Szukaj

Południk 21 - trailer

Varga ma rację!

 

Spór o film „Ida” Pawła Pawlikowskiego zatacza coraz szersze kręgi. Helena Datner oraz Agnieszka Graff w swoim artykule „My, komisarki od kultury” („Gazeta Wyborcza” z 13 listopada) postanowiły poinstruować Krzysztofa Vargę, po lekturze jego felietonu („Gazeta Wyborcza” z 8 listopada), na czym polega prawdziwie nowoczesna interpretacja współczesnego tekstu kultury.

Varga w swym felietonie irytował się – i moim zdaniem słusznie – na spojrzenie na ów film w kategoriach polityczno – społecznych przez obie krytyczki, które to spojrzenie redukuje inne, ważniejsze, zdaniem autora, znaczenia i konteksty tego obrazu. Przy okazji Varga poruszył sprawę znacznie istotniejszą – odniósł się bowiem do ogólnego modelu komentowania dzieł sztuki w kategoriach polityki, który to model zaczyna, niestety, dominować w dyskursie krytycznym zarówno po „lewej”, jak i po „prawej” stronie.

Piszą krytyczki: „Varga broni „piękna” filmu Pawlikowskiego przed „ideologicznym naddatkiem”, ale chodzi mu o rzecz ogólniejszą: broni estetyki przed polityką, czyli sztuki przed uwikłaniem w kontekst. Otóż jest to sposób myślenia, który w światowej refleksji nad kulturą wyczerpał się gdzieś w latach 60., choć warto zauważyć, że w Polsce przetrwał nieco dłużej, jako reakcja alergiczna na odgórnie dekretowany marksizm Współczesna teoria kultury nie zna jednak czegoś takiego jak „apolityczność sztuki”. Każde użycie języka, wybór formy, gatunku, medium są uwikłane w historię, ideologię, złożone relacje władzy. Zadaniem krytyka jest te uwikłania zrozumieć i opisać.”

Dalej odsyłają Vargę, z wysokości swego akademickiego wykształcenia, do rozmaitych lektur, sugerując, że jest on zapóźniony, a jego znajomość przedmiotu daleko niepełna. Rzecz w tym, że, o ile się nie mylę, nie ma czegoś takiego jak Regulamin Nauk Humanistycznych, który precyzuje jakie metody badań i interpretacji dzieł sztuki są obowiązujące – na przykład w danym sezonie. To, że Datner i Graff posługują się narzędziami ze szkół poststrukturalnych i dekonstrukcyjnych, bo akurat te są im bliskie, nie oznacza od razu, że są to szkoły jedyne. Natomiast rzeczywiście – są to szkoły nowoczesne i – dodajmy to koniecznie – modne. Jednak to, co nowoczesne i modne nie musi automatycznie nabierać znaku jakości – w nauce pojęcia postępu i rozwoju nie są tożsame.

A skoro nie ma Regulaminu Nauk Humanistycznych, gdzie stwierdza się, że dziś poststrukturalizm i dekonstrukcjonizm są dominującymi metodami rozpoznawania sztuki, to można by Dartner i Graff przedstawić natychmiast odmienną listę lektur i zasugerować uwzględnienie innych szkół interpretacji (czego z szacunku dla tutejszych czytelników nie czynię); obie akademiczki nie są wszak ani filolożkami, ani znawczyniami filmu. Przyjmowanie przez nie stanowiska eksperckiego jest zatem niczym nie uzasadnioną uzurpacją i należy to przypisać do jakże częstego w obecnych czasach zjawiska „transferu autorytetu” (tj. wykorzystywania swej akademickiej pozycji i tytułu do wypowiadania się na tematy spoza terenu wykształcenia czy profesjonalnych umiejętności i wiedzy).

Dla Vargi, jak rozumiem jego wywód, „Ida” to film o przeanielaniu się człowieka, film o walorach egzystencjalnych (także emocjonalnych czy moralnych), o dramacie odnajdywania przez jednostkę ludzką swej tożsamości. Dla Datner i Graff – obraz z kliszami antysemickimi, stereotypowy, wyciszający debatę Polaków o ich powikłanych relacjach z Żydami (i jak piszą autorki: „żydokomuną”). Chodzi o to – wedle krytyczek: „żeby niczego w dotychczasowych wyobrażeniach o Żydach i Polakach nie zmieniać. Dekadę temu publikacja „Sąsiadów” Grossa spowodowała zbiorowy wstrząs; rozpoczęła się mozolna i trudna praca nad zbiorową pamięcią. Zachwyty nad „Idą” mówią nam, że Polacy mają tego procesu dość”.

Gdzie Rzym, a gdzie Krym chciałoby się wykrzyknąć. Tezy badaczek to czysta instrumentalizacja omawianego dzieła – właśnie w duchu upolitycznionej interpretacji, zupełnie nieuwzględniająca kontekstów estetycznych czy filozoficznych tego filmu. Bowiem dla nich wszystko, co niepolityczne w sztuce to pustka - dlatego podpisuję się pod tezami Vargi, że to postawa doktrynerska.

Powiada dalej Varga w swym felietonie, że polityzacja interpretacji jest charakterystyczną cechą naszej rzeczywistości. I tu zgoda. Nie czyta się już i nie ogląda dzieł sztuki dla ich wartości wyższych, tylko zadaje się pytania czy twórca jest „nasz” czy „wasz”. Podpina się czy też daje się podpiąć pod idee wyznawane przez ideologiczne plemiona. W tym duchu „Ida”, według Datner i Graff nie jest obrazoburcza oraz transgresyjna (znaczy – nie bodźcuje Polaków w duchu tekstów Jana Tomasza Grossa) – to znaczy nie jest „nasza”.

Ale po „prawej” stronie „Ida” też dostaje po dupie. Między innymi o tym filmie pisze Andrzej Horubała, zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”, że to obraz finansowany przez Izrael i stanowiący przykład propagandy filosemickiej (sic!). Przykładem natomiast polityzacji interpretacji po tej właśnie „prawej stronie” są artykuły głaszczące prozę Bronisława Wildsteina, o której Dariusz Nowacki, recenzent „Gazety Wyborczej”, jakże słusznie wypowiedział się, że jest to zbrodnia dokonana na Słowniku Poprawnej Polszczyzny. Znaczy – powtórzmy – jakość artystyczna nie liczy się zanadto; ważne natomiast czy twórca wypowiada się swymi dziełami w duchu wspólnoty identyfikującej się z konkretnymi poglądami politycznymi. Podobnie rzecz się zresztą ma z tak zwaną „poezją smoleńską” (np. wiersze Wojciecha Wencla, Romana Misiewicza, Przemysława Dakowicza czy – oczywiście – Jarosława Marka Rymkiewicza).

Krzysztof Varga mówi w swoim felietonie „stop!” takiej procedurze. Pamięta bowiem, ponieważ doświadczył życia w PRL-u, że to właśnie marksizm "stosowany" dekretował co jest słuszne, a co niesłuszne (także w badaniach nad tekstami kultury). I upolityczniał dyskurs kulturalny. Dzisiaj rozmaici komisarze ludowi od kultury stoją zarówno po lewej jak i po prawej stronie; komisarstwo przestało być bowiem cechą szczególną tylko jednej opcji politycznej. Rozmowa o dziele na poziomie jego „polityczności” czy też uczestnictwa w doraźnym społecznym sporze (jeśli tylko nie jest ono z definicji zaprogramowane jako „tekst” publicystyczny) stanowi jakże często dramatyczny akt agresji wobec jego przesłania.

A „Ida” to obraz arcydzielny właśnie dlatego, że skupia się na człowieku i jego dramatach. Uniwersalność dzieła sztuki polega na tym, że – abstrahując od konkretów – opowiada historię, w której każdy z nas potrafi się odnaleźć, że jest współczesnym wcieleniem mitu.

I jeszcze jedna kwestia – powiada Graff w swoim artykule (tym, do którego krytycznie odnosi się Varga), że polityka w „Idzie” jest „wypłukana , czy jak kto woli, zasłonięta przez estetykę: przez urodę czarno – białej fotografii, urodę krajobrazu, urodę naszych wyobrażeń o powojennej Polsce i … urodę kobiet.”
Otóż estetyka jest istotą dzieła sztuki, nie jej kamuflażem; a już posługiwanie się argumentem „urody kobiet” stoi w całkowitej sprzeczności z dogmatami „krytyki feministycznej”, której Agnieszka Graff zdaje się hołdować.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-11-2013  |   komentarze: (8)

Zestaw do śmierci

 

Pamiętam, pamiętam - była taka książka Susan Sontag, a jakże, ale dziś akurat nie o tym. Tylko znów o Marai’u, którego „Dziennik” czytam. A właściwie o pewnej obsesji.

Autor „Żaru” jakoś tak zaraz po skończonej czterdziestce coraz częściej wędrował ku wątkom funeralnym, oczywiście ze sobą samym w roli głównej. Po pięćdziesiątce jeszcze podkręcił narrację w tym obszarze i już na takim poziomie pozostał aż po koniec książki prowadzonej niemal do ostatniego dnia (popełnił samobójstwo w wieku lat osiemdziesięciu dziewięciu).

Trzydzieści kilka lat temu poznałem pewną rodzinę, w której jedna z babć, właśnie wówczas przekroczywszy sześćdziesiątkę, zaczęła wybierać się do grobu. Obecnie ma dziewięćdziesiąt cztery lata i rzeczywiście jest już schorowana i słabowita, ale trzyma się dzielnie…

Opowiadano mi niedawno o pewnym pogrzebie, podczas którego – zgodnie z testamentem szacownego nieboszczyka – najpierw odtworzono żałobnikom jego nagraną przemowę (pełną anegdot i wyrafinowanego poczucia humoru), a później nad cmentarzem, zamiast rzewnej trąbki czy też innego klawesynu, rozbrzmiały dźwięki „Ace of Spades” zespołu Motorhead.

Jak to pisała Klasyczka? O śmierci bez przesady? Zwłaszcza za życia…
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 06-11-2013  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl