Szukaj

Południk 21 - trailer

Według mistrzów cz. II (Czesław Miłosz)

 
 
W mojej ulubionej książce autora "Trzech zim", czyli w "Widzeniach nad Zatoką San Francisco", jest taki malutki, ledwie dwustronicowy, rozdzialik pod tytułem "Co się czuje wobec zbyt dużego obszaru".

Opowiada w nim Czesław Miłosz o stanięciu oko w oko z naturą. A właściwie Naturą, bo idzie tu o doznania z rodzaju najmocniejszych, najbardziej wyrazistych:
“Być siłą postawionym wobec Natury. To znaczy na przykład znaleźć się w górskich lasach gdzieś przy Feather River i nie mieć żadnej ochrony przeciwko głazom, sosnom o półtorametrowej średnicy, gmatwaninie suszu, sprażonej ziemi”.

Obrona człowieka przed nicującym go na przestrzał doświadczeniem ostateczności tkwi, oczywiście, w kulturze (cywilizacji?):
“Im głębiej zanurzamy się w kokon utkany z mowy, z ruchomych obrazków na ekranach, z papieru wypluwanego przez maszyny rotacyjne, tym bezpieczniej.”

A jednak zmierzenie się z Naturą - przekraczającą miarę wyobraźni - to poczucie bezpieczeństwa niszczy:
“Wobec sosen przy Feather River czy na skalistych cyplach obryzgiwanych wybuchami oceanicznej bieli, dokąd wiatr przynosi ryki lwów morskich, czy na zboczach góry Tamalpais, skąd poszarpany w przylądki kres lądu i morza jest pierwszym dniem stworzenia, stoję odarty, pozbawiony. Nie osiągnąłem nic, nie uczestniczyłem w żadnej ewolucji czy rewolucji, nie mogę poszczycić się niczym, bo upada cała zbiorowa zabawa wywyższań się i poniżeń. Obcość, obojętność, wiecznotrwałość kamienna czy kamieniopodobna i ja, w porównaniu z nią, błysk sekundy, tkanki, nerwy, pompa serca, poddane, co najgorsza, tej samej niepojętej zasadzie, która rządzi tym, co przede mną i co jest dla mnie samowystarczalnym przeciwsensem.”

Rozważania te przypominają mi znany wiersz Juliusza Słowackiego “Smutno mi Boże (Hymn)”, gdzie bohater liryczny, obserwując piękny zachód słońca nad morskimi toniami, opisuje swój bezbrzeżny smutek spowodowany (między innymi) uświadomieniem sobie obojętności wiecznej maszynerii świata na krótkie i niemające nań wpływu pojedyncze ludzkie życie – które, będąc samo w sobie mikrokosmosem, w innej skali zamienia się w pustkę (i o tym bardziej jest ten wiersz, a nie o tęsknocie za Ojczyzną, jak się zwykło czytywać go w szkołach!).

Nie jest więc Miłosz uczniem Rousseau’a ani entuzjastą opowieści w duchu „Walden”, bowiem odrzuca poeta lekcję sentymentalizmu oraz jego rozmaitych kontynuacji. Niemniej dostrzega twórczy wpływ Natury na człowieka – ale przez konfrontację:
“Nie zaliczam się do poszukiwaczy niezwykłych krajobrazów, nie fotografuję panoram Natury. Sama dla siebie ani piękna, ani brzydka, jest chyba tylko ekranem dla ludzkich wewnętrznych piekieł i rajów (a tu jednak czytelny ślad romantycznej wrażliwości! – JK). A jednak majestatyczna przestrzeń wybrzeży Pacyfiku niepostrzeżenie wnikała w moje sny, przerabiała mnie, pozbawiając i przez to może wyzwalając.”

Jest to jednak wyzwolenie ku nicości, które znów domaga się kruchej obrony:
“Teraz usiłuję chronić się w te stronice, ale moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów."

Bliskie mi są te rozważania, także i z zupełnie innych powodów. Tak o Naturze pisać może Europejczyk skonfrontowany z przestrzeniami “ponadnormatywnymi". Wszak europejskie krajobrazy, nawet te uchodzące na Starym Kontynencie za rozległe, nie mogą się mierzyć żadną miarą z rozległościami pobrzeża Pacyfiku, pustyniami Afryki czy wschodnioeuropejskim – a jeszcze lepiej azjatyckim – stepem (pamiętamy zapis transgresywnego z nim spotkania pióra Adama Mickiewicza w “Stepach Akermańskich”). Miara wielkości może stanowić zatem czynnik destrukcyjny.

Ale też niekoniecznie. W jednym z wywiadów z Andrzejem Stasiukiem czytam zachwyt pisarza nad stepowymi krajobrazami, które przyciągają, oszałamiają i oferują to, co nawet wielka w europejskich kategoriach natura nie daje człowiekowi. Mianowicie – według Stasiuka – kreacyjną moc tkwiącą w pustce, w dezorientacji wzroku, w jednoznaczności widoku ostatecznego starcia Ziemi z Niebem. “Czysta metafizyka” – powiada Stasiuk.

Nigdy nie stanąłem twarzą w twarz ze zbyt dużem obszarem. Być może kiedyś. I jestem ciekaw, jeśli to się stanie, której stronie przyznam wtedy rację: Miłoszowej czy Stasiukowej?

Na razie chodzą mi po głowie dwie anegdotki. Przywołuję je, by nie utonąć zanadto w powadze.

Na początku lat 90. pracowałem w Centralnym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli, który wtedy zajmował się (między innymi) wysyłaniem polskich nauczycieli do rozmaitych krajów na Wschodzie (od Białorusi po Kazachstan), by grali role native speakerów w zasiedziałych tam polskich społecznościach. Rzecz była ważna, bo tamtejsi Polacy – ci, którzy pozostali i ci, których niegdyś wywieziono – przez lata komunizmu byli od macierzy, więc i od języka, odcięci.

Na takie misje jeździli zazwyczaj albo młodzi nauczyciele, którzy jeszcze nie zakorzenili się zawodowo i rodzinnie, albo w miarę młodzi emeryci, którzy już cieszyli się swego rodzaju wolnością ("dzieci odchowane - mogę jechać!") i traktowali to wyzwanie jako swego rodzaju przygodę "na starość". Potem przyjeżdżali i przynosili sprawozdania z pobytu, co kończyło się zazwyczaj miłą rozmową przy kawie i rozmaitymi opowieściami.

Pewnego razu przyszło mi w zastępstwie koleżanki przyjmować sprawozdanie dwóch zażywnych emerytów, którzy przez rok uczyli potomków polskich zesłańców z czasów II wojny światowej w jakiejś dziurze w Kazachstanie. I taką usłyszałem historię:
“Siedzimy sobie, proszę pana, jednego wieczora przy wódeczce, rozmawiamy, papieroski palimy, miło jest. Noc już zapada, ciemno, nad stepowym niebem gwiazd jakby ktoś kropidłem białą farbą pokropił. A tu nagle – pierdut! W oddali, ale znów wydawało się, że całkiem blisko, panie, słup ognia i dymu takiego siwego z czarnym. I huk, jakby to bomba, panie, co najmniej atomowa walnęła. No to, myślimy, wojna czy co? Wyskoczyliśmy na ulicę, złapaliśmy jakiegoś podążającego zygzakiem autochtona i dawaj, pytać go, co to takiego? A on tylko spojrzał, pogapił się i machnął ręką. To – mówi –niczewo, eto Bajkonur, tam rakieta startuje. Tylko, że, panie, Bajkonur 700 kilometrów od nas, a nam się wydawało, że to za oknem. Taki jest, panie, step.”

A teraz historyjka druga, ilustrująca podejście, tak je nazwijmy, czysto funkcjonalne - a więc wyzbyte zbędnej kontemplacji. 

W latach 80. uczęszczałem podczas studiów uniwersyteckich na zajęcia wojskowe, które wtedy były obowiązkowe dla wszystkich. Ten element "edukacji" to cały kabaret, trochę wszakże podszyty grozą. Pisałem o tym zresztą w kilku miejscach, najwięcej w “Jak nie zostałem menelem”, więc nie będę zanudzał.

Pamiętam jedne takie “zajęcia” na temat broni pancernej, prowadzone przez oficera Ludowego Wojska Polskiego, czołgistę, najwyraźniej entuzjastę swej profesji i militarnej specjalizacji. Najpierw długo gadał o uzbrojeniu, a potem dopiero o taktyce użycia wojsk pancernych - ale z jakąś taką skwaszoną miną. Dopiero pod koniec "wykładu" wytłumaczył nam, że w Europie nie ma dziś warunków dla porządnego użycia czołgów, bo w zasadzie cały Stary Kontynent (przynajmniej ta zachodnia i centralna jego część) to teren zabudowany, a w takiej sytuacji rozwinąć masowego natarcia siłami pancernymi nie sposób. Ale wspomniał, że był kiedyś na wielkim poligonie czołgowym, gdzieś w radzieckich (tak się wtedy mówiło) stepach. Oblicze mu, na to wspomnienie, wyraźnie pojaśniało, rozchmurzył się i uśmiechnął, a potem, ekscytując się coraz bardziej, opisał nam, jak w tamtych okolicznościach przyrody rozwinąć można formację całej dywizji pancernej w ataku i jakie to podniecające doświadczenie.

Wyobrażam go sobie, jak dziś – pewnie emeryt – śni swój piękny sen: setki stalowych maszyn rwą przez nikogo niezamieszkałe przestrzenie pokryte wysoką trawą, niebo jest czyste, słońce świeci, gąsienice bojowych maszyn podnoszą pył ziemi, a serce czołgisty gra najpiękniejsze z możliwych melodie.  
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 21-09-2009  |   komentarze: (1)

Idiosynkrazja, Metafora, Gołosłowność, Indyferencja

Fraza tytułowa przyszła mi na myśl na wzór – oczywiście – znanego tytułu wiersza Kazimierza Przerwy – Tetmajera “Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie”. Ale nic z młodopolskim autorem niniejszy tekst nie będzie miał wspólnego, to tylko taka wolna asocjacja.

Zapewne każdy z nas doświadczył choćby raz w życiu takiego krępującego zdarzenia, gdy nie przyznał się do pewnej niewiedzy lub, co gorsza, udawał rzeczy znajomość, a potem – i to w sytuacji publicznej – jego ignorancja wyszła na jaw. “Czytał pan ostatnią książkę Iksa? Ależ oczywiście!” A potem kompromitacja, bo się, dajmy na to, nie znało rudymentarnych epizodów fabuły.

Wariantem takiego wydarzenia może być “wpadka na własne życzenie”, gdy delikwent nieopatrznie prokuruje swoje własne faux pas.

Czytam oto w prasie tekst o zespole “Behemoth” i jego liderze Andrzeju Darskim “Nergalu”, gęsto poprzetykany wypowiedziami samego muzyka. Rzecz całą obrastają, jak niektórym wiadomo, głośne sprawy obyczajowo – towarzyskie z kręgów polskich celebrytów, ale także wiadomość o odnotowaniu najnowszych dokonań grupy (płyta “Evangelion”) przez magazyn “Billboard” (krążek znalazł się tam na 55 miejscu słynnej listy) – co uznane zostało w kraju za wielki sukces.

Jaką muzykę gra “Behemoth” mniej więcej wiadomo, a i styl sceniczny muzyków też jest wyrazisty. Nie kpię – sam słucham muzyki niepoważnej, głównie rocka, więc nie idzie tu o żadne poczucie wyższości konesera z wydelikaconym uchem. Choć przyznam, że akurat fanem “Behemotha” nie jestem. Zarówno ze względu na kiczowaty wizerunek sceniczny, który wydaje mi się – nie obrażając żadnego miłośnika zespołu, jeśli takowy znajdzie się wśród czytelników niniejszego bloga – obliczony jest raczej na widza/słuchacza niepełnoletniego i niezbyt wymagającego od swego intelektu (choć, z pewnym zdziwieniem, spotkałem w Szwecji muzyków awangardowych, którzy “B” słuchali), jak i nazbyt radykalną, jak dla mnie, formułę muzyczną.

“Nergal” ewidentnie we wspomnianych wypowiedziach starał się zburzyć stereotypy (a zatem zdaje sobie z ich istnienia) narosłe wokół “B” i dawał do zrozumienia, że to, co zespół robi jest pewną kreacją, spektaklem – a nie wyrazem poglądów czy przekonań osobistych (światopoglądowych, religijnych etc.) muzyków.

Jednym z dowodów jego wysublimowania miało być powołanie się na teksty Tadeusza Micińskiego, którego zresztą jeden wiersz – słynny “Lucifer” – został przez “B” włączony do którejś z ich piosenek (i, zdaje się, wyśpiewany gościnnie przez Macieja Maleńczuka).

“Nergal” powiada, że zakupił sobie w internecie kilka tomików poetyckich Micińskiego i ich lektura wielce go zainspirowała. To akurat rozumiem, bo można znaleźć u autora “Bazylissy Teofanu” intrygujące wątki lucyferyczne, rzecz jednak w tym, że Tadeusz Miciński jest autorem tylko jednego tomiku wierszy – “W mroku gwiazd” (1902). Potem, w 1931 rozpoczęto, acz nie ukończono, edycję dzieł zebranych (pod red. Artura Górskiego), w których pomieszczone miały być także rozmaite poetyckie pisma rozproszone (w tym poematy prozą poetycką – np. “Niedokonany”). Po wojnie oczywiście wydawano wiersze TM w rozmaitych konfiguracjach (np. wiersze w 1957 r.), ale wszystko to były co najwyżej permutacje tego samego zestawu tekstów.

Albo więc Adam Darski zwyczajnie “ściemnia” co do lektury TM i jedynie udaje mądrzejszego niż jest (a ktoś mu te teksty po prostu podsunął), albo – rzeczywiście zakupiwszy via internet – rozmaite spermutowane wydania poezji TM nie zorientował się, że to wciąż jedynie wariacje wokół tego samego korpusu tekstów. A to znów nie wystawia zbyt dobrej cenzurki jego inteligencji, co do której tak chciałby nas przekonać.

Bzdura, ktoś powie, i trochę będzie miał rację. Ale faux pas “Nergala” to metonimia (czy może raczej synekdocha?) sytuacji, z jaką niejednokrotnie spotykałem się w literaturze.

Oto autor popularny, przez publiczność doceniony – co przekłada się na ilość sprzedanych egzemplarzy książek – przez media dopieszczony (te wywiady w “Vivie” dajmy na to, “Zwierciadle”, “Gali”; a także udział w rozmaitych telewizyjnych enterprezach!). Ale pożądający więcej – uznania krytyków, badaczy, fachowców, intelektualistów i docenienia nie tytlko samego dzieła, ale i niego samego! Parnas finansowy i medialny to oczywiście rzeczy przyjemne, ale żeby jeszcze tak mnie chwaliły wielkie nazwiska nauki, żeby omawiano mnie i moją twórczość na uniwersytetach! Dalej więc robić z siebie mocarza intelektu i erudytę, dalej puszczać oko, że to, co piszę to oczywista kreacja, ponad którą stoję – świadomy jej kształtu i ograniczeń. No i wreszcie frustracja, jeżeli krytycy/fachowcy/badacze nie nabiorą się na ten cały cyrk.

A teraz z innej (choć jednak trochę pokrewnej) beczki. 

W pewnym poznańskim piśmie kulturalnym, niegdyś pierwszoligowym a dziś już nie, ukazała się recenzja, a właściwie omówienie książki Richarda Rorty’ego “Przygodność, ironia, solidarność” (właśnie wydanej w Polsce przez nieocenione W.A.B), pióra pewnego młodego doktora z UAM. Nie podaję konkretów, bo nie zamierzam nagłaśniać tego tekstu (i autora), gdyż na to zwyczajnie nie zasługują. Podam wszakże podstawowe dane, żeby można było tekst i jego twórcę namierzyć, jakby kto chciał podjąć taki wysiłek. A zatem: pismo było w latach 90. forpocztą zmian kulturalno - literackich w kraju, powiada się, że obok “bruLionu” najważniejsze. Odkryli tam Nataszę Goerke i Olgę Tokarczuk, wydawnictwo przy piśmie afiliowane opublikowało też tomik wierszy Andrzeja Stasiuka. A numer pisma, w którym rzeczony artykuł znajdziemy, to 3/2009, tekst zamieszczono na stronach 162 – 164 - jego tytuł: “Pożytki z Rorty’ego”.

Omawiając pisarstwo Rorty’ego, jednego z filarów postmodernizmu (czy też ponowoczesności) młody, acz utytułowany już naukowo, badacz de facto omawia (pobieżnie oczywiście – to wszak tylko recenzja) idee poststrukturalizmu w krytyce i badaniach literackich oraz sprawy z pogranicza literatury i filozofii. Poststrukturaliści – my też tu pozwolimy sobie na dość radykalny skrót (wszak to tylko internetowy felieton) – widzieli w krytyce i – szerzej – badaniach literackich przedłużenie samej twórczości - tylko innymi metodami (żeby się podeprzeć parafrazą klasycznej formuły Clausewitza). Stąd dla krytyki, podobnie jak poezji, kluczowym chwytem jest metafora, a nie opis czy też klasyczna hermeneutyczna interpretacja oparta na kategorii rozumienia. A zatem kreacja, a nie objaśnianie. Celem zaś krytyka, badacza, filozofa – jak powiada młody, acz utytułowany naukowo, autor - jest: “odciśnięcie idiosynkratycznego śladu w kulturze” (s. 163).

Fajnie. Rzecz w tym, że przełom ponowoczesny w badaniach literackich opiera się w sporej mierze na rozmaitych metatezach językowych, tzn. - na nowych igraszkach znaczeniami funkcjonujących już desygnatów językowych. Pardon, zagalopowałem się. Jeszcze raz: nazywaniem po nowemu, tego, co nie nowe. Dziś mamy więc metaforę w pisarstwie krytycznym, a idiosynkratyczność w pisarstwie artystycznym (czy też w ogóle w pisarstwie), kiedyś były natomiast: “swoistość”, oryginalność”, “dykcja”, “idiom”, samodzielność” itd. Kiedyś wykorzystywano pojęcie “opowieści”, a dziś wszyscy (od politologów po antropologów) posługują się (metaforycznie, rzecz jasna!) pojęciem “narracji”...

Nowe narzędzia badawcze, na które tak lubią powoływać się poststrukturaliści oraz ich bardziej lub mniej świadomi epigoni mają umożliwić rzetelne zajęcie się tymi artystami, których twórcze działania wymykają się starym metodom opisu, ergo pozostają poza siłą rażenia wypracowanych na gruncie humanistyki klasycznych metod objaśniania znaczeń.

Ale oto młody, acz utytułowany już naukowo, badacz – zwolennik nowych narzędzi badawczych - nie wytrzymuje i pisze tak:

“Otóż od poetów nie wymagam “dobrze ustawionego głosu”, którym podniecał się kiedyś pewien słynny, choć przeciętny, poeta, w ich tekstach szukam przede wszystkim autorskiego pomysłu na inspirującą opowieść o naszym usytuowaniu w rzeczywistości, rzeczywistości tekstowej i egzystencjalnej.

Taką opowieść, którą można również czytać jako elegancką i pokrzepiającą alternatywę na banalne, koturnowe, apodyktyczne, zakochane w swojej mądrości wiersze takich autorów, jak Miłosz, Herbert, Szymborska, Krynicki et cetera.
Był czas, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem ich teksty, potem jednak zrozumiałem, że więcej mogą mi zaoferować tacy charakterystyczni poecie, jak Zadura, ostatnio przedstawiający się jako osobliwy aforysta, czy na przykład Sommer, perfekcyjnie operujący figurą pytania; poeci, którzy w przeciwieństwie do tamtych przereklamowanych gwiazd, nie ośmielają się prezentować czytelnikom złotych myśli, namaszczonych konkluzji, ironicznych bon motów obutych w ciepłe papucie, ale proponują ironiczne podejście do naszych słowników i gramatyk.” (s 163- 164)

Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się za rzecz biorą młodzieńcy z napakowanym ego, to i skądinąd ważny dla humanistyki projekt krytyki ponowoczesnej potrafią w swych domorosłych realizacjach skompromitować.

Morał: jak się za bardzo przejmiesz Metaforą i odciskaniem Idiosynkratycznego śladu w kulturze, a brak ci subtelności - to efektem jest co najwyżej Gołosłowność oraz Indyferentość czytelnika wobec twojego tekstu.

PS1 Pamiętam, że kiedyś “Fakt” zamieścił analizy piosenek Stachursky’ego i porównał je z analizami wierszy Szymborskiej. Efekt: należy zgłosić Stachursky’ego do literackiego Nobla, bo piosenkarz nie pisze gorzej.

PS 2 Jeszcze jeden przypis do spiskowej teorii literatury, o której na łamach tego blogu już kiedyś wspominałem.
Pewien starej daty badacz uraczył mnie taką oto, mniej więcej, “narracją”: “Panie Jarosławie, a jak pan myśli, czemu te rozmaite młode wilki krytyki tak kąsają po łydkach Miłosza, Szymborską, Barańczaka, Zagajewskiego, Różewicza i głoszą laudacje twórczości Sosnowskiego (Andrzeja), Sommera, Zadury? To przecież jasne! Jakby mieli coś ciekawego o Szymborskiej czy Miłoszu napisać, to musieliby się zmierzyć z kilometrami analiz i interpretacji już napisanych, musieliby się skonfrontować z najważniejszymi badaczami w tym kraju, z najważniejszymi nazwiskami i autorytetami. A o Sosnowskim (Andrzeju) czy Zadurze to kto pisał? To czysty marketing, proszę pana, i zastosowanie reguł rynkowych do naszej krytycznoliterackiej niszy, nic więcej. Lansujemy swoich mistrzów na przekór dawnym, uznanym. Bo tak możemy, sięgając po tę cała sieczkę dekonstrukcji, zrobić z nich wieszczów, a nade wszystko zbić nasz badawczy kapitalik.”

Przyznacie państwo, że może Metafora w tym wszystkim nie najprzedniejsza, ale za to jaka Idiosynkratyczność!  
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 04-09-2009  |   komentarze: (5)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl