Szukaj

Południk 21 - trailer

Dwa słowa o polityce kulturalnej

 

Nie może dać mi spokoju wiadomość, którą odnalazłem w stosie informacji, rosnącym codziennie we wszelkiego rodzaju mass – mediach (sformułowanie trochę staroświeckie, ale niech tam).

Otóż w Italii tamtejsze Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego zapowiada takie regulacje prawne, by obywatele, którzy będą kupowali książki, mogli korzystać z ulgi podatkowej (sic!).

Warto zwrócić uwagę, że inicjatorem zmian we włoskiej ordynacji podatkowej nie jest tamtejszy resort kultury, tylko właśnie gospodarczy. Ulga ma funkcjonować na razie przez dwa lata, a maksymalna stawka odliczeń w owym dwuletnim okresie to maksimum 2 tysiące euro (wszakże nie dotyczyć ma ona e-booków). To nie jest bagatelna suma. Dla porównania – jej równowartość (mniej więcej) może sobie w Polsce odpisać od podatku obywatel/obywatele z trójką dzieci (też w cyklu dwurocznym), korzystający z rodzinnej ulgi podatkowej (nawet jeśli osiągają bardzo wysokie dochody)

Przedstawiciele włoskiego ministerstwa uzasadniają, że realizacja tego pomysłu ma przynieść dwa efekty: wspomóc małe, niesieciowe księgarnie oraz pobudzić czytelnictwo. Rzecz bardzo swojsko brzmi – nasze czytelnictwo też kuleje, nawet bardziej niż italskie; a i sytuacja naszych niewielkich księgarni, zwłaszcza na prowincji, jest dramatyczna.

Włoska idea stanowi oczywiście przykład dla pewnego modelu polityki kulturalnej prowadzonej przez państwo. Co prawda samo pojęcie „polityki kulturalnej” darzę nieufnością, ale przecież nawet jeśli działania państwa w sferze kultury nie są zbyt widoczne na pierwszy rzut oka, to jednak istnieją i właśnie „polityką kulturalną” trzeba je zwać.

Moja nieufność wobec tego pojęcia wynika z dwóch przesłanek.

Po pierwsze – z doświadczenia PRL-u, w czasach którego prowadzono bardzo agresywną „politykę kulturalną” (choć oczywiście nie aż tak brutalną jak np. w Rumunii czy Związku Sowieckim), a jej najbardziej „zbrojnym” ramieniem był Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk (czyli potocznie: cenzura instytucjonalna). Podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim musiałem nawet zaliczyć przedmiot „Polityka kulturalna PRL”, który w zamyśle był wybitnie indoktrynacyjny, a przetrwać się go dało tylko dlatego, że z dystansem, ironią i humorem wobec programu prowadził go dr Tomasz Wroczyński.

Po drugie – „polityka kulturalna” brzmi nieomal tak jak „polityka historyczna”, z której agresywną postacią mieliśmy do czynienia kilka lat temu, a której chyba najbardziej wyrazistymi emanacjami są IPN i Muzeum Powstania Warszawskiego (obie instytucje, z rozmaitych powodów i rozmaitych pozycji światopoglądowych oceniane niejednoznacznie, to znaczy zarówno z aplauzem, jak i krytyką).

A teraz czytam artykuł Wojciecha Wencla „Kultura jest kluczem” (najpierw drukowany w „Gazecie Polskiej” 11.12.2013, potem udostępniony na blogu WW – wojciechwencel.blogspot.com – 15.12.2013). Jest to ciekawe stanowisko w sprawie modelu polityki kulturalnej, jakie ma prowadzić państwo polskie pod rządami Jarosława Kaczyńskiego, gdyby ten miał objąć władzę; stanowisko, którego absolutnie lekceważyć nie można.

Albowiem Wojciech Wencel w roku 2010 wszedł w skład Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego na Urząd Prezydenta RP i – jak podaje jego hasło osobowe w Wikipedii – „podpisał też apel środowiska herbertowskiego o poparcie tej kandydatury”. Ponadto WW jest już mężczyzną dojrzałym wiekowo, ponad czterdziestoletnim, co zwiększa szanse, by jego koncepcje dotarły łatwiej do ucha Prezesa Prawa i Sprawiedliwości (który, jak wieść niesie, rad młodzieńców przed czterdziestką – z nielicznymi wyjątkami - raczej nie słucha). Sam WW zresztą eksplicytnie w swym artykule powiada, że pisze z wyraźną intencją doradztwa: „W swoich felietonach z cyklu „Listy z podziemia” dwukrotnie już podsuwałem Jarosławowi Kaczyńskiemu pomysł reaktywacji Polskiej Akademii Literatury. Teraz wspominam o tym po raz trzeci, żeby nie zapomniał.”

Otóż to właśnie. Autor „Ody do śliwowicy” (ryzykowny to tytuł, jeśli zna się stosunek JK do alkoholu, a w pamięci pozostają niedawne wybryki rzecznika prasowego PiS) postuluje powołanie kilku centralnych instytucji kultury, które prowadziłyby ową politykę kulturalną, wzorowaną, czego WW nie ukrywa, ale też specjalnie nie eksponuje, na niegdysiejszej dynamicznej działalności Instytutu Pamięci Narodowej, gdy rządził PiS z koalicjantami (bo dziś IPN to głównie działania edukacyjne i wydawnicze, a także maszyneria obniżająca poziom bezrobocia wśród absolwentów wydziałów historycznych; jego pion prokuratorski natomiast, jak daje się słyszeć, ugania się za lustracyjnymi kłamcami głównie na poziomie peryferyjnych gmin i powiatów).

Oprócz mającej przedwojenne korzenie Polskiej Akademii Literatury takimi ciałami, wedle WW, miałyby być: Polska Akademia Rzeźby i Malarstwa oraz Polska Akademia Teatru. Ze swej strony podpowiedziałbym WW konieczność powołania jeszcze co najmniej Polskiej Akademii Muzyki oraz Polskiej Akademii Filmu i Sztuk Audiowizualnych – bo niby czemu te dziedziny artystycznych wypowiedzi miałyby być poszkodowane?
Ponieważ WW najlepiej zna się na literaturze, najwięcej ma do powiedzenia o PAL-u. Sufluje nawet pożądany skład osobowy tego dostojnego gremium: Tomasz Burek, Andrzej Nowak, Marek Nowakowski, Jarosław Marek Rymkiewicz, Jacek Trznadel, Bohdan Urbankowski, Maciej Urbanowski. Złośliwcy mogliby powiedzieć, że po to PAL w takim składzie, żeby wreszcie jakąś liczącą się nagrodę literacką lub wsparcie stypendialne zdobyli Bronisław Wildstein, Marcin Wolski czy dajmy na to Waldemar Łysiak (analogicznie jak w anegdocie, w której Kazimierz Rudzki miał powiedzieć, że przyznano mu tytuł profesora po to, by Bogdan Łazuka mógł zostać magistrem).

Ale nie o wyzłośliwianie się tu idzie. Ważniejsze – czym miałyby się owe centralne instytucje zajmować w ramach prowadzenia polityki kulturalnej? Powiada WW: „Wszystkie [owe instytucje centralne - JK] musiałyby mieć, rzecz jasna, odpowiednie miejsce w mediach publicznych, własne wydawnictwa, fundusze na nagrody, wreszcie możność wprowadzania konkurencyjnych programów na uczelniach humanistycznych i artystycznych.” Wzorem – właśnie IPN za swych złotych lustracyjnych lat: „przykład Instytutu Pamięci Narodowej dowodzi, że stworzone przez państwo ośrodki są w stanie wyprowadzić Polaków z postmodernistycznego łagru.”

No to wszystko jasne: idzie o dydaktyczną, a nawet propagandową funkcję owych instytucji; miałyby one pokazywać (promować, popierać, nagradzać, dofinansowywać itd.) Polakom sztukę właściwą a nie zdegenerowaną i przez kształtowanie gustów wyprowadzać nas z postmodernistycznego łagru ku wolności centralnie sterowanej przez rządzące siły polityczne miłe autorowi „Ody chorej duszy”.

Niepokojący jest ten postulat możliwości „wprowadzania konkurencyjnych programów na uczelniach humanistycznych i artystycznych” – bo jakże go pogodzić z autonomią uniwersytetów i prawem do samodzielnego budowania przez nie oferty programowej?

A reszta postulatów, zwłaszcza jeśli idzie o koszty? Nie mówię już o ich planowanej tzw. działalności merytorycznej; przecież każda taka kulturalna instytucja centralna to siedziba, aparat urzędniczy obsługujący dostojnych Akademików, flota samochodów, osprzęt komputerowy, materiały biurowe, telefony i faksy itd. Miliony złotych, które skądś trzeba będzie wziąć, to znaczy zabrać z innych sfer, bo budżet z gumy nie jest. Komu zabrać? Może bibliotekom zapraszającym na spotkania autorskie „niewłaściwych” pisarzy? A może galeriom wieszającym na ścianach „nieprawomyślne” obrazy? Muzeom nieorganizującym „właściwych” wystaw?

Wojciech Wencel projektuje politykę kulturalną państwa jako neoautorytarny proces wychowawczy, który kształtować będą inżynierowie dusz, modelujący społeczne gusta i narzucający masom aksjologię „prawomyślnej” recepcji. To polityka odgórnego promowania (jeśli nie wręcz propagowania) jakiejś lub jakichś konkretnych opcji estetyczno – ideowych, które mieściłyby się w ramach politycznego projektu ideowego preceptora gdańskiego poety i eseisty, a dziś lidera partii opozycyjnej ze wszystkich sił pracującej nad ponownym dojściem do władzy.

I tu czas wrócić do włoskiego pomysłu ulgi podatkowej za nabywanie książek. To zupełnie odmienny pomysł na politykę kulturalną: nie narzucający się z wyborami i nieedukujący perswazyjnie odbiorców co mają czytać, oglądać i wieszać sobie w mieszkaniu na ścianach. Niecentralizujący działań państwa w przestrzeni kultury, wzorem PRL-owskim, choć dziś w inne kostiumy przebranych i odmiennymi metodami propagandy lansowanych.

Ten inny model, właściwy dla konstrukcji społeczeństwa otwartego, to stymulacja obywatela do uczestnictwa w kulturze, bez ingerencji w jego wybory światopoglądowe, estetyczne czy też artystyczne gusty i preferencje. Ulga podatkowa zachęca do kupna książek – ale jakich – to już decyzja kupującego. Podobnie jak rozkręcany dziś w Polsce ministerialny program „muzeum za złotówkę”; jakie muzea zechce odwiedzić zwiedzający z własnymi dziećmi – to już jego sprawa.

A gdyby i u nas pomyśleć o uldze podatkowej za udział w kulturalnych imprezach? Możesz sobie odpisać – w ciągu dwóch lat dajmy na to – około ośmiu tysięcy złotych za wszystkie wydatki poniesione na uczestnictwo twoje i twojej rodziny w kulturze; byłby to zły pomysł? Można by oczywiście wprowadzić rozmaite ograniczenia – np. warunek limitu dochodów: powiedzmy, że ulga nie przysługiwałaby tym, którzy przekraczają drugi próg podatkowy w dochodach własnych. A może ową stymulację zachęcającą do uczestnictwa w kulturze wpisać do przywilejów Karty Wielodzietnej Rodziny na podobnych zasadach jak funkcjonują w jej ramach ulgi komunikacyjne czy zniżki na wstęp do lokalnego aquaparku?

Taką dynamicznie prowadzoną politykę stymulacji obywateli do uczestnictwa w kulturze powitałbym z radością – jako bardziej realistyczny i konstruktywny kontrprojekt wobec takiego, w którym chce się nas, ludzi dorosłych, uczyć co mają w sztuce podziwiać, bo ktoś tam sobie wymyślił – i nawet w to uwierzył – że może zdecydować w tej materii za nas.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 28-12-2013  |   komentarze: (1)

Ja nie chcę do Bukaresztu!

 

Podczas niedawnej (i pierwszej) Gali wręczania Nagród im. Teresy Torańskiej – „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer uhonorowano tą nagrodą w kategorii najlepszej książki reporterskiej – autorka wspominała, że gdy mówiła warszawskim znajomym, iż wybiera się do stolicy Rumunii, ci zazwyczaj pukali się w czoło, pytając: „po co tam jedziesz? Co tam będziesz robić?” A kiedy już znalazła się w Bukareszcie (spędziła tam w sumie około dwóch lat, nauczywszy się jeszcze po drodze rumuńskiego), to od spotykanych tam ludzi słyszała natomiast – i tu cytat: „ – Ty chyba zwariowałaś. Możesz mieszkać w całej Europie, a jesteś tutaj.(…) – A po co Pani tu siedzi? – zapytała dziewczyna w metrze, gdy zobaczyła, że czytam książkę po polsku. Powiedziałam jej, że Bukareszt jest nieobliczalny i piękny. Że ciągle można znaleźć w nim tureckiego ducha. Że kiedyś był nazywany Białym Miastem, bo kamienice lśniły bielą tynków. Że bulwary Balcescu i Magheru zbudowali żydowscy architekci, którzy po wojnie tworzyli Tel Awiw. – Pani chyba żartuje! – zawołała”.

Najwyraźniej nie zawsze warto słuchać podpowiedzi i uwag znajomych, ale i na miłość niewiele się poradzi. Bo że Małgorzata Rejmer zakochała się w Bukareszcie jest dla czytelnika jej książki, owocu tej miłości, oczywiste.

Ale nie jest to miłość ślepa, nieuważna i bezkrytyczna; wręcz przeciwnie. Bukareszt jest w oczach reporterki „trochę pyszny, trochę fikuśny, wrzodowaty na obrzeżach, lecz w centrum tłusto przypudrowany.” I takie właśnie spojrzenie – wrażliwe, czułe na rozmaite aspekty portretowanych przestrzeni, sytuacji, zdarzeń, ludzkich losów spotykamy w tej opowieści.

Traktuje rzecz jasna książka Rejmer nie tylko o Bukareszcie, lecz o współczesnej Rumunii w ogóle; stolica, jak soczewka, pozwala zebrać to, co charakterystyczne, dystynktywne, a jednocześnie metaforyczne czy symboliczne.

Jest zatem rys historyczny, jest migawkowa wyprawa w czasy świetności miasta, gdy w pierwszej połowie XX wieku przyrównywane było – nie bez przyczyny – do Paryża. Dominuje jednak tematyka współczesna: obrazy Rumunii po rewolucji 1989 roku, po latach transformacji, ale przede wszystkim pojawia się, zajmując niemal połowę książki, wstrząsający portret komunistycznej dyktatury. O której niby wiemy, że była bardziej brutalna i siermiężna, bardziej bezwzględna i bardziej okrutna niż polski komunizm stosowany nazywany nowomownie socjalizmem materialnym.

Rejmer snuje swą opowieść odwołując się do konkretnych ludzkich losów. Nic tak nie robi wrażenia jak zderzenie (bo porównanie – to za mało powiedziane) z niby podobną rzeczywistością polską w mniej więcej tych samych czasach.

U nas też była w latach 80. reglamentacja żywności, niedobór rynkowy (wszak gospodarkę z komunistycznymi ambicjami definiuje się właśnie jako „gospodarkę permanentnego niedoboru”), kolejki; „dwudziesty stopień zasilania” w energetyce. Ale jakoś sobie radziliśmy – sam pamiętam, jak którejś zimowej nocy, unikając wojskowych rogatek na granicach Warszawy, wiozłem nielegalnie ubitego na mazowieckiej wsi świniaka, by bliższa i dalsza rodzina cieszyła się urozmaiconym jadłospisem posiłków. Było strasznie, ale i bywało śmiesznie. W Rumunii natomiast – śmiesznie nie było.

Wspomnienie jednej z bohaterek (Ramona, urzędniczka): „Ciągle ta sama śpiewka: „Rumuni, spłacajcie długi, żeby nasz kraj był wolny i niezależny!”. Półki puste, życie toczy się w kolejkach. Kupić watę – cud. Kupić papier toaletowy – święto. Prezerwatywy tylko z przemytu. Telewizja: dwie godziny dziennie. Prąd: cztery godziny dziennie, a kiedy – niespodzianka. Na desce klozetowej kładzie się gazety, grubą warstwę „Scinteia” albo innego propagandowego świństwa, żeby tyłek nie zmarzł. W łazience jest po pięć, sześć stopni i kłęby pary lecą z ust, jak się przesiaduje na tronie.”

Ale poczucie humoru, swoiste, Rumunów nie opuściło (do dziś zresztą) – Rejmer poświęca mu cały piękny traktacik. Podobnie zresztą jak przekleństwom, wyjątkowo złożonym, metaforycznym i poetyckim – niczym, nie przymierzając – gruzińskie toasty.

Nie mieliśmy aż tak potępieńczo zwariowanych dyktatorów, którzy zrównywali z ziemią pół miasta, by zrealizować swe bombastyczne architektoniczne marzenia; nasze żywnościowe kłopoty nie miały oblicza permanentnego głodu (zwłaszcza w poststalinowskich czasach); nasze kaloryfery rachitycznie, ale jednak grzały, a jak nie grzały, to się wszyscy dogrzewali farelkami; nasza policja polityczna robiła swą infernalną robotę, ale nie mieliśmy jednego funkcjonariusza na każdych kilkunastu obywateli plus jeszcze spośród nich kilku spontanicznych donosicieli niezwiązanych formalnie z agenturą. Nasi kacykowie nie wpadali na radykalne pomysły z zakresu inżynierii społecznej – jak np. funkcjonujący w Rumunii przez lata absolutny zakaz aborcji, który – jak opisuje Rejmer – niszczył do cna ludzi i więzy między nimi.

Czytam „Bukareszt. Kurz i krew” i włosy stają mi dęba… A jednak pamięć o tamtych strasznych czasach do dziś odbija się Rumunom czkawką idealizującej nostalgii. Jak powiada autokrytycznie jeden z bohaterów książki: „Chciałbym, żeby Rumuni znaleźli wreszcie równowagę między tym, czego doświadczyli za komuny, i tym, co przeżywają teraz. Musimy się wreszcie z tym zmierzyć: od czasu rewolucji mijają dwadzieścia cztery lata, dokładnie tyle, ile rządził Ceausescu, a większość ludzi wciąż jeszcze się nie przebudziła”.

Więc gdy czytam na dodatek o obliczach rumuńskiej transformacji – i jej efektach – to utwierdzam się w przekonaniu, że – mimo wszystko – zwłaszcza w ostatnich dwudziestu kilku latach jesteśmy „narodem, któremu się lepiej powiodło”, by przytoczyć tytuł wiersza Stanisława Barańczaka.

Poprzednicy Rejmer, polscy pisarze średniego pokolenia, którzy napisali książki o naszych bliższych i dalszych sąsiadach z Europy Centralno – Wschodniej, proponowali w nich klucz zrozumienia opisywanych narodów, społeczeństw. Krzysztof Varga twierdził w „Gulaszu z turula”, że takim kluczem do duszy współczesnych Węgrów jest melancholia, Mariusz Szczygieł w „Zrób sobie raj”– że analogicznym kluczem do duszy czeskiej są: pragnienie spokoju i przyjemności istnienia. Rejmer – choć przy okazji pisania o fenomenie bezdomnych psów na ulicach rumuńskiej stolicy, przyznaje, że „co do istnienia dusz ludzkich też nie mam przekonania” – proponuje jednak, by uznać, że to, co konstytuuje tożsamość egzystencjalną Rumunów, to fatalizm.

Fatalizm będący funkcją doświadczeń historyczno - politycznych i zmagań z naturą (Bukareszt jest miastem najbardziej – wśród wszystkich stolic europejskich – zagrożonym trzęsieniami ziemi, o czym też autorka przejmująco pisze w jednym z rozdziałów). Rejmer przywołuje w swej argumentacji narodową balladę rumuńską „Jagniątko”, której bohater – młody pasterz - biernie poddaje się przepowiadanemu losowi, choć, w przeciwieństwie do starogreckich postaci tragedii, mógłby go, ów los, zmienić własnym działaniem.

I wierzymy w tę diagnozę, nawet jeśli autorka lojalnie przytacza głosy sprzeciwu swoich rumuńskich znajomych: „Napisz koniecznie w tej swojej książce, że Rumuni nie są fatalistami i że z tą cholerną balladą to nieprawda (…) Że jesteśmy bierni i posłuszni jak owce zagnane w stado, czekamy na to, co się stanie, choćby to była rzeź. I że w chwilach, gdy powinniśmy walczyć, uciekamy w poezję i pocieszamy się tkliwymi opowiastkami o zaślubinach ze śmiercią”.
A jednak, mimo wszystko wierzymy diagnozom autorki, nawet jeśli, tocząc ze sobą dyskusję, przywołuje ona przykłady buntów i powstań rumuńskich (z rewolucją 1989 roku na czele).

Taka jest bowiem siła dobrej literatury. W blurbie na czwartej stronie okładki „Bukaresztu” powiada Mariusz Szczygieł: „Małgorzata Rejmer była dotąd zdolną młodą pisarką [mając na myśli jej debiutancką i chwaloną powieść „Toksymia”], a okazało się, że jest jeszcze zdolniejszą reporterką i eseistką”. Hmm… A może odwrotnie? Właśnie ponieważ Rejmer jest zdolną młodą pisarką, to i trudny gatunek eseistycznego reportażu nie przerósł jej artystycznych możliwości?

Zresztą – reportaż, literatura; są tu jeszcze jakieś wyraziste granice? W czasach, gdy, jak twierdzą antropolodzy kultury, a osobliwie Clifford Geertz, dominować zaczynają „gatunki zmącone”?

Druga książka Małgorzaty Rejmer, choć u swych źródeł jest oczywiście reportażem, to przecież jest też wcieleniem pełnokrwistej literatury pięknej. Od reportera wymaga się daru obserwacji, wrażliwości na szczegół, umiejętności rozmowy (w tym zadawania właściwym ludziom właściwych pytań we właściwych okolicznościach), wszechstronnej orientacji w rozmaitych kontekstach przywoływanych i opisywanych zdarzeń. Inna jednak rzecz – to sposób przelania tego materiału na papier (czy też, w przypadku reporterów – filmowców, na ruchome obrazy).

Otóż w swej książce Rejmer wykracza poza ascetyczny relacjonizm, komponuje swe opowieści w sposób wyrafinowany, budując struktury spotykane raczej w prozie (a nawet w dramacie). A poza tym – słownictwo, język, stylistyka! Czy można zawrzeć życiorys Słońca Karpat w specyficznej formule rumuńskiej baśni? Śmiało! Czy syntetyczny portret rumuńskiej rewolucji 1989 roku może przyjąć kształt mini – dramatu? Voila!

I można oczywiście napisać, że było nieprawdopodobnie gorąco i że miasto wyglądało na zaniedbane, ale można zrobić to i tak:

„Było gorąco do obłędu, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy. Miasto wysysało ślinę i pot, samo wyschnięte na wiór, z trawnikową prerią przeżółkłej trawy, zszarzałą ziemią, popękaną do suchości, z korytarzami spopielałego betonu (…). Ciągi nadszarpniętych budynków jak powybijane i ukruszone zęby w szczęce, z dentystyczną nicią kabli, które lśniły w słońcu, oplatając ulice jak pajęczyna lub wstążka. Budynki wyglądały, jakby właśnie zrzucały skórę, jakby całe miasto łuszczyło się i przepoczwarzało, i tylko gdzieniegdzie spod starej łuski wyzierało nowe i gładkie.”

Można napisać też, że za zmianę układu arterii w mieście, w czasach międzywojennych, odpowiadają architekci znad Sekwany, ale można też skonstruować taką oto perełkę stylistyczną:

„Przesuwaniem dysków w historycznym kręgosłupie miasta zajmowali się głównie architekci francuscy, to im Droga Zwycięstwa zawdzięcza lekko zwietrzałą paryską aurę.”

Czapki z głów!

Jest Rejmer, będąc reporterką, pisarką pełną gębą. Jej opowieść przyciąga, a miejscami zniewala. I, jak już wspomniano, przekonuje.

Na koniec przyznać muszę, że po lekturze książki Rejmer nie ciągnie mnie do Bukaresztu nic a nic; nie mam zamiaru tam jechać. Ale też nie ciągnie mnie do Etiopii czy Iranu. Dlaczego? Bo przeczytałem „Cesarza” i „Szachin –szacha” Ryszarda Kapuścińskiego; te opowieści zastąpiły mi podróż.
Zatem - per analogiam - niech ta moja niechęć do rumuńskiej wyprawy będzie komplementem dla pisarstwa Małgorzaty Rejmer.

-------
Pełna wersja laudacji wygłoszonej (w wersji skróconej) podczas wręczania Małgorzacie Rejmer nagrody Warszawskiej Premiery Literackiej – za grudzień 2013r. – za książkę „Bukareszt. Kurz i krew”.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 02-12-2013  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl