Pochwała "Przesłania Pana Cogito"

Mamy rok Herbertowski. Z tej okazji ukazują się w prasie rozmaite teksty na temat samego autora „Struny światła” oraz jego twórczości. Niektóre z nich domagają się reakcji:
 
“Poetów należy używać” napisał niegdyś Rafał Wojaczek. O używaniu poezji Zbigniewa Herberta dla –głównie – politycznych celów pisze Cezary Michalski („Herbert wreszcie zwolniony ze służby” – „Dziennik” 29.07.2008). Natomiast na inną modłę “używa” Herberta Andrzej Horubała („Czytając Herberta nieodświętnie” – „Rzeczpospolita” 19-20.07.2008).
 
Idzie mu o „odbrązowienie” (termin Boya – Żeleńskiego, oznaczający weryfikację, pomniejszenie) wizerunku poety, który rzeczywiście – od połowy lat 80. aż po początek lat 90. jawił się wieszczem Polski opozycyjnej, ukochanym poetą inteligencji kontestującej komunizm. Był także pisarzem, który, jak rozumiem dzisiejszych „odbrązawiaczy”, zniewolił wyobraźnię Polaków, ich myślenie estetyczne (ale też polityczne) w formule neoromantycznej – pełnej frazesów moralnych, patosu, nieautentycznych póz i gestów. A powszechny kult Herberta miałby być o tyle szkodliwy, że jak każdy kult wieszcza, zwalnia wyznawców od samodzielnego myślenia i własnych poszukiwań.
 
Krytyczne szkice nawet o największych bohaterach literatury czy historii są oczywiście potrzebne, byleby tylko były rzetelnie wykonane. Artykuł Horubały natomiast to przykład nierzetelnego warsztatu zdradzającego spore braki w sztuce interpretacji i naginania przesłań przywoływanych wierszy do własnego widzimisię. Kto nie wierzy, niech zobaczy jak Horubała omawia „Rozważania o problemie narodu” czy „Potęgę smaku” i jaką ignorancją się wykazuje (nie wie np. że tautologia bywa jednym z chwytów artystycznych, albo że metaforyczne znaczenia słowa „węzeł” nie odwołują się jedynie do zniewolenia. No bo jest wszak i „węzeł drogowy” i – zwłaszcza – „małżeński”). Poloniści wszystkich krajów będą więc mieli niezły ubaw i świetny materiał poglądowy dla uczniów czy studentów do zajęć na temat nadinterpretacji.
 
Horubała – i to jest nawet większy grzech jego artykułu – lansuje m.in. prostacką tezę, że Herbert w latach 70. i później świadomie pisał wiersze, mówiąc potocznie, „pod publiczkę” (i dlatego właśnie miałyby one być słabe artystycznie), wpasowujące się w oczekiwania opozycyjnie nastawionej części społeczeństwa, co pozwoliło mu osiągnąć status wieszcza narodowego. Sztandarowym przykładem miałoby być właśnie „Przesłanie Pana Cogito”.
 
Nic bardziej mylnego. Ten wiersz ukazał się w tomiku „Pan Cogito” w roku 1974, wcześniej był drukowany w prasie literackiej jako „Przesłanie” (jego geneza zatem znacznie wyprzedza pojawienie się samego konceptu Pana Cogito jako bohatera lirycznego). Pierwsze wiersze o Panu Cogito Herbert drukował już w 1969 roku w „Twórczości”. Do jakiej wspólnoty opozycyjnej miałby je wtenczas adresować? Jaką intrygę wokół własnej wielkości w ten sposób snuć? Wszak bardziej zorganizowany ruch opozycyjny w PRL –u pojawia się tak naprawdę po “wypadkach radomskich” w 1976r., a masowe przebudzenie społeczeństwa historycy datują na rok 1979, czyli czas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny (czy to słuszna cezura – nie wiem – ale innej historycy dotychczas nie wygenerowali).
 
Tak to już jest, że poeci zazwyczaj nie są odpowiedzialni za to, co robią z ich wierszami czytelnicy. Herbert nie pisał dla mas, to masy – to my (piszę, bom smutny i sam pełen winy) – wybraliśmy go sobie wówczas na wieszcza (ale prawda też, że mu to najwyraźniej schlebiało). Czytaliśmy ongiś Herberta w duchu patriotyczno – politycznym, spłycając jego liczne wiersze do bieżących aluzji. A Cezary Michalski najpierw przygania Horubale, że ten w latach 80. budował swoją pracą w opozycyjnej prasie tyrtejski pomnik Herberta, by teraz go za to, co sam uznawał za zalety pisarstwa autora „Pana Cogito”, krytykować. A później jeszcze wspomina, że w niegdysiejszej (druga połowa lat 80.) redakcyjnej dyskusji pisma „bruLion” (którego sam Michalski był wtedy współredaktorem) Tadeusz Komendant zaproponował utworzenie Ligi Obrony Poezji Polskiej przed Zbigniewem Herbertem (co było postulatem wyzwolenia spod dominacji Herbertowej poetyki i ideologii), a „młodzi redaktorzy bardzo się tym pomysłem entuzjazmowali”. Byłoby pewnie lepiej, gdyby szanowni dyskutanci wnioskowali wówczas o zawiązanie Ligi Obrony Poezji Herberta przed Głupawymi i Politycznie Zafiksowanymi Czytelnikami.
 
Bo „Przesłanie Pana Cogito” to arcydzieło, jeden z kanonicznych wierszy polskich XX wieku. Wbrew prostodusznym interpretacjom (a la Horubała, ale powtarza on pomysły mądrzejszych od siebie) nie jest to wiersz antytotalitarny, polityczny, sztucznie nadęty patosem. Tak go czytaliśmy na przełomie lat 70. i 80., bo wpasowywał nam się w nasze oczekiwania. A tak naprawdę to przecież wiersz utrzymany w duchu egzystencjalnym i w tradycji Conradowskiej. Nie mówi się w nim o wspólnocie, tylko o indywidualnym wysiłku moralnym. Powiada Herbert – i zwraca się ze swym przesłaniem nie do zbiorowości, ale do jednostki ludzkiej świadomie żyjącej - że wartości etyczne – choć niewymierne i nieprzynoszące żadnych konkretnych zysków – powinny stanowić dla człowieka miarę jego istnienia. I nie daje żadnego pocieszenia. Nasze życie jest bowiem ograniczone śmiercią, powiada, na tym świecie zło zazwyczaj triumfuje, ale to właśnie jest powód, byśmy nie odpuszczali! W imię heroizmu istnienia powinniśmy zaakceptować tragizm naszej egzystencji (wzorem zarówno wielkich bohaterów – Gilgamesza, Hektora, Rolanda, jak i Camusowskiego Syzyfa), jeśli chcemy usensowić nasze ziemskie bytowanie. Ten wiersz czytaliśmy w dawnych latach jako manifest postawy opozycyjnej wobec reżimu. Ale czyż Herbert nie miał czegoś więcej na myśli? Czy bowiem wygrana ludzi niegodziwych (ich sukcesy, powodzenie, żerowanie na słabszych), triumf bezsensu, poczucie klęski jednostki moralnie wrażliwej, to tylko realia komunizmu? A dzisiaj jest inaczej? Demokracja i wolny rynek pozwalają triumfować jedynie sprawiedliwym, uczciwym i godnym?
 
Herbert był mistrzem aluzji symbolicznej, pozwalającej czytać jego wiersze zarówno doraźnie, jak i uniwersalnie. Wspomina o tym Michalski, gdy mówi o sukcesie wierszy autora „Struny światła” w Ameryce. I tu akurat ma rację. To myśmy sami spłycili niegdyś Herberta, zredukowali znaczenia jego tekstów, a teraz jego poezję atakując, staramy się odkupić – w nieudolnej publicystyce – nasze własne winy.
 
Herbert zresztą nie jest jedyną ofiarą tego typu lektury, podobnie sprawy się miały np. z Jackiem Kaczmarskim („Mury” – rzecz o samotności artysty, a nie o rewolucji, jak ten tekst prostodusznie czytano) czy już bardziej współcześnie z Czesławem Miłoszem („Traktat teologiczny” – gdzie poeta podejmuje krytykę uproszczonego, „ludowego” katolicyzmu, a oskarżony zostaje o atak na chrześcijaństwo w ogóle).
 
Jak się rzekło, potrzebne są odważne, w tym także krytyczne, studia na temat twórczości Zbigniewa Herberta. Zamiast tego serwowane nam są nader często - w prasie starającej się przecież uchodzić za poważną – teksty, których autorzy „używają” Herberta do porachunków między sobą i do wypowiedzenia własnych idiosynkrazji.    
 
PS Sprawy ciąg dalszy: w „Rzeczpospolitej” z 30/31.08.2008 artykuł Macieja Urbanowskiego pod tytułem „Krytyka ułatwiona”. Autor przygania tam Horubale za wspominane wyżej kuriozalne interpretacje wierszy Herberta (i tu się zgadzamy!), pisząc m.in.: „nie bardzo wiadomo, czego tu więcej: tupetu, ignorancji czy trywializowania spraw potencjalnie i faktycznie ważnych.” Święte słowa! Ale już dalej broni nieszczęsnej powieści Bronisława Wildsteina „Dolina nicości”, którą Horubała zdążył tymczasem zjechać doszczętnie (i słusznie!) w kolejnym artykule na łamach „Rzepy”.
 
Pisarskie próby Wildsteina, drętwe i łykowate stylistycznie, ideologicznie proste jak drut, publicystyczne – by nie rzec wręcz – propagandowe, tyle mają wspólnego z literaturą piękną, co poseł Kalisz z baletem klasycznym.
 
Więc jednak Andrzej Horubała, mimo że ostatnie lata spędził na współtworzeniu polskiego kanonu kiczu (biorąc udział w pracach nad rozmaitymi żenującymi widowiskami telewizyjnymi z kręgu kultury masowej i reżyserując opolskie i sopockie festiwale piosenki), jednak nie zatracił do końca poczucia smaku (kłania się Herbert!). A Urbanowskiemu, mimo że to krytyk dyplomowany, nos coś – przynajmniej w przypadku Wildsteina – najwyraźniej szwankuje. Ale tak to właśnie bywa, gdy chwacka ideowość triumfuje nad zmysłem estetycznym.  

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosaw Klejnocki  |   dnia: 10-09-2008  |   komentarze: (7)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl