Szukaj

Południk 21 - trailer

Skandaloholizm cz. I

Nie, nie będzie tu mowy o żadnym nowym wybryku Michała Witkowskiego, nowej szokującej inicjatywie społeczno – politycznej Manueli Gretkowskiej, ani tym bardziej o jakichś ekscesach towarzysko – obyczajowych nowej (czytaj: młodzieńczej) bohemy. Nie będzie o tyleż słynnych, co nudnych, libacjach na poetyckich zjazdach i festiwalach, ani o publicznym podgryzaniu się przez walczących o uznanie publiczności prozaików.

Będzie natomiast o skandalach wywołanych przez artystów mających już swoje lata, niebagatelny dorobek oraz pozycję w sztuce. Przedmiotem skandalu natomiast są – uwaga – książki.

Pierwsza to wywiad – rzeka z Andrzejem Żuławskim („Żuławski. Przewodnik Krytyki Politycznej” – rozmawiają Piotr Kletowski&Piotr Marecki), międzynarodowej sławy filmowcem, ekscentrykiem, niegdysiejszym bon – vivantem, a ostatnio autorem ponad dwudziestu (tak jest!) dzieł powieściopodobnych, które poważna krytyka konsekwentnie od kilkunastu lat przemilcza. Druga to „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza, rodzaj autobiograficznego fresku z czasów dzieciństwa uznanego poety, eseisty, badacza literatury i profesora w Polskiej Akademii Nauk.

Żuławski zaszalał kompletnie i pozwolił sobie na mówienie wprost. Nad jego, zupełnie zwariowaną miejscami i programowo niepoprawną politycznie, narracją, z rzadka dopuszczającą do głosu przepytujących go (przynajmniej nominalnie) interlokutorów, unosi się duch frustracji. Reżyser - powieściopisarz krytykuje wszystko i wszystkich. Próbujących go zachęcić do egzegezy własnej sztuki filmowej wywiadowców zbywa ogólnikami i powierzchownościami, by zaraz „dokopać” wszem i wobec. To smutna lektura, choć pikantna, to prawda, co zresztą podchwyciła natychmiast łasa plotek prasa. Skandal, jaki wywołuje swymi wypowiedziami Żuławski jest, zdaje się, desperacką próbą powrotu do zainteresowania nim opinii publicznej i pełnym złej energii gestem rewanżu za brak należytej (w mniemaniu samego artysty) atencji.

Czytając tę książkę, przypomniałem sobie pewien program telewizyjny na żywo, emitowany gdzieś chyba w połowie lat 90. Zgromadzeni w studiu dziennikarze, moderowani przez niezawodną redaktor Loskę junior, zadawali Andrzejowi Żuławskiemu pytania w atmosferze podwyższonego emocjonalnego ciśnienia. Raptem jeden z nich – Mateusz Werner (ciekawe skądinąd co się dziś dzieje z tym tyleż inteligentnym, co bezczelnym niegdyś krytykiem literackim i filmowym?) – zapytał twórcę „Opętania” prosto z mostu: „Czy jest pan kabotynem?”. No i rozpętało się piekło! Żuławski eksplodował, zabulgotał, wyznał, że czuje się obrażony i wreszcie zelżył Wernera, by w końcu oznajmić, że albo dziennikarz - krytyk opuści spotkanie, albo on sam przerwie konferencję i wyjdzie ze studia. W końcu wyszedł Werner, ugiąwszy się pod presją chwili (dziś myślę, że winien pozostać – i interesujące, co by wtedy uczynił Żuławski?). Tamtego czasu byłem po stronie artysty, uznając, że pewnych pytań, w pewnych publicznych sytuacjach nie należy stawiać. Teraz, po lekturze tego wywiadu – rzeki, przyznaję jednak Wernerowi rację.

Andrzej Żuławski dawno już nie nakręcił żadnego filmu (ostatnim chyba była niesławnej pamięci „Szamanka” według mocno pokręconego i nieudanego scenariusza wspominanej już Manueli Gretkowskiej). Jego książki (nie czytałem wszystkich, ale to, co czytałem myślę, że wystarczy) stanowią formę egocentrycznej logorei i wymykają się i tam mocno rozchwianym obecnie standardom literatury pięknej (robię, co mogę, by nie użyć pojęcia „grafomania”, bo to poniekąd recenzencka łatwizna). A wszak niegdyś oddawał się z powodzeniem artystycznemu skandalizowaniu i osiągnął w tej materii – w moim mniemaniu – mistrzostwo. Skandal artystyczny bowiem to zazwyczaj przekroczenie tabu, transgresja, wypowiedź niepokorna, naruszająca przyzwyczajenia publiczności. Jako taka stanowić może wartość (jak każde twórcze naruszenie normy, niosące odmianę i ożywczość). Natomiast skandal obyczajowy, towarzyski, na dodatek podniesiony do rangi medialnego wydarzenia - to już zazwyczaj tylko hucpa.

Istotą dawnej, skandalicznie produktywnej – by tak rzec - sztuki filmowej Żuławskiego był ekspresjonizm połączony z poetyką symbolizmu i nadzwyczaj dynamiczną pracą kamery. Już debiutancka reżysera „Trzecia część nocy” robiła niezłe wrażenie – choćby dlatego, że szła naprzeciw okupacyjnym stereotypom. Ale także trzy inne filmy Żuławskiego (co najmniej) to, moim zdaniem, wysoka maestria.

Po pierwsze „Diabeł”, skazany przez cenzurę PRL –owską na wieloletnie leżakowanie na półkach (jak się wtenczas mówiło), czyli nie dopuszczony przez wiele lat do publicznej emisji.

To okrutna – w sensie naturalistycznym – opowieść filmowa, która bliska jest romantycznej koncepcji literatury. Mieszają się w niej dwa plany: racjonalistyczny (konspiracja i powstanie listopadowe) oraz romantyczny właśnie (eksponujący szaleństwo głównego bohatera, wizyjność, frenezję i irracjonalizm). To opowieść o spisku i zdradzie na płaszczyźnie realistycznej oraz o chorobie, psychicznych „odlotach” i alternatywnym, irracjonalnym, poznawaniu świata. Żuławskiemu udało się, jak sądzę, nakręcić film, który doskonale ilustruje romantyczną mentalność – mieszającą swobodnie te dwie płaszczyzny.

Świetne dzieło, do dziś, jak sądzę, robiące wrażenie. Oglądałem „Diabła” po raz pierwszy, będąc świeżo upieczonym studentem polonistyki, na półoficjalnym pokazie, przeznaczonym – jak poinformował nas organizator – dla operatorów filmowych. Obawiam się, że na sali żadnego operatora nie było, była natomiast młoda warszawska inteligencja, miłośnicy kina. Tak właśnie wyglądał kamuflaż i omijanie prawa w czasach PRL-owskiej cenzury.

Wreszcie „Na srebrnym globie” - wedle prozy Jerzego Żuławskiego (przodka - kuzyna naszego bohatera), powstałej na początku XX wieku; mistycznej i proroczej jednocześnie. Film okaleczony, bo zdjęcia przerwano i odebrano reżyserowi kamerę. Po 10 latach Andrzej Żuławski odnalazł taśmy, zmontował, co mógł, a resztę dokręcił w przedziwny sposób. Głos z offu czytał te wątki scenariusza, które sfilmowane w końcu nie zostały, a chimeryczna kamera przemieszczała się nerwowo po centrum Warszawy (zdjęcia czarno – białe). W połączeniu z tym, co nakręcono w kolorze, efekt był zaiste wstrząsający. Zamiast pełnowymiarowego filmu otrzymaliśmy esej filmowy o dziele okaleczonym.

Zgadzam się z tezą, że gdyby Żuławskiemu dane było w swoim czasie ów film dokończyć, mielibyśmy dzieło, które wywarłoby na ogólnoświatową filmografię wpływ porównywalny do tego, jaki stał się udziałem „Wojen gwiezdnych”. Niestety....

Poza tym – francuskie już „Opętanie” (po wyjeździe reżysera z Polski). Horror egzystencjalny, albo raczej film filozoficzny utrzymany w konwencji horroru. Niezwykła wyobraźnia, wspaniała plastyka, oszałamiające (uwzględniając ówczesny brak komputerów „upgrejdujących” obraz) efekty filmowe. Zupełnie nowa jakość, znów nieszczęśliwie zapoznana...

Andrzej Żuławski może czuć się reżyserem, lepiej – artystą – niespełnionym, przyznaję. Jego praca, przynajmniej częściowo (bo wszak i, poza wspominanymi tutaj, film „Najważniejsze to kochać” z Romy Schneider, a także inne jeszcze) nie została doceniona, twórca nie dotarł na Parnas, choć – w moim przekonaniu – należało mu się. Ha – artowska książka pokazuje, że nie umie sobie z tą sytuacją poradzić. Z jednej strony współczuję mu, ale z drugiej – nie jestem w stanie zaakceptować jego strategii. Zamiast uprawiania skandalu artystycznego (co wychodziło mu – przynajmniej kilka razy – z powodzeniem) uprawia teraz skandal zastępczy, towarzyski. Obserwujemy zatem przykry przypadek upadku artysty, który – tonąc ostatecznie – brzydko się chwyta.

Rozpisałem się tymczasem, więc o „Kinderszenen” – w kolejnej odsłonie.
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 30-09-2008  |   komentarze: (5)

Rzemieślnik czy artysta?

Marek Krajewski to obecnie najbardziej znany i popularny polski autor książek kryminalnych. Ma rzesze czytelników w kraju, a – jak słyszę i czytam – jego powieści zaczynają powoli odnosić sukcesy także poza granicami ojczyzny.

Lubię powieści Krajewskiego, dziejące się w dawnym przedwojennym Wrocławiu, których głównym bohaterem jest Eberhardt Mock, nieprzejednany policjant i skomplikowany człowiek. Lubię też zerkać do blogu Marka Krajewskiego (www.marekkrajewski.pl – polecam, link na mojej stronie), podoba mi się jego (blogu i autora) wyszukany ton, a także często niebanalne spostrzeżenia, które pisarz odnotowuje.

W jednym z wpisów ("Wstęp do kompromitacji" z 28.06.2008 r.) zajmuje się autor "Śmierci w Breslau" kwestią rozróżnienia między rzemieślnikiem i artystą. Krajewskiemu osobiście najwyraźniej bliższa jest ta pierwsza opcja, sam twardo upiera się przy określaniu siebie mianem rzemieślnika właśnie i sporo miejsca poświęca, by, tak to rozumiem, pojęcie rzemiosła literackiego – dowartościować.

Prozaik przyjmuje w swych wywodach postawę defensywną. Jak twierdzi, odżegnywanie się przezeń od miana artysty pozwala mu koncentrować się w wywiadach (i w bezpośrednich konfrontacjach z czytelnikami) na owocach własnej pracy, komentować własny warsztat i literackie dokonania, a unikać tak zwanych pytań ogólnych, które – w naszej polskiej, choć nie tylko, tradycji – chętnie zadawane są twórcom, którzy artystami są, bądź za takich pragną uchodzić.

Abstrahując od subiektywnych rozpoznań autora "Festung Breslau", problem wywołany przezeń jest ze wszech miar intrygujący. Kim bowiem jest dziś w sztuce (literaturze) rzemieślnik - a kim artysta? Gdzie tu przebiega granica? I co ważniejsze – jak ją rozpoznać? Niby z grubsza wiadomo, że za rzemiosłem stoi nienaganny warsztat, za artystą – wizja. OK. Ale były w historii sztuki europejskiej okresy (powiedzmy: od średniowiecza po oświecenie), gdy pojęć tych jakoś twardo nie rozdzielano.

Może zatem dziś trzeba przyjąć kryterium funkcjonalne? Warsztat (emblemat szlachetnego rzemiosła) jest wartością tam, gdzie idzie o rozrywkę, artyzm zaś (wizjonerskość, oryginalność, bunt, awangardyzm itp.), gdzie idzie o sztukę elitarną, niegdyś zwaną wysoką?

A może – i to akurat wydaje mi się ciekawie niepokojące – warto odwołać się do, pardon, koncepcji etosu twórcy? Rzemieślnik wówczas to ten, kto swymi dziełami wpisywałby się programowo w oczekiwania swoich odbiorców, projektował swe wytwory wedle rozpoznanych gustów czytelniczych - artysta zaś to ten, dla którego punktem odniesienia byłaby jego własna koncepcja estetyczno – ideowa, jaką starałby się narzucić publiczności (ryzykując tym samym odrzucenie, niezrozumienie, wyśmianie itd.). To wersja soft. A wersja hard? Rzemieślnik w sztuce to ten, który pozostaje niewolnikiem nabywców swych wytworów (ulegając – w pewnym sensie - ich sugestiom, naciskom, opiniom), prawdziwy artysta zaś to ten, który ma głęboko gdzieś akceptację publiki, gdyż nadrzędna jest dlań kwestia samej ekspresji.

Ale tak to jest zazwyczaj, że porządni rzemieślnicy sztuki, będąc często znakomitymi macherami w swoich czasach, utraciwszy z czasem popularność (wskutek zmian w estetyce czy też zwykłego znudzenia odbiorców poszukujących nowych podniet), znikają w otchłani niepamięci, a artyści niedocenieni często przez swoich współczesnych – przeforsowują w końcu swe koncepcje w rozwijającej się sztuce i stają się ostatecznie klasykami, wieszczami, bohaterami podręczników historii literatury.

A więc jeszcze jedno kryterium: rzemieślnik to ten, którego profity mierzyć można wymiernym sukcesem za życia, artysta to ten – zazwyczaj, powtarzam – którego profity bywają nie z tego świata.

Sam, szczerze powiedziawszy, nigdy nie zadawałem sobie pytań o własny status. Pisałem, i piszę, z tak zwanej wewnętrznej potrzeby. Poezję – z konieczności wypowiedzenie osobistego doświadczenia życia (egzystencjalnego i duchowego), eseistykę – z intelektualnego impulsu komentowania i interpretowania rzeczywistości, prozę – z pokusy opowiedzenia ciekawej (mam nadzieję) historii. Jeśli rzemiosło artystyczne kojarzyć się winno z koncepcją dobrze wykonanej pracy – to przyklaskuję temu rozpoznaniu i pragnę zapewnić, że staram się je wcielać we własnej praktyce twórczej. Jeśli artyzm to oryginalność, brak pokory wobec mód, słuchanie raczej głosu wewnętrznego niż identyfikowanie czytelniczych zapotrzebowań (by wymienić tu tylko tych kilka elementów) - to tak, bliska mi jest i ta wizja.

Więc co, rzemieślnik, który nie ma nic przeciwko temu, żeby zobaczyć w nim artystę przy szczypcie dobrej woli? Artysta, który dba o warsztat, bo ten pozwala mu nawiązać dialog ze swym czytelnikiem? A czemuż by nie?

Następny wpis pojawi się – inszaallach – 1.10.2008
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-09-2008  |   komentarze: (9)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl