Szukaj

Południk 21 - trailer

Tropy nawiązań. Żywioł intertekstualizmu w poezji Jarosława Klejnockiego. Próba niecałkowitej dekonstrukcji*

 


Autor nie powinien interpretować. Ale może opowiedzieć, dlaczego i jak pisał.
Umberto Eco, Dopiski na marginesie „Imienia róży”

I.

Wydaje się, że istnieją trzy przypadki tłumaczenia przez autora swego dzieła. Pierwszy – gdy twórca ewidentnie oszalał; drugi – gdy czyni tak z powodu głębokiej frustracji (wynikającej – wedle niego samego - z niezrozumienia lub niedostatecznego zrozumienia jego tekstu/ów); trzeci – gdy jest to elementem – superświadomym - strategii autokreacji.

Nie mamy tu do czynienia (mam nadzieję) z żadnym ze wspomnianych wyżej przypadków, zatem, zgodnie z sensem motta: nijakich tłumaczeń nie będzie. Będzie natomiast opowieść (autoopowieść) – wysoce rzecz jasna niedoskonała, acz – liczę na to - pozbawiona jednocześnie minoderii - o metodzie.

II.

Piotr Wiktor Lorkowski w tekście drukowanym ongiś na łamach nieistniejącego już (a szkoda) dwumiesięcznika literackiego „Studium” nazwał model mojego wiersza „postmodernistyczno – klasycystycznym”.

Według krytyka taką formułę opisu warunkuje właśnie metoda twórcza, czyli – m.in. – stosowanie reguły podwójnego kodowania znaczeń, intertekstualizacja przekazu, świadome mieszanie porządków wysokiego i niskiego (tj. zazwyczaj artefaktów z kręgu kultury wysokiej oraz popkultury - w rejestrze leksykalnym, syntaktycznym oraz przedmiotowym), przenikanie się ironii i patosu, a wreszcie zmącenie gatunkowe tekstów.

Krytyk w swojej rozprawie rejestruje solennie owe cechy, stawia również tezę dystynktywności mojej poezji na tle rówieśniczym (generacyjnym) – w sensie stosowanej poetyki - jednak, co wszak deklaruje jasno w podtytule swego artykułu, ma kłopot z przeniesieniem się w swych rozpoznaniach z poziomu analizy na poziom interpretacji. Innymi słowy – nie potrafi, co sam stwierdza, odnaleźć klucza do objaśnienia mojego wierszopisania, umie wszak opisać samą formułę wierszotworzenia.

Na marginesie wypada stwierdzić, że bezradność krytyka (uczciwie skądinąd przezeń deklarowana) wobec ogólnego projektu przesłania mojej lirycznej twórczości da się uzasadnić niewielkim (wtenczas) materiałem badawczym. W roku 1996, kiedy Lorkowski pisze swój tekst, ma do dyspozycji jedynie dwa moje tomiki poetyckie (Oswajanie, 1993 oraz Miasto otwarte, 1995), a także rozliczne teksty poetyckie drukowane w rozmaitych periodykach literackich (złożą się one w przyszłości na książki: Okruchy – 1997 r. oraz W drodze do Delft. Piętnaście portretów – 1998 r.).

W swych diagnozach, formułowanych w tamtych czasach, krytyk waha się, gdyż z jednej strony ma wrażenie, że moje wiersze wpisują się w (uświęconą) tradycję dialogu kulturowego – rozumianego jako „rozmowa” z tekstami (zazwyczaj kanonicznymi) wcześniej powstałymi, z drugiej jednak strony rejestruje nieśmiało rozmaite gry, które dziś właśnie nazwać możemy intertekstualnymi; budującymi swym kształtem swoistą jakość estetycznego i ideowego przesłania.

Klasyczny dialog międzykulturowy i międzytekstowy, który stanowi domenę „rozmowy” z tekstami z różnych epok jest obecny w utworach poetyckich od samego początku mojej twórczości; także eseistycznej jak i prozatorskiej. Jeśli idzie o utwory poetyckie – to dogłębne i nadzwyczaj ożywcze komentarze w tych kwestiach znaleźć można w artykułach Jerzego Sosnowskiego oraz Karola Samsela . Wiele wyjaśnia również wstęp Renaty Lis do debiutanckiego tomu Oswajanie .

Krytyczka zwraca tam uwagę na neobarokowy kształt mojego poezjowania:

„Poza jednym bezpośrednim nawiązaniem do sonetu Mikołaja Sępa Szarzyńskiego (Przedmioty, przedmioty) , barok – bo on właśnie wydaje się Klejnockiemu najbliższy – pojawia się w Oswajaniu w sposób jak gdyby przezroczysty, tak bardzo został uwewnętrzniony i wcielony w indywidualny krwioobieg poetycki. Jarosław Klejnocki mówi barokowo. Jego niespotykana poetyka jest z ducha barokowa, operuje nagromadzeniem i wyliczeniem, techniką kontrastu (wysokie – niskie, duchowe – materialne), urzeczona jest ruchem i przepojona intuicją metafizyczną; czasem epatuje brzydotą (Wieża, mantra, kuszenie); w formie stanowi aluzję wobec klasycyzmu (budowa quasi – stroficzna). Najciekawszy jednak użytek czyni Klejnocki z pointy, co najlepiej można prześledzić w wierszach krótkich, takich jak Mowa, głosy (…).”

W następujących latach oraz w publikowanych sukcesywnie tomikach dialog z barokiem przeobraża się w poetycką „rozmowę” z polskimi romantykami (głównie ze Słowackim i Mickiewiczem), przedstawicielami tzw. „pokolenia brulionu” (zwłaszcza Marcinem Świetlickim), wreszcie ze współczesnymi klasycystami i gigantami XX wiecznej polskiej poezji: Zbigniewem Herbertem oraz Czesławem Miłoszem.

Dążąc do oryginalności, co wydaje się celem każdego pisarza mającego większe ambicje ponad to, by okazać się sprawnym rzemieślnikiem, starałem się i nadal się staram zamieszkać jednocześnie w tradycji, w nieustającym kontakcie z dziełami już powstałymi i funkcjonującymi w kulturze. W zgodzie z tą tezą, humanista siłą rzeczy zamieszkuje bibliotekę (więcej: dźwiga ją na własnych plecach jako świadome dziedzictwo – obciążenie i wybawienie jednocześnie), albowiem – wedle Umberto Eco - „Książki mówią zawsze o innych książkach i wszelka opowieść snuje historię już opowiedzianą.” . W poetyckim już trybie - zdania czy wypowiedzenia mogą odnosić się zatem do odrębnych, już obecnych w literaturze, a słowa nawiązywać do innych, znanych już, słów; co wszak oczywiste.

III.

Mówić zatem po swojemu, korzystając jednak ze zdań, wypowiedzeń, wyrażeń autorstwa innych, odwołując się do nich, przeobrażać je – oto moja taktyka. Idzie tu o inkorporację cudzej wypowiedzi, o jej zinterioryzowanie w taki sposób, aby stała się ona integralną częścią wypowiedzi oryginalnej, by pracowała na jej wielogłosowość i ewokowała rozmaite linki nawiązań, budowała jej erudycyjność z jednej oraz wieloznaczność z drugiej strony. Wszystko po to, by dać szanse możliwym (rozmaitym) hipotezom interpretacyjnym na jak najszersze rozwinięcie.

I zgodnie z obserwacją Lorkowskiego, idzie też o to, by korzystać nie tylko z rejestru poziomu kultury wysokiej, ale także niskiej (więc popkultury, czyli tego, co nas otacza i w czym – w mniejszym lub większym stopniu – jesteśmy, jako „konsumenci” kultury, zanurzeni) . A zatem w sferze odwołań i aluzji znaleźć można w mojej poezji fragmenty tekstów piosenek (osobliwie rockowych), cytaty, kryptocytaty oraz idiomy ze społecznej sfery języka (dystynktywnej dla czasów życia autora), wreszcie atrybuty czy gadżety charakterystyczne dla cywilizacji przełomu XX i XXI wieku.

Czy w tak zaprojektowanym przekazie da się ocalić, „wyjęzyczyć” własne osobne/osobiste wypowiedzenie? Moim zdaniem jak najbardziej. „Obce wtręty”, nadbudowując sens nie są wszakże jego istotą. Ta pozostaje samoistną, o ile tylko odbiorca rozumie mechanikę tak zaprojektowanej poetyckiej wypowiedzi.

W tym miejscu ważna jest świadomość podwójnego kodowania. Odbiorca – by tak go nazwać - o ograniczonych/limitowanych kompetencjach lekturowych – nie będzie zdolny zidentyfikować rozmaitych aluzji ( niskich albo też wysokich) zawartych w tekstach; przyjmie je jako przekaz własny poety, choć być może dziwaczny, ale jednak zwarty sensownie (takie jest przynajmniej zamierzenie odautorskie). Odbiorca bardziej wyrafinowany (nazwijmy go: bardziej kompetentnym) wychwyci obecność kłącza intertekstualngo – oraz – w miarę swych możliwości identyfikacyjnych/interpretacyjnych – rozpozna obszar aluzyjnych gier, co stanowić będzie dla niego przedmiot dodanej wartości interpretacyjnej czytanego tekstu. Ale też rozrywki (tu: intelektualnej) czy – właśnie – gry, którą przyswoi jako – wspomnianą już – taktykę działań odautorskich.

Podsumujmy więc tę fazę rozważań expressis verbis: piszę zatem poezję dla dwóch czytelników; mniej wyrafinowanego, jaki percypuje wiersz bez świadomości (mniejszej czy większej) skomplikowania przekazu oraz tego bardziej wyrafinowanego, który jest w stanie dokonać deszyfracji zawartych w tekstach znaków aluzyjnych, z których identyfikacji wydobywa dla siebie – po pierwsze satysfakcję deskrypcyjną (potwierdzającą jego własną erudycję), po drugie zaś zrozumienie celu samego kryptowania znaczeń, po trzecie zaś – i co najważniejsze – jakość wielomowy, pojętej jako mówienie poety po swojemu, a jednocześnie słowami (idiomami, wypowiedziami itp.) innych, co ma służyć w ostateczności konstrukcji poetyckiego przekazu zgodnego z ideą otwarcia na rozmaite możliwe ścieżki
interpretacyjne.

III.

Dialog między tekstami to uświęcona wiekową tradycją literacką formuła ponadepokowego (a często też interkulturowego) „rozmawiania” z utworami (oraz ich autorami) już obecnymi czy to w historii literatury światowej, czy też w historii literatur narodowych. Takie wiersze (ale też szerzej: teksty kultury) przyjmują zazwyczaj kształt polemiczny lub dyskusyjny z artefaktami tekstowymi już zakorzenionymi w świadomości odbiorczej. Zatem, jeśli mój wiersz Splugen, stacja benzynowa zaczyna się od słów „Nieprawda, można zapomnieć…” jest jasnym, że incipit ów odwołuje się (nie mówiąc już o aluzyjnym tytule) bezpośrednio do nagłosu jakże znanego wiersza Adama Mickiewicza Do *** Na Alpach w Splugen 1929 („Nigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę…”) oraz, że relacja między utworami będzie polemiczna.

Jeśli mój wiersz Niepołączeni rozpoczyna się frazą „Daleko od siebie Lecz jedno o drugim pamięta Piszemy do siebie esemesy/ pełne uśmiechniętych buziek Życzymy miłego dnia” – sugeruje to jednoznaczne związki ze znanym lirykiem Juliusza Słowackiego Rozłączenie, któremu „kradnie” stylistykę oraz poetyckie motywy, ale tym razem sugeruje raczej ideę rozmowy niż polemiki.

Tego typu zabiegi wynikają rzecz jasna z przyswojenia sobie przez piszącego te słowa, jeszcze w młodzieńczych latach, konceptu „literatury wyczerpania” oraz „literatury odnowy” . Jak również opisanej przez Aarona Guriewicza w jego rozprawie Kategorie kultury średniowiecznej europejskiej koncepcji wspomagania się przez współczesnych (w danym okresie epokowym) dorobkiem wielkich poprzedników, na barkach których żyjemy, budując swe własne opowieści osadzone na ich przekazach i doświadczeniach.

Dialog z tekstami z przeszłości jest nieodzowny i nie do uniknięcia, o ile chce się uprawiać „poezję idei” , szukanie tu oryginalności tematycznej za wszelką cenę jest z góry skazane na niepowodzenie, to znaczy konstatację odbiorcy (tego „wyrobionego” w każdym razie) w duchu: „e tam, to już było”. A co więcej – druzgocącą ocenę w stylu: „to już było i powiedziane zostało lepiej”.

Wedle mojego najgłębszego przekonania mówienie dziś „po swojemu” oznacza nolens volens immanentne mówienie „wobec innego”, „mówienie innym”; mocowanie się z nim, inkorporowanie jego tekstu do własnej wypowiedzi artystycznej, dialog, polemikę, rozmowę itp. Jeśli chce się tylko - to swoista coincidentia oppositorum – wypowiedzieć swą indywidualność twórczą w obrębie wspomnianej „literatury idei”.

IV.

Jednak, jak już zostało powiedziane, czysto aluzyjna gra znaczeń, odwoływanie się do chwytu nawiązania, w miarę łatwego skojarzenia tekstualnego – to w końcu abecadło tworzenia od wieków .

A co jeśli tekst „obcy” (fragment tego tekstu) - dajmy na to - wiersz „Innego” staje się przyswojonym elementem tekstu współczesnego? A tropy nawiązań są bardziej skomplikowane i mniej w tekście nowożytnym jawne? Wtedy – powiedzmy - Klejnocki, używając utworu „innego” (fragmentu, frazy) mówi swoje, ale też powiada, że mówi poprzez tego, którego przywołuje. Bo tamten jest już obecny w świadomości lekturowej, a ukryte nawiązanie zarówno spełnia zasadę podwójnego kodowania, jak i pozwala na erudycyjną – a zarazem zgodną z duchem czasu – eksplikację swoistości. Tak można na przykład budować przenikanie się patosu z ironią; bo mówiąc ironicznie (a ironia stanowi zarówno pieczęć inteligencji jak i krytycznej samoświadomości) – dekonstruuję przekaz dawny, ale też się z nim zmagam, rozmawiam z nim, biorę go w obroty intelektualnej debaty, lecz także uwewnętrzniam go, czynię swoim, odnoszę się do niego, czynię elementem własnej wypowiedzi.

Żeby tak się stało, trzeba sięgnąć po kryptocytat jako główny sjużet oraz mieć na uwadze koncepcję paraliptycznej wypowiedzi, patronującej takiemu zamierzeniu. Ale warto też pamiętać, że starożytni wymyślili już centon, który w nowożytności odrodził się w postaci kolażu. To, nie przeczę, wszystko moje inspiracje.

V.

Eco w pewnym momencie trawestuje siebie samego: „Książki pisze się zawsze wykorzystując inne książki i o innych książkach”.

Cytat, parafraza czy aluzja to dość zgrane, rozumiem przez to – tradycyjnie obecne – chwyty z repertuaru nawiązań i strategii odwołań. Bardziej wymagającym w procedurze intertekstualnych rozgrywek, pisania o innych książkach i wykorzystywania ich, jawi się kryptocytat.

W moich wierszach przyjmuje on formą albo sugerowaną, albo ukrytą, stając się wtedy jakby metakryptocytatem.

W pierwszym przypadku – zdradza go (sugeruje) grafia tekstu (kursywa, kursywa w nawiasach lub zwykły tekst w nawiasach).

Na przykład: („Love like a man szumi piosenka i głowę owija mu dzwoni”) – gdzie anglojęzyczne wyrażenie to tytuł największego chyba przeboju zespołu Ten Years After (taki też tytuł nosi cały wiersz), a dalsza część wypowiedzenia – już po polsku – to fragment ostatniego wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (***Gdy za powietrza zasłoną…). Zauważyć wypada, że rzecz cała (to jest mój utwór) dotyczy doświadczenia przemijania, zderzenia złudzeń młodości z realnością doświadczeń rzeczywistych w czasie, rozczarowania wymiarem skonkretyzowanej w życiu egzystencji (bohater liryczny odwiedza bowiem po dziesięciu latach czeską Pragę i konfrontuje swe obecne doświadczenia z tymi sprzed laty).

Dalej - niemal cały tomik poetycki pod tytułem Skarby dni ostatecznych skonstruowany jest w ten sposób: z odniesieniami do tekstów Starego i Nowego Testamentu. To najbardziej zaawansowana formuła stosowania przeze mnie kryptocytatu – zarówno w formach sugerowanych (naprowadzających) jak i ukrytych.

W przypadku drugim – kryptocytat nie zostaje zaznaczony w tekście żadnym zabiegiem graficznym. Istnieje na prawach tekstu własnego, oferując czytelnikowi wyzwanie identyfikacyjne, a w konsekwencji - interpretacyjne.

W wersji najbardziej wymagającej dla czytelnika przyjmuje kształt albo „kryptocytatu zmąconego”, albo dalekiego skojarzenia tekstowego, jakby – „kryptocytatu peryfrastycznego”. W przywoływanej powyżej książce Skarby dni ostatecznych pierwsze dwa teksty poetyckie igrają, w sposób niezaznaczony, ze słowami włoskiego poety Cesare Pavese’go: „Przyjdzie życie i będzie miało Twoje usta ….” ; a w wierszu Obcymi słowami (tomik Victoria. Wiersze ostatnie ) początek tekstu: „Śniło mi się, że mieszkam w barbarzyńskim kraju/którym rządzi Władca Much” – to znów przeobrażony wyimek ze znanej rockowej piosenki zespołu Armia (a ona – piosenka - znów odwołuje się do emblematycznej książki Williama Goldinga i rzecz jasna do kategorii antyutopii) .

Na koniec dwa przykłady odwołań do jednego wiersza Zbigniewa Herberta: Przesłanie Pana Cogito. Mamy w obu tych przypadkach do czynienia z niewyodrębnionym graficznie kryptocytatem:
- „Dołączyć by chciał do grona/Głodnych Duchów: Gilgamesza Hektora/Rolanda Ale w jego żyłach płynie woda/nie krew” ;
- „Powtarzaj/wielkie słowa – z uporem, wysiłkiem wbrew snobie na przekór.”
Ze względu na jakże znane źródło odwołania, intersemiotyczny zabieg autorski nie powinien przysporzyć zbytnich kłopotów identyfikacyjnych. Rzecz komplikuje się natomiast wtedy, gdy źródło odwołań nie jest już tak jednoznaczne.

*

Takimi zabiegami skazuję mojego uważnego czytelnika na procedury deszyfracyjne - klucząc, myląc tropy, labiryntując, budując piętrowe aluzje. I tak to wygląda. Powtarzam: używam słów Innych, gram nimi, by ostatecznie, jak już wspominałem, powiedzieć jednak ostatecznie coś od siebie.

Aneks

Uczony przyjaciel , po lekturze tego artykułu, sformułował wobec mnie takie oto cztery pytania, które z jego – tj. kompetentnego lekturowego aktu – wyrastają:

„1. czy widzisz siebie-poetę jako postmodernistę;
2. czy liczne osobiste tony obecne w Twoich wierszach to w większym stopniu autokreacja czy autentyczne wyznanie / autorefleksja;
3. na ile "tekst obcy" jest bazą / punktem wyjścia do stworzenia tekstu, a na ile "obcym wtrętem" niejako "z zewnątrz" (choć w zasadzie wyjaśniasz to w cz. III; jednak chętnie bym pogadał);
4. czy Jarosław Klejnocki utożsamia się (lub kiedykolwiek utożsamiał) z jakimkolwiek pokoleniem lit., grupą, etc.”

Ach.

Ad.1. Tak. Ale w sensie – jak zaznaczyłem – metody; nie – jeśli idzie o, mówiąc staroświecko, zamysł. Wszystko uchodzi, bo o nic nie chodzi – takie postmodernistyczne stanowisko stanowczo - nie. Uwielbiam i stosują we własnej poezji techniki ugruntowane na płaszczyźnie postmodernistycznych tekstowych igraszek, ale tylko po to, by jednak – w projekcie wypowiedzi – zaznaczyć coś ważnego. A ponieważ ton poważny, a już tym bardziej patos, nie pasują do współczesnej wrażliwości, odwołuję się zatem do cytatologii, autoironii, kryptowania obcej mowy, co wszak stanowi istotę postmodernistycznej wypowiedzi na poziomie – właśnie - technologicznej.

Ad.2. To tajemnica niejasna do końca dla samego twórcy. Granica między tym, co własne (doświadczone, przeżyte, przemyślane itd.) a wykreowane jest mglista. Powiedziałbym, odwołując się do opisów statystycznych, że relacje pomiędzy tymi warstwami pozostają na poziomie 50% do 50%. Mój wiersz wyrasta (niemal) zawsze z osobistych doświadczeń, ale wychylony jest (liczę na to) ku interpersonalności. By odwołać się do nielubianego przez polszczyznę podwójnego zaprzeczenia: żaden mój wiersz nie wynika z czystej kreacji.

Ad.3. Zawsze staram się, żeby był bazą, nigdy „obcym wtrętem”. So help me God

Ad.4. Generacyjnie, towarzysko i wrażliwościowo utożsamiałem się i utożsamiam nadal z moimi rówieśnikami. Licząc jednocześnie na to, że się ze swym pisarstwem dystynktywnie w obrębie tej niezdefiniowanej jak dotąd – i intuicyjnej – wspólnoty sytuuję.

* tekst, mam nadzieję, trochę autoironiczny, przygotowany na pewna polonistyczną sesję. Niestety bez przypisów, bo program nie toleruje... W wersji papierowej będą





Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-08-2014  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl