Szukaj

Południk 21 - trailer

Nobel 2040 dla Polski

 
W „Gazecie Wyborczej” kolejna urokliwa ankieta: kto będzie rządził polską literaturą za trzydzieści lat i kto z grona – w miarę dziś jeszcze młodych pisarzy – zapowiada się na literackiego Noblistę za te trzy dekady?
To kolejna odsłona giełdy pod tytułem „nadzieje polskiej literatury”. Takie akcje czy teksty prasowe pojawiają się od czasu do czasu w mediach i są naturalnym elementem spekulacji, a także swoistej gry.
Na razie jesteśmy prawie w połowie zabawy i pojawiły się pierwsze nazwiska pisarzy dziś przed czterdziestką. Niektórzy, jak Mariusz Sieniewicz, robią wręcz za etatowe „nadzieje” polskiej literatary. Co oczywiście nie jest ich zasługą czy felerem, tak to widzą krytycy literaccy, których nazwiska, nota bene, możemy zauważyć na marginesie drukowanych przez „GW” wywiadów z samymi nominowanymi twórcami.
Ja wiem, że to zabawa i chciałbym również wiedzieć, że jako zabawę postrzegają to sami zainteresowani (choć np. rozmowa z Kuczokiem zaświadcza, że artysta dość poważnie traktuje te medialne rozpoznania, nie mówiąc już o wysoce serioznej postawie Julii Fiedorczuk).
Apelowałbym o szczyptę dystansu. Jakieś poważne refleksje na temat Nobla, gdy jest się pisarzem przed czterdziestką, cóż z tego, że nawet tłumaczonym na rozmaite języki obce, to dość irytujący przykład rozrostu własnego ego.
Nobla, jak historia ostatnich lat pokazuje, dostaje się teraz za dorobek i – zazwyczaj – arcydzielne książki sprzed lat. Trzeba wpierw coś wielkiego napisać, a potem dożyć sędziwego wieku. To dwa podstawowe, z licznych, jak się wydaje, warunków.
Nie podoba mi się to pytanie: „kto będzie rządził literaturą polską za 30 z górą lat” – rozumiem, że głównie z powodów PR –owskich pojawiające się w sygnaturze plebiscytu. Cóż to mania feudalizmu! Literaturą – czy w ogóle sztuką – nikt już nie rządzi (a czy w ogóle kiedykolwiek rządził?), bo czas feudalnych władców (jeśli w ogóle taki był) – w postaci Manna czy Camusa dawno minął. Teraz możemy co najwyżej mówić o artystach modnych, jak np. prześladowany przez chińskie władze prominentny aranżator instalacji czy arogancko – abnegacki francuski pisarz, sławiący złym stylem (tak, tak!) ponowoczesny rozkład i uwiąd cywilizacji i globalnej – a de facto – europejskiej kultury.
W tej chwili szanse na „polskiego” Nobla mają Różewicz i Zagajewski, a po nich długo, długo, długo, długo nikt. W dalekim rozdaniu: zapewne Olga Tokarczuk czy Andrzej Stasiuk, choć dziś wydawać się to może mirażem.
Bo młoda literatura polska dziś, moim zdaniem, nie ma zbyt wiele do zaoferowania literaturze światowej. Tak to wygląda, sorry.
Diagnozy polskich krytyków bywają irytująco idiosynkratyczne. W 1924 roku szwedzcy akademicy uznali Stefana Żeromskiego za złego stylistę i nagrodę przyznali Reymontowi. A u nas Żeromski – po tylu latach – wciąż straszy dzieci oraz młodzież swoimi książkami, obecnymi w szkolnych kanonach lektur.
W plebiscycie „GW” do tej pory dominują prozaicy. Osobiście, jeśli mógłbym typować kogoś z naszych artystów, wskazałbym raczej na poetę. A jeśli już miałby to być prozaik: to optowałbym właśnie za Stasiukiem lub Tokarczuk. Pytanie tylko czy będą wystarczająco długo żyli, by tych największych literackich laurów się doczekać. Czego im zresztą, z całą serdecznością, życzę. 
  
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-11-2011  |   komentarze: (2)

Mackiewicz dla Wencla

Tegoroczną nagrodę literacką im. Mackiewicza otrzymał Wojciech Wencel za tom poezji „De profundis”. Ponieważ znamy się z laureatem osobiście – to najpierw serdeczne gratulacje!
Rzecz ma jednak wymiar także większy, obiektywny. Dobrze jest, kiedy nagrody dostają pisarze z talentem i tworzący literaturę piękną, a nie publicyści sklejający dziełka literaturo podobne (mam na myśli oczywiście Bronisława Wildsteina i jego laury, o czym już pisałem na tym blogu).
Przy okazji zerknąłem sobie na internetową stronę osobistą nagrodzonego poety (wojciechwencel.blogspot.com), dawno tego nie czyniłem, a tam dwie rozmowy laureata z prasą. Polecam, bo Wojciech Wencel określa jasno własną pozycję społeczną, własne cele pisarstwa, wybory ideowe itd.
Na marginesie tych wywiadów WW kilka uwag. Wydawało mi się, że ostatnim (mimowolnym, by tak rzec!) polskim poetą narodowym będzie Marcin Świetlicki. Po nim już tylko rozproszenie, jazgot poetyckich głosów, nazwiska identyfikowane lokalnie i w rozmaitych grupach czytelniczych.
Wojciech Wencel sam deklaruje się jako poeta narodowy (proszę przeczytać jego credo zawarte w wyżej wspomnianych wywiadach, nie mówiąc już o wcześniejszym credo wypowiedzianym w zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze”), jest zresztą tak postrzegany przez jurorów nagrody im. Mackiewicza (patrz laudacja Rafała Ziemkiewicza) oraz, jak rozumiem, część, sympatyzujących z pisarzem, odbiorców poezji.
Rzecz w tym, że Wencel  jest  raczej kieszonkowym poetą narodowym. Odżegnuje się od niego nawet część – mówiąc punkrockowym skrótem – komentatorów (patrz refleksje Andrzeja Horubały na łamach „RZ”) prawicowych, krytyków czy komentatorów kultury (akurat ja Horubale nie bardzo wierzę i nie bardzo ufam jego rozpoznaniom – tu po prostu rejestruję fakt). Sam Wencel powiada, że nie interesują go czytelnicy „Gazety Wyborczej”, są mu obojętne opinie czytelników niepodzielających jego ideowych wyborów, a ludzie, którzy nie przeżywają traumy smoleńskiej nie powinni w ogóle sięgać po jego teksty artystyczne.
Wencel sankcjonuje w ten sposób tezę Jarosława Marka Rymkiewicza o narodzie, który po 10.04. podzielił się nieodwołalnie i nie ma takiej siły, by go skleić… W ten sposób, de facto, Wencel – z premedytacją, jak rozumiem – deklaruje się poetą narodowym tylko jednej części narodu. To oczywiście jego prawo i jego wybór. W żaden sposób nie czuję się uprawnionym, by to stanowisko komentować.
Ale prognozuję na przyszłość: Wojciech Wencel będzie święcił tryumfy na spotkaniach sponsorowanych, wspieranych, reklamowanych przez „Gazetę Polską” i inne media z tego rejestru, będzie święcił sukcesy frekwencyjne na spotkaniach z konserwatywną publicznością polonijną (jak ostatnio w Kanadzie, o czym przeczytałem na jego blogu), będzie miał udane spotkania autorskie w rozmaitych parafiach, a także domach kultury i bibliotekach krajowych. Należy się, jest dobrym, by nie powiedzieć, że bardzo dobrym poetą. Być może to mu wystarczy.
Ale historia literatury jest bezlitosna. Zapisze twórczość Wojciecha Wencla w zakładce „literatura zaangażowana przełomu XX i XXI wieku”, odda mu stosowny dla jej jakości szacunek lub nie odda (co zależy w znacznej mierze od klasy i postawy młodego pokolenia badaczy, interpreterów, fachowych czytelników, zwyczajnych czytelników w  ogóle), zarejestruje podział społeczny u początków drugiej dekady naszego wieku. I tyle.
Nie będzie Wencel nowym Mickiewiczem, bo po pierwsze nie ma już zapotrzebowania na nowego wieszcza jednoczącego naród. Po drugie, powtórzę, sam poeta deklaruje, że chce być mickiewiczem tylko jakiejś części narodu, a po trzecie literatura (sztuka w ogóle) straciła swą autonomię, to jest moc i siłę głosu, i stała się sferą rozrywki czy też, niejednokrotnie wulgarnej w swych formach, społecznej debaty.
I choć miejscami naprawdę poezja WW jest zwyczajnie dobrą (dla mnie - zwłaszcza ta dawniejsza, metafizyczna, uduchowiona, wyczuta na obecność  transcendencji), Wojciech Wencel skazuje się na rolę, wybiera ją świadomie zresztą, poety głośnego dzisiaj – ale czy wspominanego jutro?
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 14-11-2011  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl