Szukaj

Południk 21 - trailer

Odpowiedź komentatorom

 

Do moich wpisów – „Nędza krytyków” ( z 18 sierpnia 2013) oraz „Przyjemności z dziwaczności” (z 10 września 2013) pojawiły się na tyle intrygujące komentarze/uwagi, że postanowiłem się do nich odnieść tutaj – na „stronie głównej”.

Chronologicznie zatem – wpis sierpniowy: pan Artur Nowaczewski pyta czemu już nie zajmuję się krytyką literacką i czy zacząłem ją uważać za „niepoważne zajęcie” (cyt. z Tomasza Burka)?

Dariusz Nowacki natomiast podnosi kwestię nieczytania przez recenzentów omawianych książek (na przykładzie powieści „Bezcenny” Zygmunta Miłoszewskiego).

Ad. 1: O tym, dlaczego przestałem zajmować się krytyką, wspominałem wielokrotnie, także na tym blogu. Od czasu do czasu zajmuję się jeszcze recenzenctwem, ale to przecież nie krytyka. A wycofałem się z krytyki z różnych, dopełniających się przyczyn: na przykład poznikały miejsca, gdzie można krytykę uprawiać, a tam - gdzie można „zmąciła się” ona z nauką; ja sam straciłem serce, by śledzić uważnie tendencje i zjawiska w nowej literaturze (wszak to powinność krytyka).

Pewną rolę odegrała też zmniejszająca się satysfakcja z tego zajęcia i rosnący – co tu kryć – egotyzm (po co zajmować się tekstami Innych, skoro ten czas można spożytkować na pisanie własnych?).

Zdewaluowało się także pojęcie krytyki, dziś każdy nieoczytany młokos, który popełnił dwa teksty na krzyż już od razu Wielki Krytyki…
Teksty krytyczne powinny stanowić fundament rozmów o literaturze, takich rozmów już się nie toczy… Nikt tak naprawdę nie czeka dziś na stanowisko krytyka… Co najwyżej teksty krytyczne są obecnie drogą do podreperowywania domowego budżetu przez autorów… I tak dalej… Ale nigdy nie uważałem krytyki za zajęcie niepoważne, raczej za „usługi dla ludności”, o czym pisałem wieki temu w ś.p. „Nowym Nurcie”.

Ad.2: W dawniejszych czasach też zdarzało się krytykom i „krytykom” nie czytywać omawianych książek. Lata temu poznałem bliżej dwóch całkiem znanych krytyków, z których jeden przyznał mi się, że omawiane książki czyta pobieżnie i po łebkach, bo nie ma czasu, a drugi – z szelmowskim uśmiechem – opowiadał, jak czyta jedynie początki i końce akapitów – stosując w praktyce teorię tematyczno – rematyczną spójności tekstu (sic!). Nawet jeśli obaj nieco koloryzowali, to raczej nie kłamali. Tyle, że obaj byli inteligentni i utalentowani, a po ich recenzjach i szkicach nie było widać, że, hmm, ściemniają…

Współcześni „ściemniacze” nie dorastają najwyraźniej tamtym geniuszom skrótu do pięt – co widać – poza tym upadł ostatecznie etos (jeśli wolno tak powiedzieć) krytyczny i recenzencki, co objawia się przenikaniem wypowiedzi oceniających i promocyjnych - i co gorsza oraz ważniejsza - kryptopromocyjnych. I w tym ostatnim clue całej sprawy.

Teraz druga sprawa, wpis wrześniowy pana Frońskiego: pisze on, w reakcji na moje narzekania, że publikuje się w Polsce obcojęzyczne powieści kryminalne w niezgodzie z chronologią ich ukazywania się w języku oryginału, iż w kanonie lektur szkolnych dzieła pisarzy również nie są przywoływane zgodnie z porządkiem czasowym.

A co ma piernik do wiatraka, za przeproszeniem? Kanon lektur nie zawiera całościowego zestawu tekstów jakiegokolwiek autora (nawet Mickiewicza ze Słowackim); są tam obecne teksty – z punktu widzenia ustawodawcy – emblematyczne z jakichś – mniej lub bardziej klarownych – powodów. Kanon lektur to poza tym narzędzie edukacyjne , a nie cel sam w sobie – też już o tym napominałem wielokrotnie.

Jeśli natomiast jakieś wydawnictwo komercyjne kupuje opcje na publikacje dajmy na to kryminałów np. Mankella, to oczekuję, jako klient, który za te książki dobrowolnie płaci i pozwala tym samym owemu wydawnictwu zarabiać, że nie będzie się mnie robić w bambuko: chcę mieć książki po kolei, a nie wydawane ruchem konika szachowego. Najpierw dostaję piątą z serii, potem trzecią, potem siódmą, a wreszcie pierwszą. Niektórym czytelnikom może być wsio rawno, ale mnie nie jest. To chyba jasne, monsieur?
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-09-2013  |   komentarze: (10)

NIKE bez mandaryna; nareszcie

 
 
Siódemka finałowa tegorocznej NIKE to pisarze mniej więcej w tym samym wieku, trzydziestoletni – czterdziestoletni. Dominuje proza, choć brawa należą się jury za śmiałość i dopuszczenie do ostatniego poziomu zmagań hybrydycznej książki Macieja Sieńczyka. Nie ma wśród finalistów żadnego mandaryna literatury – pisarza w wieku seniorskim, z dużym dorobkiem, zasiedziałego już nie tylko w literaturze samej, ale wręcz w historii tejże.

Czemu to ważne? Bo NIKE to niby nagroda „za najlepszą książkę” poprzedniego sezonu, ale kiedy w składzie finałowym pojawiali się owi mandaryni, zawsze werdykt ostateczny podszyty był pytaniem na ile to laur rzeczywiście za dzieło, a na ile za (także, również itd.) dorobek. Najjaskrawszym tego przykładem była nagroda dla Czesława Miłosza za „Pieska przydrożnego”. Jan Błoński, ówczesny przewodniczący składu sędziowskiego, zirytowany licznymi pytaniami czemu nagrodzono tak słabą pozycję, wypalił wprost: „A bo Miłosz do tej pory nie otrzymał żadnej znaczącej KRAJOWEJ nagrody literackiej.”

Obecne zmagania będą zatem bardziej, by tak rzec, konkurencyjne. A i poziom wyrównany – w zasadzie każda decyzja będzie tu dobra. Choć oczywiście trudno nie mieć własnych preferencji. Osobiście mniej cieszyłbym się z lauru dla Justyny Bargielskiej czy Kaji (Kai?) Malanowskiej, entuzjastycznie przywitałbym natomiast wyróżnienie dla wspominanego Maciej Sieńczyka lub Igora Ostachowicza. Czy jednak jury będzie aż tak odważne? Stąd domniemuję, że rozgrywka finalna odbędzie się pomiędzy Joanną Bator oraz Szczepanem Twardochem.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-09-2013  |   komentarze: (5)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl