Wiersze najgorsze - projekt zarzucony

Jerzy Sosnowski na internetowej stronie domowej zamieszcza od pewnego czasu, aczkolwiek nader niesystematycznie, swoje ulubione wiersze, wszechstronnie je omawiając i interpretując. Utworów tych ma być w zamyśle 99, na razie autor “Linii nocnej” doszedł do dwudziestego któregoś odcinka.

Przyznam, że bardzo lubię czytać te partie blogu JS, ale chyba największą frajdę znajduję w konfrontacji moich oczekiwań i wyobrażeń z konkretnymi wyborami pisarza. Bo choć znamy się z JS całe lata i o niejednej książce przegadaliśmy, zdarzało się, nawet godziny, to jednak wciąż bywam zaskakiwany. Kochanowski i Celan; Gąsiorowski i Maeterlinck; Podsiadło i Miciński, Barańczak i Villon – a to przecież niecała lista tych poetów, którzy już się pojawili.

Ponieważ jednak czasem litewska krew moich przodków przedostaje się niepostrzeżenie ze sfery id do sfery ego i targa namiętnościami, co najczęściej owocuje - na szczęście! - najwyżej zjadliwą przekorą, pomyślałem sobie pewnego dnia, że – w ramach poszukiwania i budowania symetrii w naszym skołowanym świecie – mógłbym wystąpić w roli adwokata diabła i zaproponować konkurencyjną (ale też dopełniającą) wobec listy JS, listę 99 najgorszych wierszy, jakie pamiętam.

Bo też jedne z najlepszych chwil, jakie spędziłem nad lekturą, to te poświęcone “Książkom najgorszym” Stanisława Barańczaka, zapomnianej niestety perle polskiej współczesnej krytyki literackiej. Gdyby tak więc pójść śladem genialnej ironii i bezkompromisowego szyderstwa, z których słynął niegdyś autor “Korekty twarzy”?

No tak, ale Barańczak miał zadanie poniekąd ułatwione: w PRL-u wydawano sporo grafomanii, często pod szyldem “literatury wysokoartystycznej” i z błogosławieństwem tego czy innego w miarę znanego krytyka. A już tzw. “powieść milicyjna”, nieudolnie naśladująca prawdziwe kryminały, aż prosiła się o wyśmianie, którą to prośbę Barańczak spełnił, skądinąd z naddatkiem.

Diabeł natychmiast podpowiada: “A co to, mało grafomanii w naszych nowych wspaniałych czasach? W samym internecie znajdzie się materiału nie na 99 najgorszych wierszy, ale na dobry tysiąc. Nic, tylko brać, wybierać i opisywać. A tomiki wydawane własnym sumptem (ostatnio także – coraz częściej – właśnie w Sieci) przez autorów? A almanachy, antologie, arkusze poetyckie publikowane przez rozmaite, rozsiane po kraju stowarzyszenia oraz lokalne domy kultury? Tam to dopiero używanie dla szukającego żeru krytyka! A i z poezji z krajowego mainstramu dałoby się wykroić niezłą reprezentację tekstów. Hej! Dzisiaj przecież “śpiewać każdy może”...itd.”

A jednak rezygnuję i projekt “99 wierszy najgorszych” porzucam. Być Zoilem w sytuacji niekontrolowanej (niemalże) ekspresji jest w końcu łatwizną. Poza tym – na to, by być krytykiem walczącym, trzeba niezłego zdrowia i odporności. A mnie z wiekiem coraz bliżej do Arystarcha, innego ze znanych krytyków antycznych, którego praktyka pisarska związana była raczej z opiekuńczym, wyrozumiałym i rozumiejącym podejściem do czytanych utworów. Co więcej – właściwie w ogóle praca krytycznoliteracka przestała mnie ekscytować (i to już jakiś czas temu).

Myślę więc sobie, że JS wykonuje dobrą robotę. Chłamu wokół i tak jest wystarczająco wiele. Pokazywanie rzeczy pięknych, dawnych i całkiem współczesnych, oto szlachetna misja.

Miłosz powiada: “podobno piękno to jest bardzo mało”. Ale też pamiętajmy, że mówi to z głęboką ironią.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 02-12-2008  |   komentarze: (3)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl