Decyzja jury Nagrody Literackiej NIKE cieszy mnie niezwykle z kilku powodów.
Najpierw rzeczy ogólne.
Po pierwsze dlatego, że w tym roku mieliśmy siódemkę książek niezwykle wyrównaną. Właściwie każda z nich mogła ten laur otrzymać i nie byłoby żadnej afery (co najwyżej lekkie kręcenie nosem tego lub owego krytyka). W dawnych latach zdarzały się werdykty mocne zarzuty (czy uzasadnione – inna rzecz) budzące (najczęściej: że jednak decyzja wbrew regulaminowi, bo bardziej pod kątem zasług pisarza). Nie wiem czy to już stabilizacja, ale od pewnego czasu coraz trudniej podważać zarówno zestawy nominowanych pozycji (choć, oczywiście, zawsze znajdą się kontestatorzy), jak i same werdykty ostateczne. Nie rozumiem przez to rzecz jasna, że werdykty jury NIKE spełniają wymogi obiektywności i mogą uchodzić za wzorcowe dla czytelników (w duchu: “to naprawdę najlepsza książka w Polsce zeszłego roku”). Mówię o rzetelności wyboru i rzetelności interpretacji tegoż.
Po drugie dlatego, że – mimo wszystko – nagroda dla Dyckiego, przy uwzględnieniu wszystkich kontekstów*/, jest decyzją odważną, z gatunku tej “dobrej” odwagi.
Po trzecie dlatego, że znów - po latach - nagrodzona została książka poetycka, poety na dodatek, o wiele mniej znanego tzw. szerszej publiczności niż poprzedni liczni laureaci: Stanisław Barańczak i Jarosław Marek Rymkiewicz.
Teraz rzeczy szczególne.
Cieszę się z sukcesu poety, bo “od zawsze”, czyli mniej więcej od początku lat 90., kiedy tylko zetknąłem się z jego twórczością, uważałem go za twórcę oryginalnego, idącego własną drogą, twórcę niebagatelnego. Starałem się też dawać temu wyraz, gdzie mogłem – choćby w naszej, napisanej z Jerzym Sosnowskim, książce krytycznoliterackiej (“Chwilowe zawieszenie broni”). O czym dziś wspominam nie bez drobnej satysfakcji.
Tkaczyszyn – Dycki to kolejny (po np. Andrzeju Stasiuku, Oldze Tokarczuk, Marcinie Świetlickim – też pewnie NIKE kiedyś wreszcie otrzyma) pisarz pokolenia “urodzonych w latach 60.”, którego dokonania doczekały się formalnego uznania. A pamiętam z jakim lekceważeniem krytyków czy rozmaitych luminarzy środowiskowych spotykały się i jego, i wymienionych wyżej pisarzy, książki, gdy rozmaici my – wtedy “krytycy towarzyszący” – zapowiadaliśmy narodziny wielkich talentów i upraszaliśmy o wsłuchiwanie się w ich artystyczne głosy.
Cieszę się z sukcesu poety także dlatego, że się znamy. A z sukcesów przyjaciół, znajomych i kolegów (a może w ogóle z sukcesów bliźnich) należy się cieszyć zawsze.
Poświęciłem – oprócz drobnych recenzji, prasowych i medialnych wypowiedzi – twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna – Dyckiego co najmniej dwa duże teksty (jeden jest w książce zbiorowej “Jesień już Panie, a ja nie mam domu...", drugi, o głównych kategoriach w pisarstwie Dyckiego, drukowany był swego czasu w “Lampie”: „Siedem figur samotności (bezdomność w poezji Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego)". Co ujrzałem w tej poezji, starałem się w nich opisać. Podobne uwagi odnajduję teraz w tych wszystkich prasowych omówieniach i w laudacji.
To krzepiące widzieć jak prawdziwa jakość literatury wygrywa.
I doprawdy uważam, że nie należy już – choćby z sympatią i podziwem – nazywać poetę “Dyciem”.
DYCIO OBIIT HIC NATUS EST LAUREATUS
Serdeczne gratulacje.
*/ por. np. komentarz Pawła Dunin - Wąsowicza dla prasy, że po werdykcie branża księgarska w Polsce zalewa się rzewnymi łzami, bo akurat ta książka nie napędzi wzrostu PKB.
Spotkałem się ostatnio z takim stwierdzeniem – czytając przy okazji obowiązków zawodowych rozmaite teksty o Juliuszu Słowackim – że jeden z najpiękniejszych widoków świata rozpościera się ze wzgórza, na którym stoi klasztor Betcheszban (zamknięty w nim Słowacki, w przerwie w podróży po Ziemi Świętej, pisał “Anhellego”).
Nigdy tam nie byłem, więc nie umiem ocenić. Ale zadałem sobie pytanie: “a jaki jest ten Twój widok najpiękniejszy, ten, do którego tęsknisz?”
Pomyślałem najpierw o Lofotach, widzianych przy ładnej pogodzie z pokładu promu płynącego z Bodo do Moskenes. Archipelag wygląda jak miniaturka Tatr wrzucona do morza, trochę jak wizualizacja pejzaży z “Nietoty” Tadeusza Micińskiego. A także o tej lofockiej zatoczce Nusfjord pomyślałem od razu, gdzieśmy nocowali w skansenie – to jest w XIX wiecznej rybackiej chatce stojącej w wodzie na wysokich palach.
Później przypomniały mi się rozmaite szwajcarskie pejzaże – gdzieś w górach piętrzących się na wschód od Interlaken. Mieszkaliśmy tam na kampingu obok uroczej holenderskiej rodziny, której towarzyszył gigantyczny bernardyn uwielbiający surowe marchewki. Wrażenia estetyczne wzmacniało w nas wtedy świetne piwo “Feldschlossen”. Co do widoków, jak można zauważyć, mam wątpliwości. Ale że “Feldschlossen” jest najlepszym piwem świata – o tym jestem całkowicie przekonany.
Potem jeszcze zobaczyłem oczyma duszy tę dolinę, którą majestatycznie poruszał się pociąg ciągnięty przez skryty w tumanie burego dymu parowóz zmierzający do Zwardonia (nigdy już tego nie zobaczę – parowozy nie powrócą na tę trasę). Wysiedliśmy na maleńkiej stacyjce, szlak turystyczny ruszał ostro pod górę i po kilku minutach mogliśmy podziwiać ten spektakl siedząc zziajani na przydrożnych kamieniach.
Wiele jest takich wspomnień, towarzyszących nam, gdy myślimy o europejskich, zamkniętych przestrzeniach (cóż za różnica wobec tych, opisywanych przez Czesława Miłosza, a przywołanych przeze mnie w poprzednim wpisie, “za dużych obszarów”!).
Ale tym jednym, jedynym jest widok, który w mojej pamięci zagościł na stałe i wracał do mnie już wielokrotnie. To zatoka Kolpos Kissamou widziana z pieszej promenady miasteczka Kissamos – Kastelli w zachodniej części Krety. Kissamos to mieścina, gdzie nie dotarły dotąd hordy turystów - w każdym razie była taką jeszcze kilka lat temu. Centralny placyk, za dnia spełniający funkcję przystanku tamtejszych pekaesów (nowoczesne, zielone autobusowe mastodonty firmy Minoan Lines) i agory, gdzie spotykają się autochtoni, by wypić szklaneczkę ouzo w południe, a kobiety ubrane w tradycyjne czarne stroje robią zakupy w warzywniakach, wieczorem przemienia się w miejsce uczty i zabawy (stoliki knajp stają wtedy na ulicach, zapalają się lampiony, rośnie gwar i wszędzie da się wyczuć radość życia). Beztroska wydaje się niemal namacalna. Ja odnalazłem ją również na promenadzie.
Zatokę tworzą dwa wrzynające się głęboko w morze półwyspy – wschodni Rodhopos i zachodnia Gramvousa – niczym dwie gigantyczne ręce ziemi wyciągnięte ku królestwu Posejdona.
Pod cyprysami, z widokiem na niezaludnioną plażę, tuż obok knajpki oddalonej od szlaków, którymi podążają zarówno autochtoni, jak i niezbyt liczni turyści, można zasiąść na plecionych krzesłach i sącząc retsinę napawać się pięknem natury. O dziwo, zatoka urzeka także w czasie brzydszej pogody. Siedzimy więc i milczymy, nasza starsza córka Weronika, biega swobodnie, przynosząc nam z zachwytem uzbierane liście i spadłe z drzew owoce (nasza młodsza córka – Klementyna – ma się dopiero urodzić za dwa lata), a my zanurzamy się w kontemplacji. A jednocześnie jakoś dobitniej czujemy własne istnienie.
Tamte chwile zapadły we mnie. Wspominam o tym, bo mam pewne marzenie. Chciałbym tam wrócić – choćby i poza sezonem. Przywieźć notatki i laptopa, usiąść raz jeszcze na krzesełku wystawionym na promenadzie i patrząc na ciemny granat morza, przechodzący gdzieś daleko – hen – w lazur, napisać książkę, która dojrzewa, ale wciąż nie może znaleźć swej inkarnacji. Tamto doświadczenie beztroski – która jest prawdziwą wolnością – stanowi wciąż coś w rodzaju paliwa, napędzającego moje ciało i umysł podczas słotnych polskich jesieni i coraz bardziej nijakich chlapnych zim.