Szukaj

Południk 21 - trailer

Znów wałkujemy kanon szkolnych lektur

W „Newsweeku” 37/2011 – tym z Nergalem na okładce udrapowanym we flagę narodową (trochę redakcja przyczadowała trzeba powiedzieć) – artykuł Cezarego Michalskiego o lekturach szkolnych („Lektura jako tortura”).
Jak śpiewa w „Warszawie” Muniek – „jesienią zawsze zaczyna się szkoła…” – i zaczyna się wtedy rytualne pisanie o szkole.
Do rzeczy. Michalski stawia w swoim tekście tezę – obecną skądinąd już od lat w dyskusjach zarówno specjalistów, jak i wśród publicystów – że kanon szkolny winien ulec wreszcie rewolucyjnym zmianom.
Nie pierwszy to tekst Michalskiego w „Newsweeku”, w którym autor ten wyważa otwarte drzwi lub pisze oczywistości. W swojej poprzedniej gazecie – „Dzienniku”, jaką z kolegami doprowadził de facto do upadku (dzisiejszy „Dziennik” to już zupełnie coś innego, fatalnego zresztą), międlił głównie antymichnikowszczyznę, gazetowo wyborcze kompleksy, a także zajmował się rozmaitymi wewnętrznymi problemami i podziałami w łonie polskiego konserwatyzmu, co najwyraźniej mało kogo obchodziło, skoro gazeta z czasem straciła czytelników i reklamodawców. W sumie nie wiem, które wcielenie CM gorsze – ale mniejsza z tym.
Bardzo to słaby artykuł, wcale zresztą nie tylko dlatego, że publicysta powtarza w nim, jak powiadam, oczywistości. Ważniejsze są dwie inne kwestie. Po pierwsze - Michalski patrzy na szkołę jako na całościową i jakby zintegrowaną strukturę, a wszak jest ona zróżnicowana: inna, pardon, „filozofia” kanonu obowiązuje na poziomie szkoły podstawowej, a inna na poziomie gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych (choć i tu widać znaczące różnice między tymi dwoma poziomami szkół). Po drugie – rozpatruje Michalski sprawy kanonu bez należytego rozpatrzenia kwestii nadrzędnej – czyli modelu kształcenia i wychowywania, jaki panuje w polskiej szkole.
Lektury bowiem zawsze są pochodną tegoż modelu kształcenia, stanowią raczej narzędzie niż sam cel nauczania.
Po kolei. Na poziomie szkoły podstawowej obowiązuje model kształcenia poznawczego i wychowawczego. Lekcje języka polskiego mają dziecko wprowadzić w świat, ale też w język i sposoby obrazowania świata. Na poziomie wychowawczym mają wprowadzić i utrwalić problematykę podstawowych norm moralnych (to oczywiście gigantyczny skrót, ale nie chcę zanudzać niuansami metodycznymi). Tu oczywiście można uczynić wiele rewolucyjnych kroków, zmieniając dramatycznie tytuły. Szło by głównie o to, by stały się one adekwatne do współczesności tak, by dziecko nie miało wrażenia, że czyta o świecie, którego już nie ma i którego realiów nie rozumie. Przykład: moi rodzice, ja sam, a teraz moje dziecko czytało w szkole „Plastusiowy pamiętnik”. Bardzo zacna książka, choć mam wrażenie, że Weronika krócej czytała zadane fragmenty niż ja później musiałem jej objaśniać co to jest „stalówka”. Na tym etapie kształcenia można wymienić lektury, nie zaprzepaszczając celów kształcenia.
Gorzej z lekturami na poziomie ponadgimnazjalnym. Tu idzie bowiem nie tyle o model szkoły, ile o model „produktu finalnego” – czyli umysł i osobowość absolwenta. Dziś nie ma spójnej wizji takiego człowieka, bo model kształcenia polonistycznego sam w sobie jest chaotyczny. Ponadto jest efektem rozmaitych nieskoordynowanych reform i reformek na przestrzeni lat, jest efektem rozmaitych drobniejszych i poważniejszych pomysłów, a wszystkie one z rozmaitych parafii.
W tzw. „starym” liceum (czteroletnim) uczono głównie historii literatury oraz budowano (to znaczy starano się budować) wzorzec patriotyczny i obywatelski oparty głównie na romantycznym dziedzictwie oraz tematach państwowo – twórczych (wszystko jedno czy za komuny czy później; teksty się oczywiście zmieniały, istota – tak, tak – pozostawała taka sama).
Dziś szkoła nie wie jak ma uczyć, bo nie wie jaki ma być ten „produkt finalny”. Zatem powiela stare wzorce, posługuje się tekstami zasiedziałymi w metodyce nauczania. Nauczyciele poza tym - na ogół – nie znają współczesnej literatury, bo nikt od nich tego nie wymaga, więc uczą na tym, co znają.
Nie chodzi więc o to, by wywalić z kanonu ten czy inny niezjadliwy dziś utwór literacki, albo też nie katować młodzieży – dajmy na to -  mesjanistycznymi tekstami rodem z XIX wieku, w zamian za to oferując Harry Pottera czy książki Dicka.
Kanon ma być dostosowany do wizji młodego absolwenta z maturą, bo to jest finał ogólnego kształcenia. Byłoby lepiej, gdyby Michalski wysilił mózgownicę i może coś na ten temat napisał.
Tyle że to wymaga wysiłku, a o tym, że może by tak zrezygnować z tego czy owego w kanonie lektur na rzecz innego tego czy owego – to już, przepraszam bardzo – ale każdy średnio inteligentny człowiek mógłby coś powiedzieć.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-09-2011  |   komentarze: (2)

Z punktu widzenia skromnego jurora

Od ponad roku mam zaszczyt uczestniczyć w obradach Kapituły przyznającej comiesięczną nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej (fundowanej przez władze miasta stołecznego). Spotykamy się regularnie, w nader wybitnym gronie tłumaczy, badaczy, krytyków i znawców literatury. Czytamy sporo książek i to bardzo rozmaitych.
Z tej mojej działalności kilka refleksji, co pewnie nie nowe.
Po pierwsze – wydawcy wcale nie tak chętnie podsyłają nam swą produkcję. Ba! Bywają i takie wydawnictwa, które wręcz sami prosimy – domyślając się, że ta czy inna książka wydaje się wartościowa – o egzemplarze. A jednak spotykamy się – nie tak znów rzadko – z nieufną czy nawet lekceważącą postawą edytorów.
Po drugie – obserwując listy bestsellerów, publikowane w rozmaitych gazetach papierowych, dostrzegamy, że grono faworytów czytelniczych dramatycznie nie pokrywa się z – i to już od pewnego czasu – z naszymi faworytami do nagród. Jakby istniały dwie literatury: ta, która jest kupowana i ta, która, poddawana recenzji jakościowej, broni się jakoś, oferując czytelnikowi przeżycia, tak to nazwijmy, „wyższego rzędu” (filozoficzne, epickie, językowe, intelektualne, egzystencjalne itd.).
Druga obserwacja jakoś uzasadnia tę pierwszą. Żeby dostać nagrodę – nawet tak skromną jak Warszawskiej Premiery Literackiej – książka musi jednak, mówiąc staroświecko i nieco kolokwialnie, reprezentować jakiś poziom. Żeby się dobrze sprzedać – jak ilustrują kształty bestsellerowych notowań – najwyraźniej nie musi, a może nawet – tak to ujmę – nie powinna.
Bo, powiedzmy to wyraźnie, na tych książkowogiełdowych notowaniach, z całym szacunkiem, ale zwykł dominować ostatnio wulgarny chłam. I tyle. Książki śmiecie oraz książki rozrywkowe – i to z dolnych rejonów zabawy.  
Nagrody literackie najwyraźniej przestały spełniać funkcje maszyn promocyjnych (bronią się jeszcze twierdze Grenady, np. Nike czy Nagroda Gdyni). Jakieś tam historie o młodocianych wampirach czy kresowych bibrownikach – egzorcystach mają swoją publiczność, której obojętna jest fachowa czy instytucjonalna recenzja. Ten fenomen nie pojawił się ostatnio – ta sytuacja narastała i krystalizowała się przez lata – ale teraz najwidoczniej nastąpił przełom i wreszcie widać to wszystko wyraźnie.
Ma to też przełożenie na rynek. Nagroda dla wybitnej, niszowej jednak książki to raptem kilka, góra kilkadziesiąt tysięcy złotych (w przypadkach ekskluzywnych – jak Nike, Angelus czy Gdynia – 100, 150 tysięcy). A to przecież równowartość honorarium za jedną, dobrze sprzedającą się pozycję z gatunku śmieciowych.
Oczywiście – pozostaje jeszcze kwestia prestiżu, dumy i ewentualnego medialnego rozgłosu. Twórcy śmieciowi zdają się jednak absolutnie lekceważyć ten aspekt. Ktoś tam zgarnia jednorazową śmietankę gotówkową i medialną, a oni tymczasem liczą realną kasę, która wpływa regularnie na ich konta.    
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 07-09-2011  |   komentarze: (4)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl