Szukaj

Południk 21 - trailer

"Bestseller za życia, kanon po śmierci"

Frazę powyższą "ukradłem" Piotrowi Lehrowi - Spławińskiemu, który zatytułował tak swój referat na pewnej sesji naukowej, jaka odbyła się niedawno w szacownych murach Uniwersytetu Warszawskiego.

I choć tekst Piotra - zarówno błyskotliwy i lekki, a zarazem głęboko merytoryczny - traktował o nieco innych kwestiach, ja od razu pomyślałem sobie, że jest to wprost genialna formuła nazywająca program maksimum każdego (pewnie?) artysty.

A może się mylę i o bestsellerach pisarze zaczęli śnić tak na dobre dopiero w dobie rodzącego się w świecie kapitalizmu? Wtedy, kiedy pisanie książek zaczęto rozpatrywać w kategoriach profesji, zawodu - a nie tylko sztuki?

I o jeszcze jednej rzeczy pomyślałem - komu tak naprawdę udało się ten program maksimum zrealizować. Janowi Kochanowskiemu (jeszcze w epoce przedkapitalistycznej)? Bo przecież chyba nie Wieszczom na przykład?

Tymczasem znalazłem inne jeszcze głosy reagujące na felieton Michała Witkowskiego: a to Mariusza Cieślika w "Newsweeku", a to znów - dzisiaj - Krzysztofa Vargi w "Dużym Formacie". Jako Gospodarza tego blogu cieszyła mnie (choć nieco dwuznaczna to radość) ożywiona dyskusja, jaką toczyli w komentarzach pod poprzednim wpisem Goście. Dwuznaczna - bo trochę ręka swędziała, by wkroczyć w roli moderatora (ale to by było niezbyt grzeczne jednak - wszak jesteśmy dorośli i spieramy się kulturalnie). A znów z drugiej strony - komentarze, zwłaszcza tak liczne, cieszą oko. Jeszcze jedno ciekawe doświadczenie. A wszystkim Gościom komentującym i spierającym się nisko się kłaniam, dziękuję i proszę o jeszcze.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 29-10-2009  |   komentarze: (5)

Pisarz za mało (niżby sam chciał) kupowany

W "Polityce" 42/2009 felieton Michała Witkowskiego w ramach cyklu “Kawiarnia Literacka” (pisują tam m.in. Olga Tokarczuk, Dawid Bieńkowski, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik) pod tytułem “Pisarz w medialnej sieczce”.

Autor “Lubiewa” (to wciąż chyba jego najlepsza książka?) tłumaczy się ze swej medialnej (nad) obecności – zwłaszcza w miejscach takich, jak show Kuby Wojewódzkiego czy kolorowe “pisma o gwiazdach” (jak je nazywa). Opisuje przy tym dwa modele publicznej obecności pisarza, nazywając je “tradycyjnym modelem inteligenckim a la Julia Hartwig” i – dość obcesowo - “modelem Tokarczuk”.

Pierwszy model to: “(...) zachowanie absolutnie nienastawione na sprzedaż, która w tym modelu jest tematem tabu. (...) Pisarz taki nie prostytuuje się, ale także nie może liczyć na nic więcej poza recenzją w “Nowych Książkach”. Wzorem tradycyjnych inteligentów z poprzedniej epoki nie dba o wygląd, ubiera się w marynarki, pali fajkę, lekko łysieje i lubi wieczory autorskie w bibliotekach. Zalety tego modelu to brak prostytuowania się i poniżeń związanych z udziałem w sieczce. Wady: jeśli nagrody nie wypalą, można umrzeć z głodu.”

Dużo nieścisłości i uogólnień. Poza tym rodzi się pytanie – czemu pisarz na patronkę tego modelu wybrał akurat Julię Hartwig? Ktokolwiek widział na własne oczy tę Damę Polskiej Poezji ze zdziwieniem przeczyta charakterystykę zewnętrzną pióra Witkowskiego (a i wypada dodać, że o książkach Hartwig pisują wysokonakładowe pisma, autorkę zaś pokazują telewizje).

Ok., teraz drugi model:

“To bardzo wygodne rozwiązanie, ale pod warunkiem, że się jest Olgą Tokarczuk, Krajewskim, Grocholą, Stasiukiem itd. Polega na tym, że pisarka lub pisarz dosyć oględnie i z godnością udziela się w mediach, ale na najczęściej nie mieszka w Warszawie i nie stara się o to zbytnio. Po prostu jest autorem murowanego bestsellera, który będzie się sprzedawał nawet bez wielkiej promocji. Nakłady książek Olgi Tokarczuk i jej sprzedaż są o wiele bardziej imponujące od moich, choć ich udział w medialnej sieczce jest zerowy. Ot, wywiad dla “Gazety Wyborczej”, “Polityki” i w sumie wystarczy. Książki nie schodzą z list bestsellerów przez całe miesiące. Zalety: duża sprzedaż bez sieczki i poniżeń. Wady tego modelu: trzeba być Olgą Tokarczuk. Ja nią nie jestem i bez superpromocji nie sprzedam się.”

Rozumiem, że tekst Witkowskiego ma pokazać tym bardziej inteligentnym i wyrafinowanym jego czytelnikom (także przyszłym), że autor “Margot” jest człowiekiem również jak oni inteligentnym i wyrafinowanym, a jego udział w “sieczce medialnej” to rodzaj trybutu, jaki płaci za bycie zawodowym pisarzem. Bierze udział, ale nie należy do tego świata - traktuje go wybitnie funkcjonalnie, zgodnie z zasadą, że w tym fachu trzeba być publicznie – nieważne już czy dobrze czy źle – kojarzonym (rozpoznawalnym).

Rozumiem, że model numero uno jest dla Witkowskiego – z definicji – nieatrakcyjny, ponadto jest (wedle felietonisty) modelem ekstensywnym, archaicznym i ostatecznie przemijającym. Zatem nie będziemy się tutaj nim zajmować, co najwyżej zaapelujemy do pisarza o więcej taktu w przyszłości.

Teraz model drugi. Otóż bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy Olga Tokarczuk nie była jeszcze TĄ Olgą Tokarczuk, a Andrzej Stasiuk TYM Stasiukiem. Żadnych zakulisowych informacji tu nie sprzedaję, pisarze ci – w rozmaitych wywiadach chociażby – wielokrotnie o tym, co teraz wspomnę, mówili.

Olga Tokarczuk pracowała w ciężkim zawodzie psychologa klinicznego, zajmując się – między innymi – przypadkami alkoholików, była też psychologiem szkolnym (z dzieciakami czy nauczycielami też niełatwa robota!). Pracowała jeszcze wtedy, kiedy już zaczynała być TĄ Olgą Tokarczuk, to znaczy po dwóch bardzo dobrze przyjętych powieściach i druku rozmaitych opowiadań. Jej wejście do literatury nie było usłane różami – publikację “Podróży ludzi Księgi” musiała współfinansować, bo nie znalazło się żadne wydawnictwo, które opublikowałoby tę powieść na komercyjnych warunkach. Pisarka – mówiąc kolokwialnie – przeszła na zawodowstwo dopiero wtedy, gdy było ją na to stać, a i tu z początku było trochę “pod górkę”. A podziwiana i opisywana przez Witkowskiego z zazdrością formuła jej obecności w mediach nie zmieniła się zbytnio od czasów debiutu.

Andrzej Stasiuk natomiast – o czym mówił wprost – klepał przez lata zwykłą biedę, mieszkając – z żoną i malutką córeczką - w chacie bez wody, kanalizacji i prądu. Zdarzało mu się wtedy nie tylko pisać do np. “Tygodnika Powszechneg” czy “Wyborczej”, ale także bardzo ciężko pracować fizycznie. Pierwsze wydanie “Białego Kruka” (w poznańskim wydawnictwie “Obserwator” – związanym z pismem “Czas Kultury”) zaopatrzył nawet w podziękowania dla lokalnych właścicieli sklepów, którzy umożliwiali mu zakupy na kredyt (honoraria z gazet pozwalały spłacać długi). Do mediów natomiast Stasiuk nigdy miłością nie pałał. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy zaczynał być coraz bardziej znany, popędził z domu reporterkę “Polityki”, bo go swoim zachowaniem i pytaniami (zdaje się nie najmądrzejszymi) zwyczajnie zdenerwowała (a przecież o takim wywiadzie, w takim piśmie marzą nie tylko początkujący artyści!). Sława, uznanie i czytelnicy – wszystko to przyszło z czasem, nieprzyspieszane sztucznie przez autora “Murów Hebronu” (który nb. nie tylko tworzy, ale prowadzi wraz z małżonką wydawnictwo, a to oznacza – w jego przypadku – lekturę setek stron maszynopisów, które do “Czarnego” spływają).

Michał Witkowski wybrał inną drogą, na której, jak sam twierdzi – bez superpromocji nie sprzeda tylu książek, by się utrzymać. Pal licho tę wybitnie merkantylną strategię i urynkowiony sposób traktowania własnych dzieł (właściwie w takim razie powinienem napisać: produktów). Tylko dlaczego pisarz nie trzyma fasonu i uznaje za stosowne tłumaczyć się? Czy to resztka inteligenckiego sumienia, poczucie obciachu? Przecież zdania tych, do których adresuje swój felieton raczej nie zmieni. Niby – skandalizujące wywiady dla “Vivy”czy “Gali” czy tanie błazeństwa u Wojewódzkiego to łatka niepowagi, która na trwałe przykleiła się do pisarza.

Witkowski sam powiada o procederze medialnym, jaki jest jego udziałem, że to “prostytuowanie się”. Skoro “ma świadomość” – jak śpiewał niegdyś Kazik – to ja najuprzejmiej proszę: nie wyżalać się, nie hamletyzować. Znosić swój sprostytuowany (ale wybrany!) los z godnością.


Kategoria: brak  |   Autor: Jaroslaw Klejnocki  |   dnia: 15-10-2009  |   komentarze: (18)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl