie tylko zaciekawił. Tak na przykład zainteresowali mnie pisarze – zesłańcy po Powstaniu Listopadowym, a szczególnie dwaj Sybiracy: poeta Gustaw Zieliński i Adolf Januszkiewicz, postać zresztą uwieczniona w „III cz. Dziadów”, przyjaciel Mickiewicza, a z Syberii i dzisiejszego Kazachstanu korespondent znakomity. Udało mi się wydać w dwu odrębnych tomach całą jego spuściznę literacką, ważną również dla współczesnego Kazachstanu. „Kirgiza” Gustawa Zielińskiego także przypomniałem współczesnemu czytelnikowi.
Z ważnych badań mickiewiczowskich cenię oczywiście możność opublikowania czy to w „Blok Notesie Muzeum Literatury”, których wydałem kilkanaście pojemnych tomów, czy też w odrębnych drukach bibliofilskich kilku nieznanych tekstów Mickiewiczowskich. Bo nie tylko przecież listów, które – wprawdzie coraz rzadziej – ale wypływają po dziś dzień. A także wiadomości bibliograficznych dotąd nieznanych.
Cenię sobie zatem nawiązanie kontaktów z historykami białoruskimi, którzy nieznane dokumenty dotyczące rodziny Poety mają na miejscu w Mińsku i mogą z nich korzystać. Ich znaleziska pozwoliły na przykład wykluczyć pochodzące tylko z wewnętrznego przekonania profesor Jadwigi Maurer z Kansas USA wierutne bajki o rodowodzie Mickiewicza. Myślę nawet o publikacji „Jaka była, a jaka powinna być matka Adama Mickiewicza?” Bo jaka powinna była być, przekonywał mnie także mistrz manipulacji Kazimierz Koźniewski.

Był Pan sekretarzem Jubileuszowego Wydania Dzieł Adama Mickiewicza; jak wyglądały prace naukowe i edytorskie, jaka była w nich Pana rola?

Gdzieś jeszcze w roku 1954, mimo że nie pozwolono mi wtenczas przystąpić do magisterium ze względu, jak to ujmowano „niedojrzałości ideologicznej”, profesor Julian Krzyżanowski zaproponował mi pracę przy wydaniu tzw. „Jubileuszowym”, bo wyjść miało na stulecie śmierci Mickiewicza (1955), dzieł wszystkich Poety. Tam właśnie wprawiłem się w pracę edytorską, będąc sekretarzem Komitetu Redakcyjnego. Polegało to na kontaktach z redaktorami poszczególnych tomów, w tym zwłaszcza z profesorem Stanisławem Pigoniem, na sczytywaniu tekstów, ich korekcie, a w końcu na zrobieniu indeksu całej korespondencji. Ale sprawą chyba najważniejszą była praca pod kierunkiem prof. Krzyżanowskiego, bo zrozumiałem wtedy „jak to się robi”. Potem całe życie z tej nabytej wiedzy praktycznej korzystałem i to chyba nieźle, skoro w roku 1998 dostałem nawet nagrodę edytorską polskiego PEN Clubu.

W swoich wspomnieniach „Błagam, tylko nie profesor”, opublikowanych niedawno, napisał Pan, że nigdy nie miał nabożeństwa do tytułów akademickich zdobywanych w pocie czoła.

Najpierw była zbyt długa walka, aby mi – „niedojrzałemu ideologicznie” – pozwolono sfinalizować magisterium, a potem bliski kontakt z Juliuszem Wiktorem Gomulicki, który nie zabiegał o stopnie ani tytuły naukowe, a - będąc zaledwie magistrem prawa – zostawił polonistyczny dorobek naukowy ważniejszy niż takowy kilku chyba dziesiątków profesorów doktorów i do tego habilitowanych. Dostał jedynie doktorat honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Co do mnie, zacząłem się w pewnym momencie uważać raczej za literata, a może nawet i za pisarza, któremu doktoraty i habilitacje nie są do niczego potrzebne.

Ale i tak dość powszechnie, mimo Pańskich wymówień, tytułuje się Pana „profesorem”.

… (śmiech)

A co sprawiało Panu największą, by tak rzec, frajdę w badaniach naukowych?

Nie taję, że właśnie różne polemiki, będące efektem rozmaitych odkrywczych znalezisk - prócz oczywiście samej satysfakcji z nich samych - sprawiały mi zawsze dużo radości.

II.

Debiutował Pan jako prozaik na początku lat sześćdziesiątych XX wieku – a dokładnie w roku mojego urodzenia, czyli 1963 – zbiorem „Opowiadania paryskie” i właściwie do połowy lat 70 dość intensywnie publikował kolejne artystyczne książki. Jaka była Pana droga do literatury pięknej, jak to było w Pana przypadku, że został Pan pisarzem?

Poetycką prozę pisywać zacząłem już podczas studiów, były to jakieś liryczne sformułowania czy krótkie, „poematy prozą”, drukowane początkowo w tzw. „pismach niemarksistowskich”, albo nawet „prawie wiersze” – które potem dlatego pewnie Gombrowiczowi mniej się podobały niż mój oficjalny debiut. Ukazały się one w tomiku „Teoria fal” w roku 1964, już po opowiadaniach. Były to krótkie utworki pisane w latach pięćdziesiątych, wybór z nich, wraz z późniejszymi tekstami o podobnej formie, wydałem jeszcze w roku 2002 pod tytułem „Głos z szuflady”. Natomiast tych prób prozy z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych – niektóre zresztą drukowane w jakichś dodatkach do ówczesnych pism młodzieżowych – mam jeszcze trochę w szufladzie…
Dopiero jednak „Opowiadania paryskie” – pisane zresztą od roku 1959 – godne były książkowego druku i od tego czasu cel pisania miałem wyraźny: dobra proza, stąd Gombrowiczowskie uznanie jej za takową wprawiło mi dużą satysfakcję. Niektóre z „Opowiadań paryskich” pisane były zresztą prozą zrytmizowaną, ale mało kto to zauważył. A poza tym hołdowałem Przybosiowemu hasłu: „najmniej słów.”
Książki następne to „Ucieczka z ciepłych krajów – w 1968 r. – „Małżeństwo z Lyndą Winters albo pamiątka po Glorii Swanson” – 1971r. i wreszcie opowiadania „Party na Calle Guatemala” z 1975, który to tom, co mnie mocno zdziwiło, uznany został przez Radio Wolna Europa za najlepszą książkę wydaną w kraju w roku 1975.

Jednak od połowy lat siedemdziesiątych zaobserwować można, że Pańska aktywność twórcza ulega osłabieniu. Czym było to spowodowane?

Tym, że w roku 1972 zostałem dyrektorem Muzeum Literatury. Trzeba było wybierać: albo angażować się totalnie w działalność muzeum, albo muzeum pozostawić biegowi rzeczy i szukać okazji, aby się odizolować – by pisać, jak to było w ostatnim okresie mojej pracy w Instytucie Badań Literackich. Mawiałem wtedy, że odkąd zacząłem podpisywać, przestałem pisać.
Może nie do końca jest to prawdziwe, ale istotnie w tamtym czasie zostałem pisarzem niedzielnym i wakacyjnym. Wzmogła się moja praca nad gromadzeniem zasobów archiwalnych i bibliotecznych, a to przez sprowadzenie z Paryża mickiewiczianów od rodziny Poety – co dużo czasu zabrało – ale przecież i gromadzenie archiwów XIX wiecznych pisarzy polskich na emigracji. Wreszcie zabiegi o finanse instytucji, liczne ekspozycje krajowe i zagraniczne, działalność w międzynarodowej organizacji muzealnej ICOM – np. przewodniczenie przez dwie kadencje Międzynarodowemu Komitetowi Muzeów Literackich ICLM. A także udział w pracach Polskiego Komitetu Narodowego ICCM. Pisałem wtedy nawet dużo, ale były to na ogół referaty na zjazdy muzealne, sprawozdania z tychże. Byłem też redaktorem naczelnym czasopisma „Muzealnictwo” przez lat prawie trzydzieści…

Pańską wczesną oryginalną twórczość artystyczną chwalił sam Witold Gombrowicz, pisząc: „myślę, że to naprawdę dobra proza – w ogóle pod względem techniczno – literackim to jest dobrze napisane i w tym sensie wybija się z twórczości polskiej aktualnej. To dla mnie lepsza robota niż np. Rudnicki czy Andrzejewski.” Ale i delikatnie krytykował: „natomiast krucho z duchem, nie widać związku Pana – namiętnego czy właśnie zimnego – ze światem, trudno zdać sobie sprawę, kim Pan jest…”. Jak znosił Pan pochwały i krytykę swojego pisania, czy liczył się Pan z nimi raczej lekceważył?

Oczywiście liczyłem się z pochwałami swego pisania, a szczególnie z tymi, które wychodziły spod piór wysokich w tym względzie autorytetów. Pozwoli Pan, że tym razem ja sięgnę do kilku cytatów? W roku wydania „Opowiadań paryskich” tak napisała do mnie Maria Dąbrowska: „ <<Opowiadania paryskie>> przeczytałam natychmiast i już dwa razy, bo natychmiast od pierwszego zdania „poczułam zwierzynę” i nie zawiodłam się. Co za przepyszny debiut i jak wiele wróżący, cóż za przyjemność czytania rzeczy, której literatura dostarcza już tak rzadko, co za elegancja, dowcip, kultura inteligencja i humor w podawaniu nawet horrorów życia – i skąd ta świetnie pewna ręka w młodym pisarzu… I cóż za Paryż.”

…trochę szkoda, że „wsiąkł” Pan tak w Muzuem Literatury i zajął się podpisywaniem dokumentów, zamiast koncentrować się na własnej twórczości…?

…(śmiech). Niech Pan słucha dalej. Za to w swej recenzji Tomasz Łubieński pisał: „Groteska bez groteski, dowcip bez dowcipu. Po co w ogóle jeździć do takiego Paryża?” Chyba nie dziwota, że taką akurat recenzję lekce sobie ważyłem?

… cóż, łaska krytyków literackich, jak wiadomo, na pstrym koniu jeździ…

…nie przejąłem się też zbytnio tekstem Wielkiego Krytyka Henryka Berezy. Który miał mi wszystko za złe: „Jak się tu niemal bez końca stopniuje obrzydliwości bliźniego! Ileż precyzji w opisie tych obrzydliwości. Jakież doskonałe pozory obiektywności, a nawet życzliwości w tym wszystkim.”
Bo skoro Jarosław Iwaszkiewicz pisał tak w „Życiu Warszawy”: „Opowiadania Pieniążka pochodzą z życia – ale więcej z Literatury. Groteska posunięta do ostatecznych granic, aż do nazwisk znaczeniowych…” I dalej: „Ale wszystko, co tworzy młody autor w swych koszmarno – groteskowych obrazach jest niesłychanie zręczne, narysowane precyzyjnie jak w karykaturze Dubout i tak samo szalenie zabawne…. Czyta się te nowele z przyjemnością.”
A o następnych dwóch moich książkach tak pisał do mnie w liście z Berlina jesienią roku 1969 Zbigniew Herbert: „Więc zanurzam się w Twojej „Ucieczce z ciepłych krajów”. Bardzo mi się ta książka podoba i po różnych wygibasach, jakie zdarza mi się czytać a raczej obwąchiwać, bo to nie do czytania (rozumiesz, co mam na myśli, te nouveau roman, ekshibicjonistyczne rozdzieranie nagiej i zamarzniętej duszyczki i inne okropności) Twoja proza działa kojąco. Osiągnąłeś rzecz godną podziwu, nurt narracji jest równy i przedmioty obrysowane są ściśle i precyzyjnie.” Potem jeszcze, w listopadzie 1974 roku dodawał: „Party na Calle Guatemala” jest świetna. Ja wiesz jestem wielkim wielbicielem Twojego pisarstwa od lat, kiedy to przeczytałem Twoją prozę poetycką o malarzu Voglu, czyli Ptaszku. Dawne czasy. Bardzo pięknie piszesz. Kreujesz atmosferę pełną „zwiewnej poezji”, a jednocześnie proza twoja jest gęsta od realiów, pełna prawdziwych ludzi, prawdziwych rzeczy, prawdziwych krajobrazów.”

Pozazdrościć tylko takich opinii…

Po „Małżeństwie z Lyndą Winters” do moich popleczników zapisali się Stanisław Dygat i Agnieszka Osiecka, autorka parodii „Mój amerykański mąż”, osnutej na motywach mojej książki, którą opublikowała w „Szpilkach”.

Jak Pan sytuuje swój dorobek pisarski na tle polskiej literatury współczesnej, powstałej po 1945 roku?

Trudno mnie samemu sytuować swój dorobek literacki na tle literatury polskiej powstałej w tym okresie, ale chyba pozostaję poza tymi wszystkimi zbiorczymi ujęciami: „szkołami” czy „stajniami”. I poza układami.

III.

Przez trzydzieści osiem lat był Pan dyrektorem Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, to swoiste osiągnięcie kadencyjne. Jakie dokonania samego muzeum w tym czasie ceni Pan sobie najbardziej?

Osiągnięcia Muzeum Literatury podczas mojego dyrektorowania są oczywiście trojakiego rodzaju: gromadzenie, opracowanie – zaliczam tu różne wydawnictwa, także bibliofilskie i kilkanaście tomów periodyku muzealnego „Blok – Notes Muzeum Literatury” – oraz upowszechnianie, przez co rozumiem ekspozycje, których w tym okresie – większych i mniejszych, w naszej siedzibie i poza nią, w tym poza granicami kraju, wliczając także te poza granicami europejskimi – m.in. w USA, Kanadzie, Izraelu, ówczesnym ZSRR czy Japonii – naliczyłem ponad setkę.

Które z nich zechciałby Pan wyróżnić szczególnie?

Zacznę od Mickiewicza. Kiedy 1 kwietnia 1972 roku przestąpiłem progi Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza już jako jego dyrektor, sprawie poszukiwań i przewożenia archiwaliów i muzealiów z Poetą związanych, zresztą z różnych stron świata, nadałem rangę najwyższą. Jeszcze w 1955 r., nie bez mojego udziału, Muzeum zakupiło od kogoś z mojej rodziny najcenniejsze nasze mickiewiczianum – autograf „Grażyny”, dziś numer 1 inwentarza Działu Rękopisów.
W roku 1974 otrzymaliśmy z Paryża, po długich i bardzo delikatnych pertraktacjach – żeby było trudniej zgadnąć: z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, bo sprawa miała wówczas polityczny charakter – pamiątki po Mickiewiczu i jego żonie, przechowywane w rodzinie najmłodszego syna Poety, Józefa, zmarłego w 1938r. A w 1977 r. od znanej polonistki włoskiej, profesor Mariny Bersano – Begey, sprowadziliśmy kolejne towianica – pamiątki zachowane przez włoskich wyznawców i sympatyków mistrza Andrzeja Towiańskiego – w tym dzieła choćby Walentego Wańkowicza – zaś w rok później ogromną kolekcję prawnuka Mickiewicza – Jerzego Goreckiego, między innymi bibliotekę córki Adama, Marii z Mickiewiczów Goreckiej, babki pana Goreckiego. To były portrety, archiwalia, meble nawet – z ostatniego mieszkania Mickiewiczów w Arsenale.

Tym samym Muzeum Literatury poczęło urastać do czegoś, co nazwać by można „domem Adama Mickiewicza”…

Tak, w procesie gromadzenia Mickiewiczowskich zbiorów miało to niebagatelne znaczenie, zważywszy, że spora ilość obiektów muzealnych związanych z Poetą, była już w Muzeum Literatury obecna. Wtedy Muzeum Literatury stanęło już śmiało obok zorganizowanego w roku 1903, przez najstarszego syna Poety, Władysława, Muzeum Mickiewicza przy Bibliotece Polskiej w Paryżu.
Potem dochodziły stale listy Mickiewicza – autografy – jest ich już w Muzeum ponad setka, a czasem się jeszcze coś nowego odnajduje, bo, jak powiedział kiedyś Stanisław Pigoń: „Mickiewicz ciągle pisze.” Ale chyba już coraz rzadziej…

Zgoda, mnie udało się na razie pozyskać jeden list… A co z upowszechnianiem kultury, prezentacjami zbiorów?

Z osiągnięć w dziedzinie ekspozycji wymieniłbym przede wszystkim Mickiewiczowskie wystawy stałe – za mojej kadencji dwie z roku 1983 i 1988 oraz trzy zorganizowane w Mickiewiczowskich muzeach: w Nowogródku, Zaosiu, Stambule. Do tego wspomnieć należy o trzech dużych wystawach poświęconych Juliuszowi Słowackiemu – w latach 1976, 1999 i 2009 – oraz o stałej ekspozycji w Muzeum Słowackiego w Krzemieńcu; o trzech ekspozycjach Norwidowskich – w latach 1974, 1982, 2001 – dwóch dużych wystawach dorobku Brunona Schulza w Warszawie oraz około trzydziestu rozmaitych zagranicznych wystawach literackich z Paryżem, Nowym Jorkiem, Jerozolimą, Londynem, Stambułem, Madrytem, Triestem, Genuą, Berlinem i Monachium na czele.
Nie wolno pominąć także wystaw poświęconych Witoldowi Gombrowiczowi – w głównej siedzibie Muzeum na Rynku Starego Miasta w Warszawie, dalej w kraju i zagranicą, co w końcu ukoronowane zostało uruchomieniem w pałacyku należącym niegdyś do rodziny, po kilku latach jego remontu, naszego najmłodszego oddziału, oprócz trzech już posiadanych – Marii Dąbrowskiej, Andrzeja Struga i Władysława Broniewskie, Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli koło Radomia w roku 20009.

Czy podczas Pańskiej dyrektorskiej kadencji Muzeum Literatury przeżywało jakieś trudniejsze, dramatyczniejsze chwile?

Tak, bywały oczywiście i trudniejsze chwile dla Muzeum… Szczególnie w stanie wojennym w roku 1981, który zastał mnie w Stambule, przy organizowaniu tam Muzeum Adama Mickiewicza, dziś oddziale tureckiego Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej. Ale w tych czasach nikomu nie było łatwo. Generalnie jednak, co wyznaję z ulgą, przez te wszystkie lata nie było właściwie żadnego kryzysu zagrażającego istnieniu Muzeum.

Gdy przyszedłem do pracy w Muzeum Literatury, usłyszałem od licznych pracowników, niemal na „dzień dobry”, że to placówka unikatowa, wyjątkowa…

Podzielam pogląd, że Muzeum Literatury stało się instytucją jakoś wyjątkową. Na jego sześćdziesięcioleciu, już za Pańskiej kadencji, mówił profesor Zdzisław Najder, Przewodniczący Rady Muzeum, że: „wszak to muzeum ma sześćdziesiąt lat, jest unikatowe , jedyne takie muzeum w Polsce”, pamięta Pan?

Oczywiście. To było dla mnie zobowiązujące. A ta unikatowość…

Może dlatego, że zasadą różnych ekspozycji przygotowywanych przez nasze muzeum było i jest interdyscyplinarne wspieranie literatury, pokazywanie jak piękny, ważny a niekiedy odkrywczy był – i wciąż jest! – dialog literatury i pozostałych Muz, nie zaś suchy wykład o jej – literatury – historii czy też samej biografii pisarza.
Wystawy nasze adresowane były – i są – prócz szkół i polonistów także do miłośników literatury i twórczości poszczególnych pisarzy. Stąd też literacki, nie zaś historycznoliteracki charakter koncepcji naszych ekspozycji. Stąd ideałem wydaje mi się wystawa – spektakl, która przemawia nie językiem informacji i lakonicznego komentarza, ale sugestywnością klimatu, gradacją dramaturgii, metaforą i symbolem.

Jakie są, Pana zdaniem – z perspektywy muzealniczych doświadczeń – zagrożenia muzealnictwa literackiego teraz i w przyszłości?

Przede wszystkim zamiana ekspozycji z oryginalnymi eksponatami na pokaz multimedialny, czemu poddają się teraz liczne muzea chcące uchodzić za nowoczesne.

Dlaczego?

Bo nic nie zastąpi oryginału, z którym chce na ogół obcować publiczność. Żadna prezentacja multimedialna nie zastąpi materialnego widoku przedmiotu - pamiątki czy rękopisu. Nie po to ludzie przychodzą do muzeum, żeby bawić się internetem czy wykreowanymi lub też odtworzonymi w wirtualnej przestrzeni obiektami. To mogą robić w domu. W muzeum chcą obcować z rzeczywistym klimatem czasu, a nade wszystko – z konkretnym przedmiotem. Kuferkiem, do którego pakował swe rzeczy Mickiewicz przed kolejną podróżą, jego osobistym piórem, rękopisem czy obrazami powstałymi w epoce, w której żył i które ją – w artystyczny sposób – dokumentują i interpretują

Jak w świecie radzą sobie zatem dziś muzea literackie?

Co do muzeów literackich – te wyróżniają się od innych placówek przede wszystkim charakterem swoich zbiorów. W ramach Światowej Rady Muzeów ICOM Międzynarodowy Komitet Muzeów Literackich ICLM starał się zawsze tę specyfikę muzeum literackiego zdefiniować. Ze względu na wspomniany już charakter zbiorów, najbliżej nam było zawsze do muzeów kompozytorów., które się do nas zresztą, po pewnym czasie, przyłączyły.
Robiliśmy też próby spisania wszystkich muzeów literackich na świecie, z czego wynikły ciekawe nawet rezultaty. Wyszły i w Muzeum Literatury dwa wydania przewodników po polskich muzeach literackich w kraju i zagranicą…
Ale przede wszystkim te muzea na różnych kontynentach oglądaliśmy z okazji bądź Konferencji Generalnych ICOM, bądź dorocznych Zgromadzeń ICLM, organizowanych w różnych krajach – także w Polsce, w roku 1990. I to można nazwać sensem ich istnienia, bo przecież jakieś najciekawsze doświadczenia i rozwiązania przenieść można też do siebie.
Ale sensem istnienia muzeów literackich jest nader wszystko to, że publiczność wciąż gości ochoczo w naszych progach. Ciekawość życia i twórczości pisarzy nigdy bowiem, jestem głęboko o tym przekonany, nie wygaśnie.

IV.

Chińskie złe życzenie powiada: „Obyś żył w ciekawych czasach.” Czy z perspektywy swojego wieku orzekłby Pan, że żył właśnie w takich?

Historia tak przyspieszyła, że wszyscy teraz żyjemy w „ciekawych czasach”. Myślę, że w ciągu mego życia cały czas było ciekawie – i to bardzo. Dobrze pamiętam jeszcze przedwojenne czasy. Nie taję, że zdarzyło mi się dzieciństwo „sielskie, anielskie”. Pochodzę z kujawskiego ziemiaństwa, które w II Rzeczpospolitej trzymało się jeszcze nieźle i w stylu poniekąd jeszcze „Panatadeuszowym”. To znaczy: okazałe Święta, ważny okres – żniwa, jesienne polowanie i wspomnienia z wojny bolszewickiej, której uczestnikiem, w 2 pułku Ułanów Grochowskich, był mój ojciec. Byłem jedynakiem, chowano mnie na rolnika, miałem nawet własną nauczycielkę.

Dzieciństwo jednak naznaczone wojną…
Ten raj trwał do 4 września, kiedy to z Matką ruszyliśmy w kierunku Warszawy, bo Niemcy szybko się posuwali i Kujawy wschodnie – czyli dawny zabór rosyjski – były już zagrożone. Posuwając się wolno w tłumie uciekinierów musieliśmy co jakiś czas wyskakiwać z samochodu i kłaść się w rowie, gdy szosy były ostrzeliwane przez niemieckie myśliwce. Pamiętam palący się Mszczonów, właśnie po nalocie bombowym. Dotarliśmy w grójeckie, do majątku krewnych, gdzie nas ostatecznie Niemcy ogarnęli. Nie bez strzelaniny i rozstrzeliwań….
Potem w październiku wracaliśmy końmi na Kujawy, by 13 grudnia wyjechać , tym razem już z „Reichu”, do Warszawy. Ojciec został jeszcze pilnować majątku, ale w maju 1940 roku aresztowano go i wywieziono wraz z okoliczną inteligencją, ziemianami, duchowieństwem – nawet biskupami – do Dachau. Zginął rok później w Mauthausen – Gusen. Na marginesie – musiałem kiedyś publicznie, bo w gazecie, upomnieć samego M.F. Rakowskiego, który pisząc o aresztowaniach w latach 1939-1940 o ziemianach, a było ich wielu, jakoś zapomniał.

Co z nauką w tamtym okresie?

W Warszawie od 1940 roku chodziłem do prywatnej szkoły powszechnej Zofii Szedebergowej. Tutaj zaprzyjaźniłem się blisko z kolegą z mojej klasy, Tadziem, który w roku 1943 został wraz matką aresztowany i tegoż samego dnia rozstrzelany. Taka była rzeczywistość okupacyjna…
Ostatniego roku szkolnego 1943/44 chodziłem już na tak zwane „komplety”, odbywające się to tu, to tam; także czasami i w naszym mieszkaniu. Przeżywaliśmy wtedy w Warszawie nocne bombardowania sowieckie, o czym się już dziś nie pamięta. Powiększały jeszcze okupacyjną grozę.
Powstania uniknąłem, bo byłem na wakacjach w grójeckiem, ale w naszym mieszkaniu zginęła wtedy moja babka. Zaś od czerwca 1945 roku byłem najpierw w gimnazjum, potem w liceum im. Jana Długosza we Włocławku, gdzie zdałem matur ę w roku 1949. – zresztą z ostatnim rocznikiem maturzystów, bo tę prywatną szkołę upaństwowiono i przekształcono w zawodówkę.

To już za stalinizmu…

Tak, to był okres stalinizowania wszystkiego, co możliwe i do dziś się dziwię, że dostałem się na polonistykę Uniwersytetu Warszawskiego, a tam na proseminarium profesora Wacława Borowego, uczonego najwyższej klasy. On też prowadził Seminarium Historii Literatury, ale po roku zamieniony został na stalinistę Stefana Żółkiewskiego, którego młode wtedy satelitki prowadziły zajęcia i były „opiekunkami” roku. I wtedy wszelka myśl indywidualna była w imię jedynej marksistowskiej prawdy tępiona. Aczkolwiek mi tego zabraniano, chodziłem na seminarium profesora Juliana Krzyżanowskiego, ale na seminariach stalinówek miałem zawsze trójkę z minusem. Dlatego też nie zostałem zakwalifikowany na drugi, magisterski stopień studiów. Ba, nie mogłem się dostać na specjalizację edytorską, co mnie interesowało, bo był to kierunek wówczas ideologiczny. Skończyłem więc bibliotekoznawstwo, które najwyraźniej ideologiczne nie było.
Zmieniło się to dopiero po tzw. „Październiku”, a że wyjechałem potem na dwa lata do Francji, gdzie za radą – i pomocą – profesora Krzyżanowskiego, zająłem się w Bibliotece Polskiej w Paryżu korespondencją skierowaną do Mickiewicza; był to wtedy pierwszy etap badań, książkę badawczą wydałem w Ossolineum dopiero w 1968. Ale jako pisarz debiutowałem wcześniej, o czym już rozmawialiśmy.

Jaką rolę odegrała w Pana życiu rodzina oraz przynależność do rodu? Czym jest, według Pana, pamięć rodzinna i rodowa?

Dziejami rodzinnymi interesowałem się od dzieciństwa, historia rodziny towarzyszyła na co dzień, choćby poprzez portrety wiszące na ścianach. Nb. te portrety w moich rodzinnych Opatowicach postrzelali niemieccy oficerowie po aresztowaniu Ojca w 1940 roku. Ale dużo później, po śmierci mego stryja Jerzego w 1974 roku, odziedziczyłem rodzinne archiwum, niewielkie może, ale sięgające wieku XVI. A także portrety, które ocalały w Warszawie. I choć nie byłem najstarszy w rodzinie, stałem się niejako jej kustoszem i korzystając z tego zorganizowałem w 2006 roku zjazd rodzinny z uczestnikami nie tylko z Polski i Europy, ale nawet z Australii. Była wtedy i kilkudniowa wystawa portretów i cymeliów, nie tylko moich, wreszcie sesja, na której profesor Aleksander Gieysztor mówił o Pieniążkach średniowiecznych. Do dziś zdarza mi się do archiwów coś dokupić na aukcjach. Wydałem wreszcie pamiętniki stryja Jerzego, szczególnie ciekawe ze względu na okres I Wojny Światowej spędzonej przez niego w Szwajcarii i Londynie, gdzie jako pierwszego uznano go oficjalnie za obywatela Polski. Choć długo się opierali… (śmiech)

Spotkał Pan na swej drodze życia wielu ciekawych ludzi, pisał Pan o tym zresztą i wspominał wielokrotnie. Którzy z nich, z kręgów rodziny i znajomych, ze środowiska artystycznego, badawczego, muzealnego mieli na Pana wpływ, z czyim zdaniem Pan się liczył? I czy miał Pan – jako człowiek, badacz, pisarz i muzealnik swoich mistrzów?

Kto w ciągu życia miał na mnie wpływ? Oczywiście przedwojenna atmosfera domu rodzinnego, patriotyczne doświadczenia okresu okupacji i takaż patriotyczna atmosfera szkoły: manifestacje na 3 maja kończące się aresztowaniami kolegów itp. Na studiach zaś znakomici profesorowie ówczesnej polonistyki jak Wacława Borowy, później Julian Krzyżanowski, a wreszcie i Juliusz Wiktor Gomulicki, który, choć nie profesor, to świetny jednak znawca nie tylko polskiej literatury. Jako muzealnika, przekonywał mnie, choć może nie zawsze, mój znakomity poprzednik Adam Mauersberger, twórca wystaw interdyscyplinarnych – co starałem się później w Muzeum Literatury kontynuować.
Własna twórczość to znów co innego. Tu może najwięcej skorzystałem czytając Tomasza Manna, ale głównie jednak Marcela Prousta i, oczywiście, Witolda Gombrowicza – choć nigdy nie starałem się go nawet naśladować. Może jakoś łatwiej udawało mi się go zrozumieć, bo przecież on mimo wszystko bardzo jest ziemiański w sposobie myślenia. Co sobie uświadomiłem po dwugodzinnej osobistej z nim rozmowie w roku 1964. Dlatego tak mi też zależało na utworzeniu poświęconego mu muzeum we Wsoli, co mi się przecież – choć z trudem – udało.

Powiada się, że człowiek powinien zostawić po sobie ślad. Jaki byłby ślad, który Pan, swoim życiem i pracą, pozostawi?

Jaki ślad? Nie mnie o tym sądzić. Z doświadczenia zdaję sobie sprawę, że, jak to przypominał Adolf Rudnicki, powiedzenie „każdemu to, na czym mu mniej zależy” sprawdza się bardzo często i u potomnych ludzie są często cenieni nie za to, co sami uważali za najważniejsze. Sam, zaglądając do moich książek sprzed pół wieku, podczytuję je z żywym zainteresowaniem. Ale inni także? Na pewno mój wkład w budowanie czy raczej rozbudowanie Muzeum Literatury jest rzeczą trwałą, ale już po kilku latach anonimową.

Oprotestowując kategorycznie Pana ostatnie stwierdzenie, dziękuję bardzo za rozmowę.

Warszawa 4.12. 2015



Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 30-12-2015  |   komentarze: (0)

Janusz Odrowąż - Pieniążek

 

Jeszcze w piątek 4 grudnia 2015 roku omawialiśmy jakieś sprawy służbowe w gabinecie osobistym Dyrektora Seniora, jak go tytułowaliśmy od czasu, gdy przeszedł na emeryturę, wciąż jednak pracując w Muzeum Literatury na pół etatu. Zachodziłem często do Dyrektora, te rozmowy były zawsze przyjemne – Dyrektor często sypał anegdotami oraz wspomnieniami – załatwialiśmy bieżące interesy muzeum, a jednocześnie były to dla mnie mikrolekcje z historii Literatury, historii życia literackiego czy po prostu dziejów. Dyrektor miał cięte, anglosaskie poczucie humoru, a jednocześnie był człowiekiem życzliwym, przyjacielsko traktującym ludzi. Nawet o tych, którzy go kiedyś skrzywdzili mówił z uśmiechem i bez zajadłości, jeśli już to raczej z lekką kpiną.

Jeszcze w poniedziałek 7 grudnia dzwonił do mnie po południu mówiąc, że źle się czuje, dokucza mu astma i że chciałby wziąć kilkudniowe zwolnienie z pracy. Umówiliśmy się, że odezwie się wtedy, gdy poczuje się lepiej; wrócimy wówczas do wywiadu, jaki z nim przeprowadzałem do książki, która miała zebrać materiały po Kongresie Muzealników Polskich, mającym miejsce wiosną bieżącego roku w Łodzi. Wywiad właściwie był już gotowy, Dyrektor miał jeszcze tylko rzucić ostatni raz okiem na cały tekst oraz zastanowić się nad tytułem. Już nie zdążyłem Mu go pokazać w tej ostatecznej formie.

Dyrektor był rówieśnikiem mojego ojca, zmarłego w 2000 roku, przedstawicielem tego samego pokolenia. Kiedy wracał w swych opowieściach do przeszłości – czasów wojny, stalinizmu czy ery Gomułki - odnajdywałem w tych wspomnieniach klimat i obserwacje, jakie ongiś zamieszkiwały historie słyszane z ust Tadeusza Klejnockiego. Było to dla mnie czymś bliskim.

Znałem bliżej Dyrektora raptem sześć lat, ale w tym czasie spotykaliśmy się niemal codziennie w pracy. Nasza znajomość wystawiona była zresztą na próbę sytuacji. Przychodziłem do Muzeum Literatury z misją objęcia stanowiska po Dyrektorze, który miał przejść na emeryturę. Przez pół roku był moim przełożonym, a potem przez ponad pięć lat ja Jego. Dyrektor był człowiekiem wielkiej klasy i uczciwości, był także niezwykle lojalnym pracownikiem i współpracownikiem. To wszystko razem, a pewnie i w jakimś stopniu też to, że ja traktowałem Go zawsze z najwyższym szacunkiem, pozwoliło nam ułożyć nasze stosunki bezkonfliktowo i – mam wrażenie – ze wzajemną sympatią.

Imponowała mi Jego witalność i pracowitość. Dyrektor był członkiem rozlicznych organizacji i stowarzyszeń, zasiadał w wielu dostojnych gremiach instytucjonalnych i honorowych - uczestnicząc w ich działaniach, inicjatywach, zebraniach i posiedzeniach. Zawsze, gdy odwiedzałem Go w Jego gabinecie coś pisał, albo czytał, przeglądał materiały, porządkował swoje archiwum. Był człowiekiem ciągle zajętym, ale widać też było, że zajęcia te sprawiają mu przyjemność. Nigdy nie usłyszałem od Niego wyrazów zgorzknienia czy rezygnacji. I był człowiekiem chętnie się uśmiechającym. To był taki uśmiech dobra, z którego emanował optymizm i – tak mi się zawsze zdawało – radość istnienia.

8 grudnia 2015 w godzinach popołudniowych dowiedziałem się od pana Jacka Odrowąż – Pieniążka, że jego Ojciec odszedł od nas tego dnia rano.

Będzie mi Dyrektora autentycznie i szczerze brakowało.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-12-2015  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl