Szukaj

Południk 21 - trailer

Lektury zabronione, lektury niezbędne

 

I.

Leszek Onak z portalu Niedoczytania.pl, gdzie miałem już okazję bywać, zwrócił się do mnie (jak też i do innych osób) z przekorną inicjatywą, bym wymienił 5 książek, które nie powinny znaleźć się w kanonie lektur szkolnych, którego to najnowsze wcielenie właśnie konstruuje, wypowiedziami wybranych respondentów, gazeta “Dziennik”. Jest to zabawny pomysł, bo intencją redaktorów portalu nie jest stworzenie kanonicznego zestawu gniotów, tylko właśnie tekstów wartościowych, wszelako jakoś do szkół niepasujących.


Oto więc mój antykanon, skomentowany, rzecz jasna, ironicznie. Głównym kryterium jest tu to, że wszystkie te książki skomplikują tylko i uprzykrzą życie młodych czytelników w razie ewentualnej lektury.


1.Mikołaj Sęp – Szarzyński, Rytmy, abo wiersze polskie -

bo czytelnik skonfrontuje się tu z heroizmem istnienia ludzkiego i heroizmem wiary, a jak powszechnie wiadomo, przynajmniej w światłych społeczeństwach Zachodu, żadnego Boga nie ma, a życie jest po to, by je przeżyć w miarę przyjemnie i bezproblemowo.


2.Witold Gombrowicz, Kosmos -

bo jest to jakaś popaprana książka o szyfrach i metaforycznym kształcie świata, o umiejętności lub raczej braku umiejętności odróżniania znaków istotnych od nieistotnych, o licznych ciemnych stronach ludzkiej natury oraz problemie usensawiania egzystencji przez jednostkę ludzką. Jak wiadomo, tego typu bzdurami zajmują się już tylko odszczepieńcy od normy oraz uczeni filolodzy, którzy zwyczajnie z Gombrowicza żyją.


3. Juliusz Kaden – Bandrowski, Generał Barcz -

bo polityka jest tu pokazana jako przestrzeń starcia idei, a nie – jak to jest przecież naprawdę – przestrzeń wzajemnych pyskówek i pijarowskich zabiegów. Politycy u Kadena to ludzie z nieistniejącej bajki: mają np. jakieś, zupełnie śmieszne, dylematy moralne. A już koncepcja modernizacji kraju przez mozolną codzienną pracę wydaje się całkowicie komediowa.


4. Jarosław Iwaszkiewicz, Opowiadania -

nuda i ględzenie o przemijaniu, cierpieniu, psychologicznych uwikłaniach człowieka. Poza tym staroświecki, dystyngowany styl. Dobre co najwyżej, by czytać w razie kłopotów ze snem.


5.Ryszard Schubert, Panna Lilianka -

dziwaczna opowieść o sobie jakiejś babeczki z Poznania, mówiącej zresztą mocno niezrozumiałą gwarą miejską. Wygląda na powieść feministyczną, napisaną lata wcześniej, zanim perspektywa feministyczna zagościła na dobre we współczesnej prozie polskiej. Ale czy facet mógłby napisać dobrą powieść feministyczną?


II.

Dla odmiany: teraz trochę poważniej (choć nie do końca). Wszystkie społeczne konsultacje w sprawie kanonu lektur szkolnych są po trosze zabawą oraz mają charakter swobodnego plebiscytu. Rzecz jasna każdy Polak, a już zwłaszcza Polak wykształcony, ma wrażenie, że zna się na tyle na literaturze, a także na systemach i metodyce nauczania, iż może wypowiadać się w tej materii jednoznacznie, a niekiedy nawet autorytatywnie. Polacy, jako zbiorowość, w ogóle znają się na wielu rzeczach – medycynie na przykład czy piłce nożnej. Tak naprawdę ankiety w sprawie lektur mają taką samą wartość, jak nie przymierzając dajmy na to narodowe konsultacje w sprawie upowszechnienia homeopatycznych metod leczenia w obrębie służbie zdrowia czy wyborów nowego selekcjonera kadry piłkarskiej.


Rzecz w tym, że kanon lektur nie jest istotą nauczania literatury, nie jest celem literackiego kształcenia. Jest dokładnie przeciwnie: zestaw lektur jest narzędziem, które ma służyć nauczaniu w konkretnych celach. I z tym właśnie system edukacji humanistycznej w Polsce ma największy kłopot. Nie bardzo bowiem wiadomo ku czemu ma edukacja humanistyczna prowadzić. Kiedy takie cele zostałyby wyznaczone – można by wtenczas skonstruować odpowiedni kanon lektur.

Reguł tej mechaniki, zdaje się, nie bardzo pojmują kolejne ekipy urzędników obsadzających decydenckie stanowiska w Ministerstwie Edukacji Narodowej. I stąd właśnie ciągłe “grzebanie” i miotanie się w lekturach, przestawianie, wyrzucanie i włączanie rozmaitych pozycji – co sprawia w sumie wrażenie dość chaotycznych ruchów.

Powaga sprawy wykracza daleko poza objętość jednego internetowego felietonu, na dodatek przedświątecznego. Dziś tylko sygnalizuję kwestię i obiecuję do niej wrócić.


Wszystkim bywalcom niniejszej strony pragnę złożyć życzenia Dobrych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Interesujących książek pod choinką oraz czasu, by je przeczytać.


Następny wpis na stronie pojawi się już w nowym roku, zapewne w okolicach 5 – 6 stycznia

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-12-2008  |   komentarze: (7)

Igraszki z przyszłością

Once upon a time; dawno, dawno temuczyli w połowie lat 80. dwudziestego wieku szliśmy sobie we trzech ulicą Puławską w Warszawie. Ja i dwóch moich przyjaciół z niegdysiejszej humanistycznej klasy XLII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej. Dawne przyjaźnie podobno są najbardziej żywotne. Kto to powiedział: “ufaj tylko starym przyjaciołom, pal tylko starym drewnem, czytaj tylko stare książki”? Benjamin Franklin? A może Francis Bacon? Ktokolwiek to był, mam nadzieję, że miał rację. Lata płyną, a nasze więzi, zadzieżgnięte podczas męki na lekcjach biologii, geografii czy języka rosyjskiego (ach te czytanki o Leninie i Rewolucji Październikowej!) wciąż wydają się żywe. Nie widujemy się często – każdy z nas ma swoje zobowiązania, życiowe obciążenia i własne kłopoty – ale prawdziwa przyjaźń jest jak wieczny ognik: tli się w ukryciu, ale wystarczy powiew, by rozgorzała - gdy trzeba (mam nadzieję).

Ale wtedy, w połowie mrocznych (właśnie skończył się stan wojenny) i nudnych (nie było widać żadnych ciekawych perspektyw) lat 80. spotkaliśmy się niezobowiązująco, by pogadać – ot tak – o nas, o rzeczywistości, o świecie. W ZSRR, zwanym wtenczas Związkiem Radzieckim, do władzy doszło właśnie nowe pokolenie aparatczyków. Generalnym Sekretarzem KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego) został młody (przynajmniej jak na sowieckie warunki) Michaił Gorbaczow. Bardzo chciałem wiedzieć, co o tym myślą moi uczeni kumple. Studiowali wszak politologię, socjologię, filozofię – byli bliżej prawdziwego świata niż ja, skromny adept filologii polskiej, zanurzony wówczas w lekturze dawnych literackich tekstów.

Pytałem, ale oni skłonni byli raczej milczeć. Wreszcie Piotrek sformułował diagnozę: “Przed nami ze dwadzieścia pięć lat zamordyzmu. Gorbaczow jest młody, już on nam pokaże.” Sławek na takie dictum pokiwał głową, a ja przełknąłem tylko ślinę.

Nasze obawy okazały się płonne. Mylili się moi przyjaciele, myliłem się i ja przyznając rację ich pesymistycznym rozpoznaniom. Nikt nie jest prorokiem swojej epoki, chciałoby się rzec. Zwłaszcza, gdy ma się po dwadzieścia kilka lat, jest się przekonanym o własnej nieśmiertelności i posiada się to młodzieńcze poczucie siły, które pozwala na dezynwolturę i nieliczenie się z realiami. Ale co tam my! W końcu myliło się wtedy wielu uczonych sowietologów, ze słynnym Zbigniewem Brzezińskim na czele.

Jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie wybrałem się z kumplem Grzesiem (też chodziliśmy do tej samej licealnej klasy, a potem studiowaliśmy polonistykę) na poetyckie spotkanie w anińskim czy może raczej wawerskim domu kultury. Gwiazdą wieczoru nie był wszakże żaden artysta, tylko słynny podówczas krytyk literacki i autor licznych parapodręczników – Piotr Kuncewicz. Była to twarz znana z mediów; jego literackie felietony drukowała na okrągło prasa, maturzyści przygotowywali się z jego książek, bo stanowiły przystępne połączenie bryku z ogólnohistorycznymi omówieniami – jednym słowem: autorytet. Otaczał go wianuszek wielbicieli, a wśród nich wyróżniał się pewien niepełnosprawny mężczyzna poruszający się o kulach, któremu najwyraźniej wielką przyjemność sprawiał fakt, że jest ze słynnym krytykiem po imieniu.

Pytany o przyszłość polskiej poezji, Kuncewicz odpowiedział, zastrzegając się oczywiście, że jego zdaniem czeka nas erupcja liryki surrealistycznej, wierszy zapisujących grę wolnej wyobraźni, uwolnionej od kontekstów filozoficznych a zwłaszcza egzystencjalnych. Miałaby to być poezja wypreparowana z realiów, swingująca sobie w metaforyce i języku.

W Krakowie właśnie mniej więcej wtedy powstawał “bruLion”, a Marcin Świetlicki szlifował pewnie jedne z tych pierwszych swoich wierszy, które potem zdecydował się opublikować w poważnej, a nie młodzieżowej już, prasie...

Oj mylił się Kuncewicz, mylił, ale i nie mylił do końca – że wspomogę się frazą podpatrzoną u Jerzego Pilcha. Bo gdzieś tam już dojrzewała poetycka wizja Andrzeja Sosnowskiego, a i jego przyszli akolici i naśladowcy też.

Jak wspomniałem, za tak zwanej późnej komuny był Kuncewicz krytykiem i eseistą akceptowanym oraz koncesjonowanym przez władze. Na jego korzyść wypada zapisać, że w swych artykułach i książkach przyjmował strategię interpretatora życzliwego pisarzom. Umiał napisać dwa, trzy miłe i pozytywne zdania nawet o takich poetach, o których pies z kulawą nogą nie słyszał.

Jakiś czas przed śmiercią Piotra Kuncewicza, która miała miejsce nie tak znów dawno, dowiedziałem się, że był masonem, a nawet jakąś ważną szychą w tej organizacji (stowarzyszeniu? ruchu?). Jako mason wystąpił nawet w telewizji, już w demokratycznych czasach. Wyglądał źle, a to, co mówił o świecie, życiu itp. ocierało się, niestety, o banał. To było przykre doświadczenie. Oglądając podówczas telewizję, pomyślałem sobie, że świadomość konieczności wycofania się z życia publicznego we właściwym czasie bywa formą łaski.

Przypadek Piotra Kuncewicza – krytyka (o którym myślę teraz z umiarkowaną sympatią, a może raczej wyrozumiałością) jest jednak kształcący o tyle, że zadaje kłam popularnemu w niektórych kręgach poglądowi, jakoby masoni rządzili światem.

Gdyby tak rzeczywiście było – poezja polska dziś wyglądałaby dokładnie tak, jak jej rozwój w połowie lat 80. projektował Piotr Kuncewicz. 

  

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 12-12-2008  |   komentarze: (9)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl