Szukaj

Południk 21 - trailer

Terra felix

Z przedmowy Tomasza Walata do książki Tony Griffithsa „Skandynawia. Wojna z trollami”: „W Skandynawii najściślej przestrzega się zasad demokracji, ludziom żyje się najlepiej, szczególnie kobietom i dzieciom – co potwierdza wiele (…) światowych badań – a podstawowe potrzeby są tam spełniane w wyższym stopniu niż w innych krajach.”
Griffiths omawia ostatnie dwa wieki dziejów poszczególnych skandynawskich krajów, by wyjaśnić – sobie - ale i nam – w jaki sposób doszły do dobrobytu i w jaki sposób osiągnęły status „najszczęśliwszych krajów świata”. Bardzo to pouczająca lektura, zwłaszcza, że nie jest historyczno – politologiczną „piłą”, tylko raczej erudycyjnym esejem.
Z lektury skandynawskich powieści kryminalnych wynika jednak odmienny obraz Skandynawii. Zazwyczaj silnie zakorzenione w społecznej refleksji północne kryminały dają raczej świadectwo utraconej ziemi szczęśliwej („co się stało ze Szwecją?” – pyta nieomal w każdej swej książce o komisarzu Wallanderze Henning Mankell). I w jakiś sposób przedstawiają literacką diagnozę tamtych społeczeństw. Jeden z komentarzy prasowych, jakie licznie wysypały się po masakrze na wyspie Utoya, dowodził wręcz, że Mankell metaforycznie przewidział taką masakrę w jednej ze swoich książek (sic!).
A piszę o tym, gdyż jestem świeżo po lekturze najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy”. To oczywiście doskonały kryminał, z przemyślaną i misternie zaplątaną intrygą, ale i coś więcej.
 Wypada wrócić w tym miejscu do wątku, który snuje się na tym blogu od pewnego czasu, a idzie o to, że współczesna powieść kryminalna potrafi unieść ważne wątki obyczajowe i społeczne (a nawet – jak u Larssona – polityczne), tym samym zawłaszczając (moim zdaniem – zazwyczaj z sukcesem) problematykę obecną do tej pory w zupełnie innych odmianach epickich.
Miłoszewski umieszcza akcję swej książki w Sandomierzu, ale obraz tego miasta daleki jest od przesłodzonego wizerunku z serialu o księdzu Mateuszu (zresztą autor pozwala sobie na kilka złośliwości pod adresem tego filmu). „Ziarno prawdy” jest w istocie połączeniem szwarnej intrygi osnutej wokół makabrycznych zbrodni, klasycznej powieści obyczajowej (opis środowiska, romansowe perypetie bohaterów, problematyka rodzinna etc.) oraz dość odważnego pamfletu polityczno – społecznego z problematyką antysemityzmu, rasizmu, demokracji , działań instytucji państwowych czy mediów w tle.
Miłoszewski, zaspokajając w pełni głód czytelnika w sekwencji kryminalnej, postanowił najwyraźniej narysować portret polskiej małomiasteczkowości. I dobrze mu to wyszło. Nie ma tu sentymentalizmu ani pojękiwań w duchu „co się stało z Polską?”, „co się stało z naszą z takim trudem wywalczoną demokracją?”  itp.
W jednej z ważnych scen główny bohater, prokurator Teodor Szacki, niegdyś idealista a dziś cynik – pragmatyk, mówi bez złudzeń: „dobrze wiem jak ten kraj funkcjonuje” (co naprawdę znaczy: „nie funkcjonuje”).
Tak, powieść Miłoszewskiego wolna jest od pasji lustracyjno – publicystycznych, które wylewają się „czarną pianą gazet” spomiędzy słów powieściowych pisanych przez domorosłych literatów, uważających się za artystów pełną gębą. Ale jest też przekorna, lubiąca ponakłuwać rozliczne stereotypy, którym hołdujemy.   To zatem raczej opowieść czego brakuje nam nawet nie do Ziemi Szczęśliwej, ile do zwykłej normalności.
I jest tam jeden epizod, dość skromny fabularnie (merytorycznie jednak niezwykle istotny), a dla mnie osobiście bardzo miły. Kto przeczyta, zorientuje się natychmiast dlaczego.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 24-10-2011  |   komentarze: (1)

Budapeszt

Do stolicy Węgier dotarłem, dosłownie kilka dni temu,  dzięki Czesławowi Miłoszowi. Sesję naukową o środkowoeuropejskim dziedzictwie i środkowoeuropejskich kontekstach twórczości autora „Campo di Fiori” zorganizowały: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Muzeum Sandora Petofiego oraz Instytut Polski w Budapeszcie. Sesja – uczestniczyli naukowcy z Węgier, Litwy oraz Polski - mam wrażenie, była udana, ale ja nie o tym.
Po raz kolejny przekonałem się, że literatura piękna może służyć także jako rodzaj przewodnika, powiedzmy to tak, turystycznego. Tym razem był to „Gulasz z turula” Krzysztofa Vargi. Zaprawdę, fajnie chodzi się po Budapeszcie z tymi esejami pod pachą, by podczytywać co rusz jakieś smakowitsze fragmenty przy obowiązkowym kieliszku wina. No, ewentualnie szklaneczce Drehera.
A ponieważ mam ten przywilej znać osobiście autora rzeczonych esejów, to pozwoliłem sobie przed wyjazdem zasięgnąć języka u źródła, to znaczy poprosić pisarza o rozmaite porady dotyczące sightseeing. KV był na tyle miły, by wyposażyć mnie na drogę w liczne informacje i przestrogi.
Ale oczywiście porady poradami, a i tak trzeba przetestować wszystko na sobie empirycznie. Przestrzegał KV, żebym raczej nie kosztował piwa Borsodi, ale ja, niewierny Tomasz, musiałem i tak sprawdzić. No i zostałem ukarany. A zatem potwierdzam – jeśli już piwo w tej krainie winnocentrycznej, to jedynie Dreher.
Nauczony tym doświadczeniem, dalej postępowałem już zgodnie z instrukcją obsługi Budapesztu, jaką otrzymałem od KV. Nie poszedłem zatem do żadnych z modnych i wypasionych term w rodzaju Gellerta czy Szechenyi  Gyogyfurdo, tylko do św. Łukasza. Rzeczywiście, stuletnie platany na dziedzińcach sanatorium wprowadzają miły klimat, wszystko wygląda trochę jak jakieś uzdrowisko w zacisznym zakątku, choć przecież to raptem delikatne obrzeża największej węgierskiej aglomeracji.
Dalej: darowałem sobie tradycyjne muzea z malarstwem, rzeźbą itp., zwiedziłem natomiast Terror Haza (Dom Terroru), czyli placówkę mieszczącą się w budynku, gdzie w czasie wojny rezydowały służby śledcze faszystowskiego ruchu Strzałokrzyżowców, a po wojnie – rozmaite mutacje komunistycznej policji politycznej. To multimedialne, nastawione głównie jednak na zagranicznych gości muzeum pokazuje (mocno, trzeba przyznać) wszystko to, co my – środkowi europejczycy, którzy przeżyli lata pod reżimem sierpa i gwiazdy, znamy doskonale. Dla gościa z Zachodniej Europy, albo też i z dalszych regionów świata, może to być jednak i wstrząsem, i nauką. Terror Haza łączy w sobie to, co my znajdziemy w Muzeum Powstania Warszawskiego oraz to, co stanowi domenę Muzeum w podziemiach gmachu przy Alei Szucha, gdzie niegdyś rezydowało Gestapo (dziś: Ministerstwo Edukacji Narodowej).
W Budapeszcie spotkała mnie wreszcie niespodzianka natury towarzyskiej i to taka najwyższej rangi. Dowiedziawszy się o sesji w Muzeum Sandora Petofiego i wykonawszy pewien wysiłek z gatunku researchu, odnalazł mnie mój druh, Peter Sikuta, z którym jakieś drobne trzydzieści lat temu chodziłem do jednej klasy w angielskiej szkole New English School w Kuwejcie (nasi rodzice pracowali wtenczas dla swoich krajów na placówkach dyplomatyczno – handlowych). Obaj posiwiali (ja bardziej!), z bruzdami zmarszczek na twarzach, powolni w ruchach, co charakterystyczne dla prawie pięćdziesięciolatków, wspominaliśmy nad winem dawne szczenięce lata. I powrócił na moment eden młodości, kiedy w krainie beztroski i bezobowiązkowości, żyliśmy razem z Peterem nie wyobrażając sobie czasów, które miały nadejść.
Powiada Varga w swej książce, że melancholia to konstytuujący madziarskość stan duszy (a dlaczego? – przeczytajcie!). Z zupełnie innych powodów i mnie dopadła nostalgia, podczas tej rozmowy z moim dawnym/wciąż obecnym przyjacielem. Nostalgia, niech będzie, że to delikatniejsza wersja (delikatniejsze wcielenie?) melancholii.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-10-2011  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl