Szukaj

Południk 21 - trailer

Pierwodruki

Tekst z Wydawnictwa Literackiego





Miło mi poinformować, iż w dzisiejszym wydaniu Rzeczpospolitej (31 - października  - 2 listopada) znalazł się tekst autorstwa Jarosława Klejnockiego pt. "Skandaloholizm Rymkiewicza". Tekst ten miał swój pierwodruk na łamach niniejszego bloga (Patrz: archiwum). To już drugi tego typu przypadek, wczesniej "Pochwałę Przesłania Pana Cogito" publikowała Lampa.

Admin
Kategoria: brak  |   Autor: Admin  |   dnia: 31-10-2008  |   komentarze: (10)

Przeciw krytykom (z Gombrowicza)

 

W coponiedziałkowym (z 27.10.), reporterskim dodatku “Gazety Wyborczej” mocna rozmowa z Marcelem Reich – Ranickim. Sporo wątków przeszłościowych i tyleż pytań wprost, co bezpardonowych, ale i miejscami wyraźnie unikowych odpowiedzi.


Podobno był pan policjantem w gettcie, widziano pana w mundurze? – pytają dziennikarki. Bzdura! Przewidziało się – odpowiada papież niemieckiej krytyki literackiej. Jak pan sobie radził jako agent? – kolejne pytanie, tym razem dotyczące tużpowojennej kariery MRR w służbach bierutowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (dorobił się tam przyzwoitego stopnia oficerskiego). Nie byłem żadnym agentem! Ja kierowałem agentami! – odpowiada MRR, opisując swe zajęcia na komunistycznej placówce dyplomatycznej w jednym z Zachodnioeurpoejskich krajów.


Jakkolwiek to wszystko ciekawe sprawy, ale niech czyta, kto ciekawy – że pozwolimy tu sobie na parafrazę pewnego dialogu z “Wesela”.


Bardziej interesujące od niezbyt przejrzystej, a może nawet i mrocznej historii życia MRR – tę zostawiamy IPN-owi oraz wszystkim tym, których ekscytuje stosowana polityka historyczna - wydały mi się jego literackie sądy – zwłaszcza na temat literatury polskiej.

Otóż MRR mantruje pewnymi tematami od lat, co oznacza, że – po pierwsze bardzo jest przyzwyczajony do własnego, raz wyrobionego zdania - po drugie: nowszej literatury zwyczajnie nie czyta, choć się o niej wypowiada (“najnowszym” pisarzem z kręgu bardziej wybitnych, o których MRR coś mówi, jest Marek Hłasko).


Z licznych jego tez: polska literatura jest peryferyjna i właściwie żaden temat, oprócz tyrtejskiego, nie potrafi uczynić jej interesującą. Polscy pisarze są hermetyczni w swym języku i w swej wyobraźni, co stanowi o ich nieatrakcyjności. Żaden polski pisarz z wyższej półki nie odniósł w Niemczech sukcesów po wojnie, a jeśli już kogoś tam sobie Niemcy ulubili, to Nurowską ze Szczypiorskim, czyli popularnych i łatwych intelektualnie pismaków.


Nie będziemy tu polemizować z MRR udowadniając, że i owszem, nasza literatura jest otwarta, kosmopolityczna, ciekawa, pisarze zajmujący, światowi, wybitni itd.


Rzecz jest bowiem beznadziejna, gdyż MRR to dinozaur pewnego modelu uprawiania krytyki, a model ten nazwiemy niemerytorycznym. To krytyk intuicjonista, rzecznik jednej poetyki (mianowicie staroświeckiego realizmu, XIX – wiecznego w duchu i to najlepiej zaangażowanego w ten czy inny sposób społeczno – politycznie), monofon, który głośno i dobitnie głosi własne zdanie (z czego zresztą jest nadzwyczaj zadowolony), a szorstkość, agresja i towarzyska nieprzystępność, które prezentuje, mają tylko na celu udobitnienie jego, pożal się Boże oryginalnych, interpretacji.


De facto był – i wciąż jest – MRR krytykiem dla masowej niemieckiej publiki, która wpatrywała się weń przez 13 lat trwania programu telewizyjnego “Kwartet literacki” i nadal oczekuje od niego wyroków w stylu: “co powinienem w tym sezonie przeczytać, żeby uchodzić za oblatanego w literaturze?” To typowy celebryta, wykorzystujący z całą premedytacją naturę mediów i stroszący się w piórka znawcy&autorytetu, którymi sam się zresztą obwołał. I nawet ostatni wybryk MRR na wizji uznałbym za wyrachowany. Oto na jakiejś gali telewizyjnej, gdzie miał otrzymać nagrodę (o czym dowiedział się z zaskoczenia podczas samej imprezy), MRR już na scenie przyjęcia nagrody odmówił (była tylko honorowa, żadnych dodatkowych zaszczytów ani kasy), po czym nakręcając się w miarę wygłaszanego speechu – zarzucił telewizji jako takiej sprzedawanie głupoty i kiczu. Zaiste śliczna deklaracja niezależności, przypieczętowanie własnego wizerunku kogoś spoza układów, myślącego odważnie i samodzielnie!


W owym gazetowyborczym wywiadzie jest takie wyraziste miejsce dobrze ilustrujące metodę MRR. Dla niego samego i jego pokolenia najwybitniejszym poetą polskim jest Julian Tuwim. Dlaczego? Nie wiadomo. Rozumiem, że w prasowej rozmowie nie ma miejsca na wyrafinowane egzegezy, ale może chociażby ślad argumentu? Gucio! Zamiast tego konstatacja, że Polacy na Tuwima nie zasłużyli, bo nigdy nie wybaczyli mu jego żydowskiego pochodzenia. O żesz....! I trudno tu z czymkolwiek polemizować, bo argumenty typu: stała obecność Tuwima w lekturach szkolnych, zapomnienie jego smutnego, bo przedśmiertnego, socrealistycznego zaangażowania, tomy prac krytycznych poświęconych twórcy “Lokomotywy”, wznawiane wciąż książki jego poezyj dla dorosłych i małoletnich czytelników, wreszcie żywiołowa dyskusja wokół spuścizny poetyckiej autora “Kwiatów polskich” przy okazji zupełnie niedawno wydanej książki Piotra Matywieckiego “Twarz Tuwima” – nie są w stanie zbić tej aroganckiej pewności MRR. Subtelność bowiem zawsze przegra z uproszczeniem, a rzetelna argumentacja z hucpą. Na dodatek jeszcze polemizujący z MRR może tu wyjść na jakiegoś czarnosecinnego antysemitę.


Kiedy myślę o polskim podwórku, szukając lokalnego odpowiednika MRR – to przed oczami staje mi postać Henryka Berezy. To samo staroświeckie zadufanie we własne, subiektywne i niemerytoryczne rozpoznania oraz diagnozy, ta sama “nieprzemakalność” w dyskusji na głosy polemiczne, ta sama arogancja wobec myślących inaczej, ta sama autorytatywność sądów. ALE JEDNAK RÓŻNICE SĄ ZNACZNE!


Pan Henryk jest człowiekiem dyskusję podejmującym, a nie wydającym czytelnikom polecenia, jak MRR. Jest człowiekiem w towarzyskim obejściu ujmującym, dobrze wychowanym i nawet jeśli wypowiada się bezkompromisowo, to raczej w obronie tego, w co wierzy, a nie przeciwko temu, co uznaje za godne lekceważenia. Poza tym Henryk Bereza to niewątpliwy erudyta i stąd przynależy mu się szacunek braci literackiej i krytycznej (choćby i zbulwersowanej – jak ja – licznymi jego rozpoznaniami). Natomiast to, co powiada MRR świadczy, że do erudycji mu daleko (choćby i czytał książki pod krawatem, do czego przyznaje się w wywiadzie – “z szacunku dla literatury”).


Groteskowa jest też sama pozycja MRR, z której ówże wydaje się dumny. “Papież krytyki literackiej” mówiło się i wciąż mówi o nim w Niemczech. To zatem ktoś w stylu “Dyżurnego Krytyka Literackiego Kraju”, na podobieństwo “Dyżurnego Synoptyka”. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Naczelny Krytyk, którego słucha się jak wyroczni? Daleki jestem od wiary w istnienie tzw. cech narodowych, ale jakoś w tym przypadku tęsknota Niemców do tego, żeby był ordnung, a więc żeby istniała niepodważalna instancja wskazująca, co jest wartościowe w literaturze niejako ten stereotyp myślowy potwierdza.


A w miniony weekend (25 – 26.10) w “Rzeczpospolitej” artykuł Rafała Ziemkiewicza pod tytułem “Wygonić Gombrowicza Conradem”, który redakcja (bo nie chce mi się wierzyć, że sam autor, w końcu dyplomowany polonista) anonsuje jako “manifest literacki” (sic!).


Dzisiejszej polskiej rozmamłanej i beztożsamościowej kulturze potrzebny jest, powiada autor “Pieprzonego losu kataryniarza”, twardy program moralny i estetyczny. Potrzebny jest zatem Conrad, a nie ten fircyk Gombrowicz, którego groteskowe dekonstrukcje tylko zamęt w głowach Polaków (piszących i czytających) utwierdzają. Mniejsza o ten binarny, więc kosmicznie upraszczający sprawę, kontrast. Niech będzie, że na potrzeby publicystyczne Ziemkiewicz ową alternatywę tworzy i prowokacyjnie, jak to ma we zwyczaju, łechta niechęć rodaków do niegdysiejszych edukacyjnych wyczynów Romana Giertycha - co to chciał w szkołach Gombrowicza Sienkiewiczem egzorcyzmować.


Otóż nie zgodzę się z Ziemkiewiczem. Conrad? – owszem, nigdy dość Conrada, ale lektura Gombrowicza jest bardzo potrzebna, a zwłaszcza jego inkryminowanej przez rodzimych narodowców powieści “Trans – Atlantyk”.


Gombrowicz niepokornie budzi umysły - to banał, wiem, ale, jak widać, zawsze warto powtarzać rzeczy oczywiste (repetitio est mater studiorum?). Gombrowicz to narodowy psychoterapeuta, który leczy nas z jednej strony z zadufania i małostkowości, a z drugiej daje instruktaż, jak zbiorową słabość przekuć w siłę. Wielką lekcją Gombrowicza są porady jak z rozmaitych narodowych niedoskonałości – miast je wstydliwie chować i w ten sposób nabawiać się jedynie frustracji – uczynić jawny temat literatury, a zatem, jak je przezwyciężać.


Prowincjonalność, peryferyjność i idiosynkratyczność naszej kultury jest walorem – powiada autor “Pornografii”. Opiszmy je zatem, zanalizujmy - nie bojąc się śmieszności – mówi. Uczyńmy z nich tematy literackie, powiada. Zmierzmy się z własną małością, zróbmy z tego wypowiedź artystyczną. Transgresywną, a więc i formacyjną – kształtującą nowy model polskości zdolnej zmierzyć się z własnymi ograniczeniami i własną, chorą w pewnym sensie, tyle że motywowaną dziejowo, mitologią.


Natomiast MRR twierdzi, że literatura polska jest, podobnie jak rozmaite egzotyczne, ale małoistotne literatury afrykańskie czy azjatyckie, obiektem marginalnego zainteresowania kulturowego mainstreamu Zachodu.


No i dobrze. Naszą rzeczą jest robić swoje i opisywać siebie bez cenzury rozmaitych tabu, a nie nerwowo i niepewnie wspinać się na palce, by łaskawie oficjalni mędrcy, pokroju twórcy “Kwartetu literackiego”, zechcieli nas docenić w swej pańskiej wyrozumiałości.

Bowiem tylko to, co prawdziwe – jak oliwa – wypływa na wierzch. A na rozmaitych Dyżurnych Krytyków z ich zamknięciem, fobiami, retrospektywną i retroaktywną niereformalnością nie ma się co oglądać.


Jednym słowem - Gombrowicz rules! A Reich – Ranickiemu wypada powiedzieć – wzorem Bruno Jasieńskiego – adieu!

  

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 29-10-2008  |   komentarze: (21)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl