We wrześniu tego roku miałem okazję jurorować w konkursie literackim “Doliny kreatywnej”. Jest to inicjatywa TVP, mająca już kolejną – chyba piątą edycję. Przeczytałem wraz z pozostałą czwórką sędziów – Mariuszem Sieniewiczem, Radosławem Wiśniewskim, Justyną Radczyńską i Joanną Mueller – kilka setek rozmaitych prac, reprezentujących chyba wszystkie możliwe gatunki literackie. Konkurs ten, z założenia, przeznaczony jest dla osób młodych – górna granica wieku twórców, którzy mogli zgłaszać swe teksty, to 25 lat.
Sporo z tekstów, które nadesłano, to typowa twórczość licealna: pełna ciemnych emocji, młodopolskich nastrojów, egzaltacji. Juroruję w rozmaitych konkursach poetyckich już od wielu lat i ciągle spotykam podobne teksty. Chodzi mi zwłaszcza o wiersze, będące niemal bezpośrednią emanacją subiektywnych odczuć autorskich. Obowiązkowo muszą pojawić się tam: “dusze” i “ciała”, “miłość”, “samotność”, “opuszczenie”, “cierpienie” itd. Młodzi poeci na ogół nie mają wyczucia formy, nie rozumieją, że istotą literatury jest “zapośrednicznie”, czyli właśnie formalne przetworzenie własnych doznań, obserwacji i refleksji. Tyle się mówi o przemianach wrażliwości Polaków, o tym, że nowe jakości wprowadza galopująca – dokąd? – cywilizacja, że internet kształtuje nowe formy osobowości człowieczej itd., a ja wciąż czytam konkursowe prace, które nie odbiegają znów tak daleko od tego, co pisali moi rówieśnicy wtedy, gdy jakieś 30 lat temu byliśmy nastolatkami... Ciekawe, nieprawdaż?
Ale – uwaga, uwaga! – prozy było w konkursie niemal tyle samo, co poezji. To znacząca różnica. Powiada się, że Polacy już od wieków to naród wybitnie poetyckocentryczny, że poeci byli u nas zawsze ważniejsi od prozaików, nawet jeśli ci drudzy zarabiali pieniądze, a ci pierwsi mogli głównie liczyć jedynie na niewymierny – w sensie materialnym – szacunek współbratymców. Marek Bieńczyk stwierdził kiedyś półżartem, że różnica pomiędzy literaturą francuską a literaturą polską polega na tym, że w ojczyźnie Ronsarda publikuje się rocznie ze 300 powieści i jakieś 30 tomików poetyckich, a w ojczyźnie Reymonta – odwrotnie.
Otóż – coś tu się wyraźnie zmienia. Nagrodziliśmy głównymi nagrodami tylko prozę. Rozmaitą, ale jednak prozę. Poeci dostali jedynie (aż!) wyróżnienia. Zwyczajnie – prozaicy byli lepsi. Ciekawsi, bardziej poszukujący, niepokojąco intrygujący. Poeci – zaledwie poprawni (w każdym razie ja tak to widzę). A przypomnieć wypada, że dwoje spośród nagrodzonych autorów ma tylko 15 lat. Boże! Kiedy byłem w tym wieku, pisałem rzeczy liryczne tak niedojrzałe, że dziś się ich wstydzę. W moim pokoleniu nie było Rimbaudów, najzdolniejsi z nas – Świetlicki, Tkaczyszyn – Dycki czy Podsiadło – debiutowali książką w okolicach trzydziestki. Prozaicy – Tokarczuk, Stasiuk, Gretkowska (tak, należała niegdyś do “młodych zdolnych”) – podobnie. Ukrywaliśmy nasze młodzieńcze produkcje lub je niszczyliśmy.
Dziś nastolatki niemalże zdają się mieć wyczucie prozatorskiej formy. Nie mam na myśli debiutu Doroty Masłowskiej, tylko jej następców. A powiada się – i chyba słusznie – że proza wymaga jednak więcej maestrii (by nie rzec – dojrzałości) niż poezja. Czyżbyśmy stali u wrót dramatycznych przemian w polskiej literaturze? A jeśli tak, cóż one mówiłyby nam o zmianach w owej zbiorowej wrażliwości?
A wszak proza to nie wszystko. Była jedna, bardzo moim zdaniem ciekawa, książka reporterska, było kilka scenariuszy filmowych godnych uwagi, a także kilka dramatów teatralnych. To, że nie zostały nagrodzone wynika z logiki konkursu i logiki prac zbiorowego ciała jurorskiego, gdzie zazwyczaj decyduje pewna wypadkowa.
W sumie jestem zadowolony z werdyktu, który wypracowaliśmy, nawet jeśli kilkaset propozycji było poniżej tzw. progu drukowalności.
Ogłoszenie wyników konkursu “Doliny kreatywnej” w zakresie literatury pięknej ma być podane w II programie TVP w niedzielę 19.10.08 roku, około godziny 24.
Pisanie o ostatnich dwóch książkach Jarosława Marka Rymkiewicza przychodzi mi z trudem. Po pierwsze dlatego, że cenię sobie (lubię, poważam etc.) jego poezję, zarówno tę dawniejszą, jak i nowszą, dla której swoistą cezurą jest chyba tomik “Ulica Mandelsztama”, a wreszcie jedna z najważniejszych polskich książek poetyckich drugiej połowy XX wieku (tak uważam) – “Moje dzieło pośmiertne”.
JMR dokonał wiele dla polskiej literatury. Jego koncepcja klasycyzmu funkcjonuje już na prawach klasyki. Jego dawniejsza eseistyka – oszałamiające “Aleksander Fredro jest w złym humorze” oraz “Juliusz Słowacki pyta o godzinę” – to też dziś obowiązkowa lektura dla kogoś, komu bliskie są przygody polskiego pisarstwa. Jestem admiratorem tych dwóch książek i to jest drugi powód, dla którego z niechęcią (ale i powodowany dziwną a uwierającą koniecznością) zabieram się do skreślenia kilku zdań o “Wieszaniu” i “Kinderszenen”.
“Wieszanie” zadziwiło mnie bardzo (przyznam: negatywnie), “Kinderszenen” pogłębiło zaś dezorientację. Bo właśnie “dezorientacja” jest tu kluczowym słowem. Obie książki stanowią bowiem rodzaj skandalu intelektualnego, który, jak sądzę, tak świadomy pisarz i intelektualista jak JMR, po prostu chciał wywołać. Ten stan dezorientacji pogłębiają również rozmaite prasowe wywiady i rozmowy z JMR, w których autor “Ulicy Mandelsztama” wypowiada tezy zawarte w swych dziełach już w sposób bardziej skonkretyzowany, miejscami zaś bardziej dobitny. A w to wszystko wpisuje się jeszcze znany powszechnie wywiad dla “Rzepy”, gdzie JMR zawarł plastyczną wizję Polski jako przysypiającego żubra, którego Jarosław Kaczyński ugryzł w dupę (to literalny cytat) i tym samym wybudził z ideowego letargu.
W “Wieszaniu” JMR powiada, że dla dziejów narodu czy wspólnoty ważne jest czasem doświadczenie ekstremalne, które – no właśnie – naród czy wspólnotę z jakiegoś takiego przysypiania dziejowego wybudza. Najważniejszą tezą tej książki jest chyba konstatacja, że “krew jest dobra”. Krew – czyli tu akurat mord. Mord założycielski, mord jako fundament nowej, ożywczej tożsamości. Rymkiewicz analizuje czasy Sejmu Wielkiego, czasy powstawania Konstytucji 3 Maja, a zwłaszcza czas Insurekcji Kościuszkowskiej, które były – można chyba tak powiedzieć – czasami rewolucji. Polacy, jak rozumiem wywody poety, eseisty i badacza, nie zdobyli się wówczas na radykalizm, który dokonałby narodowego katharsis i tym samym zresetował naszą narodową tożsamość ku nowej, lepszej i zdrowszej, jakości. Czyli (w wielkim skrócie): nie powywieszaliśmy wtedy powszechnie znanych zdrajców, sprzedawczyków, kolaborantów oraz pospolitych politycznych oportunistów, kunktatorów i kanalii, tylko usatysfakcjonowaliśmy się wieszaniem portretów.
Tezy te wzbudziły oburzenie licznych intelektualistów. Wśród głosów krytycznych, czy może wręcz potępiających, pamiętam przede wszystkim wypowiedź profesora Michała Głowińskiego (człowieka, który jako żydowskie dziecko ocalone z holokaustu, miał okazję doświadczyć horroru II wojny światowej na własnej skórze) – bo przepełniona była autentycznie brzmiącą zgrozą.
Pojawiły się też i takie głosy, że JMR tak naprawdę pije do dziejów najnowszych, a jego książka jest aluzją do Okrągłego Stołu, popierającą de facto interpretacje tego wydarzenia autorstwa braci Kaczyńskich oraz ich politycznego zaplecza (nb. o braciach Kaczyńskich JMR wypowiada się publicznie z najwyższą rewerencją).
Z “Kinderszenen” sprawy wydają się jeszcze bardziej skomplikowane. Z jednej strony jest to książka absolutnie wstrząsająca. To opowieść o spustoszeniach, jakie czyni wojna w naturze dziecka – jego niewinności i wrażliwości. Rymkiewicz dotyka tu spraw skrajnie istotnych, a jego opowieść kojarzy mi się zarówno z najcelniejszymi fragmentami obozowej prozy Imre Kertesza, jak i przywołuje w pamięci dojmujące obrazy słynnego białoruskiego filmu “Idź i patrz”.
Ale jest i drugi aspekt tego eseju. Chodzi o miejsce Powstania Warszawskiego (świadomie piszę wielkimi literami) w najnowszych dziejach polskiej pamięci i – znów – polskiej tożsamości współczesnej. JMR twierdzi, że Powstanie Warszawskie odgrywa w naszej historii rolę porównywalną do chrztu z czasów Mieszka I, czyli po prostu funduje naszą polską obecną mentalność. Dzieło powstania, choć w kategoriach militarnych i politycznych była to klęska (tego akurat JMR nie mówi tak wyraźnie, to raczej moje własne stanowisko), to jednak pozwoliło się Polakom (dodajmy: dobrym Polakom) w PRL-u zjednoczyć wokół mitu. Pamięć powstania, powiada Rymkiewicz, na przekór zabiegom komunistów, pragnących zdeprecjonować, a najlepiej utopić zryw ten w zbiorowej niepamięci, dawała za komuny oparcie, podstawę narodowego myślenia, wreszcie - już dzisiaj – zaoferowała narodowi punkt właściwego odniesienia do wytworzenia pożądanej wizji samego siebie.
Przekorny umysł dostrzeże, że w tym, co JMR o Powstaniu Warszawskim pisze, znów jest wiele aluzyjnych podobieństw do tego, co było – i wciąż jakoś jest – istotą “polityki historycznej” prowadzonej przez Kaczyńskich oraz ich popleczników (zarówno politycznych, jak i – by tak rzec – duchowych).
Swoją drogą z tym totalnym deprecjonowaniem warszawskiego powstania przez komunistów można zresztą trochę polemizować. Komuna, po 1956 roku oczywiście, prowadziła politykę dyskredytowania Powstania Warszawskiego w skali makro (z pozycji ideowych; powstanie było portretowane jako antysowiecki gest wrogiego interesom Polski ludowej obozu londyńskiego), z jednoczesnym przyzwoleniem na sławienie bohaterstwa w skali mikro (poświęcenia i bohaterstwa powstańców w konfrontacji z hitlerowcami). I tematyka powstańcza nie była w PRL – u totalnie cenzurowana, choć to akurat temat na szersze i odbiegające od niniejszych rozważania.
Ciekawsze więc w tym wszystkim wydają się chyba filozoficzne wątki książki Rymkiewicza. Powiada on, że masakra jest istotą historii, zatem należy ją (masakrę) – primo – zaakceptować; secundo – wyzyskać dla dobra wspólnego (tu: narodowego). Jak to ujęli już przychylni dziełu poety recenzenci – Rymkiewicz reprezentuje stanowisko bliskie nietzscheańskiemu egzystencjalizmowi. To w planie filozoficznym. Gorzej, że te abstrakcyjne dywagacje (intrygujące skądinąd, jeśli czynić z nich temat seminaryjnych dyskusji) funkcjonalizowane są w planie historiozoficznym. Ergo: Powstanie Warszawskie, nawet jeśli było porażką w sferze realpolitik, należy uznać za zwycięstwo w sferze ducha, gdyż dało nam, Polakom, fundament godnego istnienia, co w konsekwencji zaowocowało wygraną nad komunistycznym projektem wykorzenienia Polaków z polskości. Ekstremalny gest, jakiego nie byli w stanie wykonać nasi przodkowie z czasów Oświecenia, tym razem został dokonany. Krew, jednym słowem, jest dobra. Rymkiewicz dixit, causa finita.
Obie omawiane tu książki Rymkiewicza posługują się nacjonalistycznym myśleniem i do nacjonalistycznych wartości się odwołują – choć bez prostactwa typowego dla nacjonalizmu politycznego. To pierwsza odsłona skandalu, bo nacjonalizm, choćby ubrany w kostium intelektualizmu, idzie na przekór zarówno politycznej poprawności (rozumianej tu jako koncept budowania nienaruszającego niczyjej istotowości dialogu we wspólnotach otwartych i tolerancyjnych), jak i wizji społeczeństwa, zorientowanego na koncyliacyjną przyszłość współistnienia narodów w obszarze europejskiego kontynentu. Drugi aspekt skandalu – to przyzwolenie na przemoc rozumianą jako akt odrodzenia duchowego (integrującego) i mobilizującego wspólnotę do przeobrażenia oraz odnalezienia własnych aksjologicznych korzeni.
W latach 80. Rymkiewicz pisywał inaczej. W powieści “Rozmowy polskie latem 1983 roku”, a zwłaszcza w eseju “Wielki Książę” dokonywał apoteozy polskiej wrażliwości, przejawiającej się niechęcią do stosowania siły, przemocy oraz mordu (upuszczania krwi). Było w tym, po prawdzie, sporo idealizowania i mitologizowania, ale dobrze nam się to wtenczas czytało (czy o to aby nie chodziło właśnie?).
W każdym razie pięknie w “Wielkim Księciu” kreślił Rymkiewicz portrety belwederczyków, którzy ruszają w noc listopadową, by zamordować księcia Konstantego, ale jednocześnie jest w ich działaniach jakaś opieszałość i niedbalstwo, wynikające tak naprawdę z niechęci, by aktem założycielskim powstania listopadowego stało się morderstwo na tym zbrodniarzu, który jednocześnie – w tę akurat listopadową noc – jest tylko małym, przestraszonym człowieczkiem, wymykającym się w kobiecym przebraniu na Pragę, aby dotrzeć do stacjonujących tam kozaków i uratować własną głowę. W tej niechęci do przemocy o wyraźnie terrorystycznej proweniencji widzi zatem eseista przymioty ducha polskiego, pozwalające osiągać zwycięstwa polityczne drogą, by tak rzec, pokojową, koncyliacyjną (analogicznie do wspomnianych wyżej politycznych, aluzyjnych interpretacji – czy nie byłaby to pochwała wydarzeń Sierpnia ’80?). Nawet jeśli trwa to długo i okupione jest wymiernymi cierpieniami.
Interesuje mnie więc przemiana Rymkiewicza i jego filozoficzno – polityczny “kopernikański przewrót”. Zmiana poglądów, nawet tak radykalna, to w końcu przywilej intelektualisty, a może w ogóle przywilej człowieka. Ale o to nikt jakoś poety nie pyta (czyżby interlokutorzy byli niedostatecznie oczytani?). Sam Rymkiewicz też nic o tym nie mówi. Marzy mi się więc, by pojawił się ktoś pokroju Jacka Trznadla, który by - równie bezkompromisowo, jak tenże w “Hańbie domowej” przepytywał dawnych stalinistów o ich ideowe wolty – przepytał teraz dzisiejszych konserwatywnych radykałów, w tym “nietzscheańskich egzystencjalistów” odwołujących się do nacjonalistycznych koncepcji – w tym Rymkiewicza - o ich nieprzejrzystą drogę ideową.