Szukaj

Południk 21 - trailer

Stanisław Barańczak

 

O śmierci poety dowiedziałem się od dziennikarza PAP, który zadzwonił do mnie, przepraszając grzecznie, że w święta, z prośbą o komentarz.

Cóż tu jednak można rzec niebanalnego i niepretensjonalnego, bo zdaje się, że banał i pretensjonalność irytowała autora „Korekty twarzy” najbardziej?

Miałem okazję – choć dość powierzchownie – korespondować ze Stanisławem Barańczakiem, dawno, jakieś niemal 25 lat temu, gdy byłem początkującym poetą, a on kwalifikował moje wiersze do „Zeszytów Literackich”. Był życzliwym i uprzejmym człowiekiem, nawet mocne sądy krytyczne w relacji prywatnej były przez niego formułowane tak, że w żaden sposób nie można się było czuć dotkniętym czy obrażonym.

Podziwiałem go, jak wielu, a że jego talent przerastał wyobrażenie, w żaden sposób nie zazdrościłem mu. Zazdrościć można komuś, komu udało się coś lepiej niż tobie, ale ten sukces (cokolwiek to by było) wydawało się, że jest także w twoim zasięgu. Podziwiałem go także za pracowitość; przecież z powodu choroby właściwie zaprzestał pisania po wydaniu „Chirurgicznej precyzji” w roku 1998, kiedy miał raptem pięćdziesiąt dwa lata! To prawie tyle samo, ile ja mam w tej chwili – a choćby proste ilościowe porównanie naszego dorobku uzmysławia mi, jak bardzo się przez te wszystkie lata życia leniłem i obijałem.

Mój uczony przyjaciel – dr Michał Friedrich – napisał dziś w smsie, że śmierć Stanisława Barańczaka to coś na kształt końca świata.

Tak.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-12-2014  |   komentarze: (0)

Teraz...

 
 ... pod koniec roku, a przy okazji właśnie spełniających się, kolejnych, Świąt Bożego Narodzenia, przyszła mi na myśl postać Tadeusza Konwickiego, bohatera mojej pracy magisterskiej z roku 1988. Dla asocjacji i wspomnień nie ma racjonalnego uzasadnienia, toteż nie umiem powiedzieć, akurat dlaczego autor „Sennika współczesnego” zawładnął w ten czas moim umysłem.

Gdy pisałem tamtą pracę dyplomową, byłem twórczością Konwickiego autentycznie zafascynowany. I choć pisałem o kilku raptem książkach – układających w tzw. „cykl autobiograficzny” – przeczytałem właściwie wszystko autorstwa twórcy „Kroniki wypadków miłosnych”, łącznie z jego socrealistycznymi wytworami a nawet publicystyką. Ba! – odnalazłem nawet jakieś przyczynkarskie informacje w „Zeszytach Historycznych” wydawanych prze Jerzego Giedroycia, które objaśniały trzeciorzędne epizody w którejś z książek Mistrza… Dziś oczywiście nic już z tego nie pamiętam, pamiętam tylko, że zadzwoniłem do pisarza (jego ówczesny numer telefonu, jak również autentyczny numer dowodu osobistego, dają się odnaleźć na kartach „Kompleksu Polskiego”), by go z przejęciem o tym moim wiekopomnym odkryciu poinformować. Pisarz nie z takimi wariatami musiał mieć wcześniej do czynienia, bo grzecznie podziękował, nie wdając się ze mną w zbyt rozwiniętą rozmowę. Co mogłoby być skądinąd rozczarowujące, gdybym nie czuł się wtedy autentycznie uprzywilejowany tym, że w ogóle zechciał mnie wysłuchać i od razu nie rzucił słuchawką.

Innym razem zaczaiłem się na pisarza przy ulicy Górskiego, gdzie wtenczas mieszkał, a i mieszka obecnie, by zaskoczyć go znienacka prośbą o autograf i wstrząsającą informacją, że właśnie piszę o jego twórczości pracę magisterską. Konwicki grzecznie wpisał się do podsuniętych mu ze trzech książek (w tym co najmniej jednej wydanej na Zachodzie), a nade mną, magistrantem z wyraźnym ADHD związanym z jego twórczością, pokiwał jedynie głową - najwyraźniej współczująco.

Po 1989 roku zacząłem coraz bardziej oddalać się od twórczości mojego bohatera, pożal się Boże, naukowych interpretacji. Trochę może z przesytu, trochę może i dlatego, że pisanie magisterium było gehenną, czemu zresztą sam byłem sobie winien. Najpierw bowiem napisałem całkiem zgrabny artykuł do „Miesięcznika Literackiego”, który zawierał generalne ustalenia tego, co potem miało się znaleźć w pracy dyplomowej. Napisanie tego wszystkiego jeszcze raz, tylko że powiększonego dziesięciokrotnie, stanowiło już udrękę.

Poza tym lektura kolejnych książek Mistrza – „Zorzy wieczornych” czy „Czytadła” – nie przyniosła dawnych zachwytów. Jakbyśmy się z Autorem jakoś rozjechali, jakbym stracił radość z obcowania z jego słowem. Miałem wrażenie rozczarowania, związane także z obrazoburczym domniemaniem, że wena pisarza zaczęła omijać i że te ostatnie książki nie dorastają do pięt dawnej twórczości autora „Zwierzoczłekoupiora”. Coś chyba było na rzeczy z moją intuicją, bo Konwicki po „Czytadle” odłożył pióro, jak się zdaje, raczej nieodwołalnie. A był wtedy raptem siedemdziesięcioośmioletnim twórcą – dziś jest człowiekiem osiemdziesięcioośmioletnim – artystą milczącym już od dekady (jeśli nie liczyć wznowień, rozmów prasowych czy jednej lub dwóch wywiadów – rzek). Inni jego rówieśnicy, a nawet pisarze nieco starsi – jak choćby Józef Hen – wciąż publikują i wciąż biorą udział w życiu kulturalnym, kiedy Konwicki, sprawą własnego wyboru, ulokował się na uboczu.

Widziałem go ze dwa lata temu na Chmielnej. Lekko przygarbiony, ale wciąż pełen wigoru, spacerował, rozglądając się uważnie. Przystawał, oglądał fasady domów, patrzył na ludzi – wyglądało to wszystko na zbieranie materiałów do kolejnej książki. Która zapewnie nie powstanie. Konwicki wycofał się z pisarstwa, a jeszcze wcześniej, bo po „Lawie”, z kręcenia filmów.

I to mnie zastanawia: ktoś, kto kiedyś potrafił wydawać regularnie co rok lub dwa – trzy lata co najmniej niezłe, jeśli nie wybitne, książki, decyduje się na milczenie i jest w tym konsekwentny. Pisanie było immanentne życiu i nagle zostaje porzucone. Jest w tym jakaś tajemnica czy wiąże się to wszystko z odpływem energii twórczej? Choć przecież, powtarzam, Tadeusz Konwicki na kogoś dotkniętego demencją nie wygląda – a wręcz przeciwnie? A może pisarz po prostu uznał, że temu światu, który pod koniec wieku XX nadchodził , a teraz się ucieleśnia i przepoczwarza w jeszcze nowe kształty, nie ma już nic do powiedzenia?
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-12-2014  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl