Szukaj

Południk 21 - trailer

Sny słodkie jak chuj

 


Sny słodkie jak chuj . Dwa słowa o formule poetyckich zabiegów Marcina Barana

Sny słodkie jak chuj
Jakieś nieznane mieszkanie, skrzypiąca
podłoga z desek, oszklona weranda,
zaraz potem podwórka wymoszczone skwarem.
Który to brzeg Wisły? Za chwilę
wybuchnie powstanie, a ja czuję, że jeśli
jestem na lewym brzegu, to niedługo
zginę. Więc Praga, czy, dajmy na to,
Środmieście? Za oknem stoi dziewczyna
z ustami pełnymi spermy.
Sprężyste nici krochmalu ciekną jej
po brodzie. Uśmiech się idiotycznie,
z czego zadowolona? Siedzę naprzeciw siebie
i jestem łysy jak pewien młody polityk,
który zaszedł daleko – nad czołem nic,
na czubku nic i nic na potylicy.
Tylko po bokach bokowłosy. Jestem
niezadowolony. I jeszcze gdzieś zniknęła
lewa połowa mojej dolnej szczęki.
No ładnie, do czego to wszystko zmierza?
Pewnie mogłoby to trwać dłużej, ale
eksploduję, cokolwiek to znaczy i
budzę się. Przede wszystkim po to, żeby nie
chrapać. To powód zasadniczy. Natury
estetycznej. Ale nie jedyny. Mogłoby się
wydawać, że nie lubię jawy. Nieprawda,
kocham ją i szanuję. Tylko że ostatnio,
a właściwie zawsze, niezbyt mi z nią idzie.

Wiersz ten rozpoczyna część poetycką „Zabiegów miłosnych” (następującą po dwóch prozach poetycko – monologowych o ewidentnie refleksyjno – zwierzeniowym charakterze) , zatytułowaną 27 wariacji sentymentalnych i sennych (s.23 – 51). Tomik zamyka „Koda”, zawierająca tylko jeden tekst poetycki - Biedny chrześcijanin traci wyczucie proporcji i zwraca się bezpośrednio do Boga w sprawie raczej błahej (s.55) – z pewnością jeden z najbardziej znanych wierszy z całej twórczości poety.

W rozlicznych, dość przychylnych zresztą, głosach krytycznych omawiających tom wierszy Marcina Barana daje się odnaleźć i taki trop myślowy, który widzi w całym tomiku swoisty poemat miłosny, rozpisany na głosy. Rzeczywiście, tendencja do takiej organizacji książek poetyckich, by stanowiły one rodzaj całości, a poszczególne wiersze układały się na kształt poematu jest w dorobku autora Sprzecznych fragmentów wyraźnie widoczna . Chciałbym zatem potraktować cytowany utwór jako swoisty wstęp do metody twórczej, choć mam świadomość, że oczywiście i inne utwory poety mogłyby się do tej roli nadawać.

Wulgarność kolokwialnego frazeologizmu w tytule wiersza („Sny słodkie jak chuj”) zostaje natychmiast zneutralizowana przez odautorski przypis („bardzo słodkie sny”), co zdaje się obracać rzecz całą w żart i zamiast ewentualnego oburzenia budzi raczej uśmiech sympatii. Założony, zapewne, przez autora efekt zostaje tym samym osiągnięty – zaintrygowanie odbiorcy każe mu dalej czytać i to czytać z uznaniem dla błyskotliwości twórcy.

W wierszu pojawi się jednak jeszcze jeden, dość brutalny w swym weryzmie obraz: „(…) Za oknem stoi dziewczyna/z ustami pełnymi spermy./Sprężyste nici krochmalu ciekną jej/po brodzie.(…)”. Tłumaczy go tym razem oniryczna poetyka całej lirycznej wizji. Zmieszane wszak zostały czasy i miejsca: mieszkanie (a może raczej samodzielny dom, skoro pojawia się też oszklona weranda?) w przeddzień wybuchu powstania warszawskiego. Bohater zaś ewidentnie – choć jest obecny w tamtej rzeczywistości – dysponuje wiedzą człowieka współczesnego. Zdaje sobie sprawę, że to ostatni moment przed godziną „W” i rozważa czy mieszkanie (dom?) znajduje się na praskim czy lewym brzegu Wisły (tego nie jest pewien, ale zdaje się jak gdyby zarządzać biegiem snu – znana to sytuacja, kiedy śnimy, ale jednocześnie mamy, czasami niepełną, kontrolę nad biegiem snu, a co więcej świadomość, że to, co jest naszym udziałem nie jest naprawdę doświadczeniem życiowym, tylko właśnie kształtem nocnego marzenia). Świadczy o tym całkiem racjonalna uwaga, że ocalenie w mającym właśnie wybuchnąć powstaniu poniekąd zależy od miejsca, w którym się znajduje: jeśli na lewym brzegu, który będzie areną walk – to są one niewielkie („jeśli /jestem na lewym brzegu, to niedługo/zginę.”). Kwestia ta nie zostaje jednakże rozstrzygnięta („Więc Praga, czy, dajmy na to/Śródmieście?”).

Mamy też – również często spotykane w onirycznych wizjach – rozdwojenie obecności i widzenia podmiotu obserwującego świat. Dziewczyna ze spermą w ustach stoi, jak czytamy, „ za oknem” (a więc bohater zdaje się obserwować ją z zewnątrz – z ulicy, trotuaru, z zaułka?), ale jednocześnie czytamy, że „siedzę naprzeciwko siebie” (jakby było ich dwóch, „jeden” być może więc przebywa z rzeczoną dziewczyną we wnętrzu, a „drugi” obserwuje siebie samego z innej perspektywy?). Czy więc akt seksu oralnego, który miał miejsce wcześniej, a teraz jedynie dane jest nam zobaczyć jego finał (spermę w ustach dziewczyny) był udziałem lirycznego narratora czy też raczej nie? Ale też nikogo innego nie ma w polu sennego widzenia. Czyżby więc to sam bohater liryczny – we śnie – obserwował siebie (i anonimową dziewczynę, która na dodatek nie budzi w nim zbyt czułych uczuć, skoro opisuje ją jako idiotycznie uśmiechniętą i nie wiadomo z czego zadowoloną? Moglibyśmy odpowiedzieć wszakże, że z udanego seksu chociażby) czy też mamy tu do czynienia z przypadkiem fantasmagoryjnego
uczestnika wydarzeń obecnego w przedstawianym świecie i jednocześnie będącego poza nim?

„Akcja” wierszowego snu toczy się w przeszłości (ostatnie dni upalnego lipca 1944 roku w Warszawie?), ale jednocześnie wkracza w nią współczesność. Z niej pochodzi świadomość i wiedza bohatera , co już wiemy, ale też z niej wywodzi się inne aluzyjne nawiązanie. Bohater mówiący zatem zdaje się – z wyglądu – przypominać (w tej wizji przynajmniej) „pewnego młodego polityka. Który zaszedł daleko”, a który charakteryzuje się specyficzną fryzurą: „nad czołem nic,/na czubku nic i nic na potylicy./Tylko po bokach bokowłosy .” Wiele wskazuje, biorąc pod uwagę nasuwające się konteksty, że to lekko ironiczny portret Jana Rokity (niemalże rówieśnika poety), który w połowie lat 90 XX był prominentnym (a z Krakowa wywodzącym się, co istotne, bo i Marcin Baran uchodzi za człowieka mocno wrosłego w tamte środowisko miejskie) politykiem krajowym.

Bohater mówiący stwierdza jednocześnie, że „gdzieś zniknęła/lewa połowa mojej dolnej szczęki.” To oczywiście typowy absurd widzenia sennego, ale czy aby nie również sugestia rozpadu ciała? Byłby więc pół – trupem lub trupem w rozkładzie, podobnym, jak czytamy w tekstach średniowiecznych, do inkarnacji samej śmierci? Byłby więc kimś, kto z jednej strony obawia się śmierci (w mającym nastąpić Powstaniu – tak widzi siebie we śnie), z drugiej już jest umarłym, który relacjonuje nam wydarzenia jakby spoza opisywanego świata.

Wszystko to jednak może być również onirycznym koszmarem, zwłaszcza w drugiej fazie wizji, więc następuje nagłe przebudzenie („(…)ale/eksploduję, cokolwiek to znaczy i/budzę się”). Niemniej jednak bohater tłumaczy je przyczynami estetycznymi (obudzić się, aby nie chrapać – znamy chyba wszyscy to żenujące doznanie, gdy usnęliśmy wśród ludzi – np. w pociągu – i wybudza nas nagle własne chrapanie…). Czy to jednak aby nie rodzaj asekuracji - jakby tłumaczenie się z ucieczki od stającego się coraz bardziej traumatycznym snu?

W wierszu następuje wtedy zwrot ku refleksji, że koncentracja na opisie śnienia jest wyrazem negatywnego stosunku bohatera do jawy, więc przykładem klasycznej ucieczki w marzenie senne. I znów następuje znana nam już neutralizacja tego twierdzenia: „Nieprawda. Kocham ją i szanuję.” [jawę], co sugerowałoby afirmującą postawę bohatera wobec doświadczanej rzeczywistości. Tyle tylko, że owo wyznanie brzmi niepokojąco podobnie do ironicznych słów wyśpiewywanych przez Muńka Staszczyka w znanej piosence „To wychowanie” zespołu T. Love: „Ojczyznę kochać trzeba i szanować/Nie deptać flagi i nie pluć na godło/Należy też w coś wierzyć i ufać/Ojczyznę kochać i nie pluć na godło”. Znów więc mielibyśmy do czynienia z niejednoznacznością…

Ostatnie zdanie wiersza (zawarte w końcowych dwóch wersach utworu) przynosi tymczasem zadziwiająco prostoduszne i poniekąd sentymentalne wyznanie („Tyle że ostatnio,/a właściwie zawsze, niezbyt mi z nią [jawą, rzeczywistością – przyp. JK] idzie.”]. Ciekawe, że mimo to Karol Maliszewski uznał w recenzji tomiku, iż jest on właśnie rozprawą z sentymentalizmem („książka w pewnym sensie demaskatorska, zdzierająca zasłonę złudzeń z obrazu „wielkiej miłości” – pokazanej tutaj jako mechaniczna realizacja odwiecznego, banalnego stereotypu”).

A wszak zakończenie wiersza brzmi jak powstrzymująca się od egzaltacji skarga na cierpienie. Sny, a wiele ich jeszcze, ujętych w rygor wierszy, pojawi się w Zabiegach miłosnych będą przynosiły remedium na trudne do zniesienia przygody egzystencji, a jednocześnie za ich pomocą poeta szyfrować będzie swój przekaz w arabesce wymykających się znaczeniowemu „przyszpileniu” sensów. Książka ta, gdyby traktować ją właśnie całościowo, jako swoisty poemat - co sugerowano - jest przecież zapisem „nieudanych zabiegów”, świadectwem miłosnej (związku, fascynacji, relacji seksualnych itd.) klęski, z której – poprzez pisanie i zarazem poprzez śnienie stara się bohater mówiący wyzwolić.

Czyni to na modernistyczną modłę, „idąc zamaskowanym” („larvatum prodeo” ) i chroniąc się za gardą przyjmowanych póz, tudzież igrając językowo w opisywaniu postaw oraz stanów emocjonalno – psychicznych swego bohatera lirycznego. Maliszewski napomina, że wiersze z Zabiegów miłosnych można czytać oczywiście w sposób niewinny, a wtedy, jak sarkastycznie dodaje, liczne z nich mogą „trafić do sztambucha nieszczęśliwie zakochanych nastolatków.” , ale jednocześnie zwraca uwagę, że kluczem do uchwycenia przesłania Baranowego poezjowania jest założona przez poetę subtelna wieloznaczność. Dlatego dochodzi do wniosku, w innym miejscu, że „ważną cechą stylu Barana jest trzeźwość rozumiana jako zdroworozsądkowość i rubaszność zarazem. Jego bohater bywa Sancho Pansą niezwykle wyczulonym na bzdurę, fałsz, uproszczenia. On sobie je zaraz testuje w kolejnym wierszu, ironicznie prześwietla. (…) Filuterny ton, ironiczne wtręty, żartobliwość jako zasada mówienia w niektórych tekstach nie mogą przesłaniać powagi (…).”

I tak się dokładnie rzeczy mają w Snach słodkich jak chuj. Podsumujmy: obsceniczność tytułu zostaje obezwładniona błyskotliwym, żartobliwym przypisem autorskim, który wprowadza z nagła ducha karnawału, przekory, dodaje lekkości mającej nastąpić lirycznej relacji. Powaga sytuacji (moment przed rozpoczęciem Powstania Warszawskiego, które, jak wiemy, było hekatombą żołnierzy armii podziemnej, ale zwłaszcza mieszkańców stolicy), oswojona zostaje przez szczegóły fantasmagoryjnej (onirycznej, a może nadrealnej) wizji erotycznego zbliżenia. Do tego dochodzą satyryczne konteksty związane z portretem pewnego współczesnego i znanego (zwłaszcza w latach 90. XX) polityka, przegryzione (tak jak „przegryzają” się słodko – gorzkie smaki w kulinarnych potrawach) przez – również na pół – poważnie wprowadzonym motywem śmierci własnej bohatera, a wreszcie ów równie dwuznacznie przywołana – poprzez odwołanie do utworu T.Love - pochwała rzeczywistości, która jednak doskwiera bohaterowi do żywego.

I taki właśnie, opalizujący, portret własnej sztuki pisarskiej pozostawia nam autor Zabiegów miłosnych. Jakby chciał być, by posłużyć się porównaniem Maliszewskiego, Sancho Pansą i Don Kichotem jednocześnie. Mówić poważnie i zarazem oświetlać swe wypowiedzi grymasem zgrywy i żartu, nie wahać się przed romansem z patosem, by nagle popaść w ramiona karnawału. Nie bać się autozaprzeczenia, samokompromitacji. Jakby, co tu kryć, trochę wstydził się słów, które wypowiada – więc właśnie dlatego ubiera je w kostium niejednoznaczności stylu, pogmatwanych odwołań i aluzji, niejednoznacznie wybrzmiewających kontekstów znaczeniowych. I dlatego sięga tez po rozmaite estetyki – realistyczną, nadrealistyczną, oniryczną – mieszając je w wierszu niczym w alchemicznej retorcie.

Być może nie ma to znaczenia, ale pamiętam, że Marcin Baran jest dyplomowanym polonistą, a więc – w pewnym sensie – realizuje wzorzec znany w przeszłości jako „poeta doctus” .
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 31-10-2016  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl