Szukaj

Południk 21 - trailer

Najlepsza powieść Henninga Mankella...

 
… nosi tytuł „Niespokojny człowiek” i jest ostatnią traktującą o przygodach komisarza Wallandera z Ystad. Ostatnią, gdyż na sympatycznego i nieco nieporadnego policjanta jego twórca wydał wyrok, od którego nie ma już odwrotu. Ponieważ jest to kryminał, nie mogę oczywiście zdradzić rozwiązania, ani nawet nie mogę zająknąć się co do losów głównego bohatera, ale proszę mi wierzyć – nie jest tu możliwe żadne odwołanie, żadna korekta, wolta, niespodziewana zmiana miejsc. Ależ nie, Wallander nie zginął, nie umarł. Przestępcy byli dlań wyrozumiali: niegdyś nóż minął o centymetr jego serce, potem mijały go kule, a ciosy, jakie przyjął, nigdy nie były śmiertelne.  Ale to nie zmienia biegu rzeczy; nie rozwiąże już żadnej nowej sprawy, nie wróci do rutyny śledztw, nie poprowadzi żadnego zebrania zatroskanych ystadzkich policjantów. Chyba, żeby…
No właśnie, chyba żeby kiedyś Mankell napisał jakiś prequel, cofnął się w czasie. Tak, jak choćby uczynił Marek Krajewski, który, uśmierciwszy Eberhardta Mocka w swej debiutanckiej książce, potem napisał o nim jeszcze kilka innych, dziejących się wcześniej, zanim Mock wyzionął wreszcie ducha.
O dwóch sprawach chcę zatem opowiedzieć. Po pierwsze wytłumaczyć się, dlaczego ostatnią książkę o Wallanderze uznaję za najlepszą z całego cyklu. A po drugie – rzec kilka słów o relacjach między autorami i ich głównymi bohaterami.
„Niespokojny człowiek” to połączenie, jeśli idzie o zagadkę, klasycznego kryminału z thrillerem i opowieścią szpiegowską. Trzymającą w napięciu zresztą; od tej strony nie można się zbytnio czepiać. Ale jej walor tym razem leży zupełnie gdzie indziej. Pod maską literatury popularnej Mankell napisał przejmującą powieść o wchodzeniu w starość. Bez czułostkowości, niegadatliwą, swoiście okrutną. Jej siłę stanowią obrazy nieodwołalnego własnego przemijania, którego doświadcza główny bohater. A ponieważ komisarz Wallander nie jest zbyt psychicznie skomplikowaną osobowością, jest to historia behawioralnej analizy, w której fizjologia i wszelkie zewnętrzne atrybuty zbliżającego się ku własnemu końcu człowieczeństwa robią prawdziwe wrażenie.
Tak smutnej książki dawno nie czytałem. Jest w niej bowiem klimat nieodwracalności, wyroki ostateczne wiszą nad Wallanderem – i kolegami z jego pokolenia – niczym w jakimś antycznym micie. Ale Wallander nie jest antycznym herosem, potrafiącym przyjąć ową nieodwracalność bez skargi. A jednocześnie skargi tej nie potrafi wypowiedzieć eksplicytnie: tkwi ona w jego gestach, ruchach, codziennych czynnościach, zaniechaniach, porzuceniach, abnegacjach.
Literatura tyle razy zajmowała się przełomami w życiu człowieka (osobliwie jednak: mężczyzny). Wyjściem z dzieciństwa, rozrachunkiem z młodością (zagubiony w lesie Dante, szukający sensu i zabrany na wyprawę w zaświaty), przejściem przez smugę cienia, nazywaną obecnie „kryzysem wieku średniego”. Pamiętam, zupełnie zresztą przyzwoitą, powieść Williama Whartona pod tytułem „Spóźnieni kochankowie” – o miłości późnej, odwracającej w pewien sposób porządek natury; pamiętam oczywiście „Lottę w Weimarze” Tomasza Manna, „Oksanę” Włodzimierza Odojewskiego itd.  
Smutek „Niespokojnego człowieka” jest jednak dojmujący. Czytając, nie mogłem przestać myśleć o własnej starości. Mam czterdzieści siedem lat, ile jeszcze do niej? Czy jej początek zaznaczy niemożność porąbania własnoręcznie kilku metrów sześciennych drewna, więc słabość fizyczna; czy kłopoty z pamięcią, gdy, nagle zagubiony, dajmy na to w galerii handlowej, nie będę wiedział, właściwie czemu się znalazłem w tym akurat miejscu? Czy jakieś – tfu, tfu, tfu – znaczące niedomaganie zdrowotne? Czy starość wiąże się tak mocno z tęsknotą i nostalgią, jak to jasno i klarownie opisał Mankell?
I kwestia druga: przyzwyczajenie autorów do swych bohaterów. Jeśli napisało się kilka książek o tym samym człowieku, to trudno go ostatecznie porzucić. Nawet jeśli jest on, proszę wybaczyć to pop – kulturowe i spaghetti – westernowe skojarzenie, odrażający, brudny, zły. Tym bardziej gest Mankella godny jest podziwu. Oto pisarz powiada – już nigdy nie spotkacie się z Wallanderem, jego historia dobiegła końca. To piękne zwieńczenie.
Bardzo chciałbym, żeby Mankell „nie wymiękł” i nie wrócił już do Wallandera. Bo los człowieczy musi mieć swój koniec. Także los literackiego bohatera. Każde lustro w końcu traci połysk, matowieje, ulega rozbiciu. A jego kawałków nie sposób pozbierać.
Takie sowie zagadki, myśli, zapisuję tu na Nowy Rok.  
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 31-12-2010  |   komentarze: (3)

O ucieczce

 
Tuż przed samymi Świętami w kąciku poetyckim „Gazety Wyborczej” iluminacyjny wiersz Janusza Radwańskiego „Mt 2, 13 – 14” z przygotowywanego przezeń tomiku pod tytułem „Księga wyjścia awaryjnego”:
 
tę ucieczkę będzie powtarzał jeszcze wiele razy,
zmieniając tylko szczegóły, czasem śnić mu się będzie
rżenie koni i zgrzyt metalu, czasem szum silników
i gwizd powietrza w lotkach, najważniejsze będzie jednak
zawsze takie samo – niejasny cel przed sobą, konkretny
koszmar za sobą, brak wody do wyprania pieluch i nocne zimno.
jeszcze o tym o tym nie wie, ale właśnie ustanawia najważniejszy sakrament –
kołysanie dziecka tak, by nie wiedziało, że ucieka.
 
Tytuł wiersza odwołuje nas oczywiście do Ewangelii wg św. Mateusza, rozdział drugi, wersety trzynasty – czternasty. A tam czytamy (w wersji mojej protestanckiej Biblii):
„13. A gdy oni odeszli, oto anioł Pański ukazał się we śnie Józefowi i rzekł: Wstań, weź dziecię oraz matkę jego i uchodź do Egiptu, a bądź tam, dopóki ci nie powiem, albowiem Herod będzie poszukiwał dziecięcia, aby je zgładzić.
14. Wstał więc i wziął dziecię oraz matkę jego w nocy, i udał się do Egiptu.”
 
Radwański uniwersalizuje świadomie kontekst ewangeliczny: jego liryczny ojciec słyszy zarówno dźwięki towarzyszące tradycyjnej podróży (konie, brzęczenie metalu), jak i dźwięki charakterystyczne dla rozruchu odrzutowych silników transatlantyckich aeroplanów. Zatem: to, co dawne, znów dzieje się – powtarza się dziś; znów i znów.
I to, co stało się niegdyś udziałem Świętej Rodziny, staje się również naszym udziałem, choć przecież żadnej rzeczywistej ucieczki nie musimy przedsiębrać (a jeśli już do Egiptu, to co najwyżej na wczasy do Hurghady czy Sharm El – Sheik).
Ale tu nagle wypada sięgnąć po lekturę pism Artura Schopenhauera czy – głębiej – Sorena Kierkegaarda. To wszak oni nauczali, że życie człowiecze jest ucieczką: od troski, bólu, cierpienia i – wreszcie: uwikłania (kwestię uwikłania rozwinęli już później postmoderniści, rozważając problematykę zaangażowania i odpowiedzialności jako kwestii uwikłania o charakterze obciążenia jednostkowej osobowości, która dąży wszak – według nich - ku wolności własnej).
Radwański pisze swój wiersz, tak go czytam, w obronie odpowiedzialności i zaangażowania. Ale przecież nie politycznego przecież, tylko empatycznego.
Jeśli życie to rodzaj ucieczki (od, jak powiedziano: troski, cierpienia), to, według poety, zostały jeszcze obowiązki. A te dotyczą dzieci: one jak najpóźniej powinny zostać wprowadzone w świat tych wszystkich naszych uwikłań. Trzeba je zatem kołysać dopóki można, powiem więcej – trzeba kłamać, dopóty da się, by dziecko nie wiedziało jak to wszystko wygląda.
A w tej pracy jesteśmy samotni, nam żaden anioł już nie podpowie co mamy czynić.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-12-2010  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl