Szukaj

Południk 21 - trailer

Wyznania twórcy pokątnej powieści antykryminalnej. Próba autodekonstrukcji *

 

Zamysł

Pomysł napisania „Przylądka pozerów. Powieści antykryminalnej” zrodził się z przekory. Podobnie zresztą, jak wcześniejszej powieści: „Jak nie zostałem menelem”, która miała być swobodną wariacją czy może raczej pastiszem książki Andrzeja Stasiuka „Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej”.
Przekorą wobec literatury kryminalnej, która jest przecież zaklęta w dość sztywne reguły może być, to wszak oczywiste, „kryminał a rebours” , a zatem „antykryminał”. Interesowało mnie, przy tym zamyśle nie tylko łamanie, pastiszowanie czy „odwracanie” schematów (np. akcji, budowania napięcia, wizerunku bohatera), ale przede wszystkim poprowadzenie z czytelnikiem gry intertekstualnej poprzez sięgnięcie po takie środki, jak: kryptocytaty lub parafrazy, aluzje, pastisze czy zabiegi autotematyczne lub autobiograficzne.

Czytelnik otrzymał od autora co najmniej dwie podpowiedzi, że „Przylądek pozerów” nie jest ani klasycznym, ani nawet „nieklasycznym” kryminałem. Pierwsza to właśnie wspomniany podtytuł („Powieść antykryminalna”), druga to notka na karcie poprzedzającej motto o treści: „Podobieństwo opisanych tu osób, faktów i zdarzeń do rzeczywistości jest zupełnie uprawnione, bo wszystko to prawda. Z wyjątkiem samej zbrodni”.

Ponadto pod każdym z nowych rozdziałów umieściłem streszczenie ich fabularnej zawartości (choć z wyraźnym przymrużeniem oka wobec rzeczywistych treści). Ten, nieco autoprześmiewczy, gest wzorowałem oczywiście na „Imieniu róży” Umberto Eco. Podobieństwo do bestsellerowej powieści włoskiego humanisty sygnalizowałem też poza tekstem – na przykład w wywiadach i rozmowach już post factum, czyli po ukazaniu się książki. Na przykład pytany o genezę powstania „Przylądka pozerów” odpowiadałem, że pomysł wziął się stąd, że zawsze chciałem uśmiercić uniwersyteckiego profesora. Eco, w posłowiu do swej książki, napisał, że wzięła się ona stąd, ponieważ zawsze chciał zabić mnicha…

Sugerowałem więc, już w samych aktach poprzedzających lekturę, a także w działaniach kontekstowo – marketingowych towarzyszących obecności książki na rynku , że pierwotną materią „Przylądka” jest sama literatura, zatem, że to nie tyle historia z krwi i kości – na przekór ideom, że powieść kryminalna zagarnia obecnie pod swe skrzydła zagadnienia typowe dla literackiego realizmu czy psychologizmu – ile historia świadomie papierowa, igrająca z rozmaitymi kliszami.

Niemniej jednak najczęściej zadawanym mi pytaniem, także w kręgu filologów, było: „Dla kogo, dla jakiego czytelnika jest ta książka adresowana?” Wynikało ono, jak domniemywam, z zaintrygowania podjętym przeze mnie zamiarem. A może raczej ze zdziwienia – bo właściwie po co pisać „antykryminał”? Moja zwyczajowa odpowiedź brzmiała: „Jest ona przeznaczona przede wszystkim dla mnie, a także dla czytelnika podobnego mnie samemu, więc inteligenta humanisty obeznanego nieco z literaturą i dysponującego poczuciem humoru”.

Druga - czy może lepiej powiedzieć – bardziej rozbudowana i uszczegółowiona odpowiedź na pytanie o wirtualnego (a może całkiem ukonkretnionego?) czytelnika mojej powieści padnie na zakończenie niniejszego tekstu.

Bohater (owie)

Ekspozycja powieści sugeruje, że głównym bohaterem (protagonistą?) będzie Krzysztof, pracownik naukowy wydziału filologicznego Uniwersytetu Warszawskiego (nigdzie w książce nie pada właściwa nazwa Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, zatem miejsca pracy autora, choć oczywiście można się domyślić, że narracja sugeruje właśnie taką – presupozycyjną – identyfikację). Od niego zaczyna się opowieść, jego przemyślenia poznajemy z pierwszych kart książki.

Narracja natychmiast jednak przechodzi do prezentacji komisarza policji Ireneusza Nawrockiego i to on w dalszej części opowieści – okaże się postacią najistotniejszą (czyli właśnie owym protagonistą).

Inną ważną osobą okaże się także pracownik owego wydziału filologicznego – doktor Jarosław Klejnocki. To on w końcu zostanie oskarżony o dokonanie zabójstwa na profesorze Grabowieckim, wstępnie przyzna się do dokonania tego czynu oraz opowie o nim, by wreszcie zaprzeczyć własnym zeznaniom. W ostateczności zatem czytelnik zostanie pozostawiony w niepewności: komisarz, podczas przesłuchania Klejnockiego, nie przestrzegał właściwych policyjnych procedur, zanegowanie przez Klejnockiego wcześniejszych jego zwierzeń stawia pod znakiem zapytania zarówno jego winę, jak i możliwość skutecznego egzekwowania prawa przez system sprawiedliwości. Ostatecznie doktor Klejnocki, o czym dowiadujemy się w podsumowaniu, zostaje skierowany na badania psychiatryczne, by określiły one jego stan oraz przybliżyły wyjaśnienie jego domniemanego czynu. Ta kwestia pozostanie nierozwiązana, a status psychiczny oraz karny fikcjonalnego doktora Klejnockiego niewyjaśniony, co umożliwi pojawienie się tej postaci także w następnych powieściach.

Krzysztof, choć w ekspozycji powieściowej, jak się rzekło, zostaje przedstawiony tak, jakby miał być główną osobą opowieści, szybko okazuje się postacią drugiego planu, bohaterem incydentalnym . Jego osoba nawiązuje zatem do typowego modelu bohatera epizodycznego, przypominającego nieco Andrzeja Kmicica z „Pana Wołodyjowskiego” (dostarcza informacji, jest kurierem – merkurym, a także źródłem aluzji – w tym przypadku nie do innego dzieła literackiego, ile raczej w stosunku do autora).

Literacka postać doktora Jarosława Klejnockiego została oczywiście zainspirowana grą z rozwiązaniami paktu autobiograficznego i referencjalnego , dlatego też uzasadnione są jego konotacje z bohaterem powieści Witolda Gombrowicza czy Tadeusza Konwickiego . W tym sensie Klejnocki nie jest postacią z regionów autobiografii, tylko ewidentną kreacją, której identyfikacja ma czytelnika zdezorientować, wprowadzić w błąd, zainspirować do własnych interpretacji. Jednocześnie jego związek z autorem książki daje się odnaleźć, jednak już określenie typów tego związki i relacji pomiędzy rzeczywiście istniejącą osobą (autorem książki) a jego nominalnym wcieleniem literackim stanowi ewidentnie przestrzeń gry.

Pomysł autorski „Przylądka pozerów” polegał na tym, by rozmaite cechy (a także życiowe zdarzenia) autorskie rozpisać niejako na rozmaitych bohaterów. Zastosowano tu zasadę „potrójnego kodowania”. Krąg znajomych autora (przyjaciele, rodzina etc.) nie miałby większego problemu w dostrzeżeniu jego cech (autobiograficznych) w co najmniej trzech postaciach (Krzysztof, Nawrocki, powieściowy Klejnocki), krąg drugi – dalszych znajomych autora – przeczuwałby z pewnością owe rozpisanie biografii na kilka postaci, krąg trzeci – czytelników erudycyjnie przygotowanych – z pewnością rozpoznałby akt zakłócający wspomniane wyżej założenia paktów. Z pewnością też można by wyróżnić nawet czwarty krąg odbiorczy – czytelników niezorientowanych i o w miarę niskich kompetencjach lekturowych, dla których samo wprowadzenie do narracji postaci powieściowej doktora Jarosława Klejnockiego byłoby źródłem mocnej dezorientacji, a często wręcz poczucia, że obcują oni z rodzajem artystycznego dziwactwa.

Konkretyzując ów zamysł: Krzysztof, jako pracownik uniwersyteckiego wydziału filologicznego niejako z definicji może kojarzyć się z autorem powieści, ergo jego profil psychologiczny, a zwłaszcza przemyślenia (również rys psychologiczny) może – choćby nawet i daleko – ale jednak kojarzyć się z autorem powieści. Ta sfera pozostaje jednak domeną domysłów, gdyż w kreacji Krzysztofa brakuje jakichkolwiek konkretnych dowodów na takie ścisłe związki.

Ireneusz Nawrocki natomiast mieszka wraz z rodziną w tym samy miejscu (blok przy ulicy Żywnego w Warszawie), gdzie przez kilka lat mieszkał sam autor (a wiedza o tym miejscu zamieszkania – choćby i poprzez jego obecność w licznych wierszach niepowieściowego Jarosława Klejnockiego - jest w miarę powszechna, przynajmniej w literackich kręgach). Podobnie z rozmaitymi atrybutami cechującymi Nawrockiego i niepowieściowego Jarosława Klejnockiego: obaj mają skłonność do umiarkowanego niechlujstwa, noszą krzykliwe kolorystycznie koszule, jeżdżą identycznymi samochodami, są miłośnikami wina. To oczywiście tylko wybrany repertuar podobieństw. Kto wszak owe rozpoznał – może również pokusić się - na wyższym poziomie - o próbę „kompatybilizacji” psychologicznego i ideowego profilu autora i bohatera. To jednak ryzykowne przedsięwzięcie, gdyż autor, świadomie, myli tropy. Nawrocki być może przypomina samego Klejnockiego (autora), ale do jakiego stopnia? Gdzie tu przebiega granica pomiędzy zwierzeniem, konfesją, autobiografizmem i autotematyzmem a kreacją, produktem wyobraźni, deformacją rzeczywistości? Wprowadzenie wysocekomptentnego czytelnika w stan dezorientacji było czytelną intencją autorską.

Problemy interpretacyjne i dezorientacja, by tak rzec, ontologiczna mniej kompetentnego czytelnika też były mile widzianymi przez autora efektami lektury.
Podobnie zresztą rzecz się ma, jeśli idzie o żonę Nawrockiego – Małgorzatę. Posiada ona wiele cech małżonki rzeczywistego (pozapowieściowego) Klejnockiego (np. typ wykształcenia, charakter pracy zawodowej), a także – czytelne dla „wtajemniczonego” kręgu czytelniczego - rysy temperamentalne. Niektóre epizody fabularne z jej życia (jak choćby ten z okolic knajpy „Okrąglak” przy skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Emilii Plater) są prawdziwe (o czym wie także pewna część środowiska literackiego).

Niemniej i tu relacja przekształca się w kreację – Małgorzata w czasie ciąży staje się fanatyczną słuchaczką Radia Maryja (jej poglądy również kuriozalnie konserwatywnieją). W świecie rzeczywistym autor odebrał w konsekwencji tego zabiegu literackiego liczne kondolencje od zaprzyjaźnionych czytelników, wyrażających współczujące zrozumienie (na ogół raczej mocno konwencjonalne) co do postawy małżonki (sic!). Co zresztą pozwoliło autorowi uznać, że jego zamysł artystyczny osiągnął pewnego rodzaju powodzenie.

Największe kontrowersje budziła jednak postać powieściowego Jarosława Klejnockiego. Czytelnik niewyrafinowany miał prawo do całkowitej dezorientacji, która przejawiała się zazwyczaj w nałożeniu postaci powieściowej z autorem książki w stosunku 1:1. Takie postawy reakcji czytelniczej pojawiały się najczęściej na spotkaniach autorskich i były zaczynem bardzo burzliwych nieraz dyskusji z publicznością.

Powieściowy doktor Klejnocki mieszka bowiem w tej samej miejscowości, co autor powieści, w podobnym domu. Jest filologiem, pracownikiem tego samego wydziału uniwersyteckiego, co autor. Jego sytuacja rodzinna, w najogólniejszym zarysie, podobna jest prawdziwej sytuacji rodzinnej powieściopisarza. To są powszechnie dostępne informacyjne szczegóły, które można łatwo „wygooglować”, zwłaszcza, że autor „Przylądka” ma w Wikipedii swoje hasło (nie mówiąc już o hasłach w rozmaitych papierowych słownikach pisarzy współczesnych). Ale w opowieści fabularnej następuje znaczące „przesunięcie” rzeczywistości (by sparafrazować znane określenie Joanny Pollakówny). Powieściowy doktor Klejnocki jest bowiem specjalistą od polskiej literatury XIX – wiecznej, kiedy dość powszechnie wiadomo, że autor powieści specjalizuje się w polskiej literaturze XX wieku, a osobliwie w poezji najnowszej, to znaczy tej po 1945 roku. Erudycja powieściowego Klejnockiego jest dość czytelna, jego egzegezy tekstów XIX - wiecznych nie mają w sobie nic z oryginalności – przytaczają raczej interpretacje dość popularne (przynajmniej w kręgu fachowców). Klejnocki powieściowy mówi językami innych autorów (np. Janion, Weintreuba, Kowalczykowej), sam grając przed Nawrockim rolę rewelatora. Popis interpretacyjny powieściowego Klejnockiego, kiedy podejmuje się przed Nawrockim wyjaśnienia tajemnicy symbolu „czterdzieści i cztery” zawartego w „Widzeniu księdza Piotra” III cz. Dziadów Adama Mickiewicza to wszak nic innego, tylko pomieszanie mitycznych i mitograficznych odczytań znaczenia tej sceny z rozmaitymi filologicznymi interpretacjami, obecnymi w tradycji historycznoliterackiej już od dłuższego czasu.

Gry intertekstualne

Najważniejsza z gier to fragment powieści, będącej przyznaniem się do zbrodni doktora Jarosława Klejnockiego oraz jej opis.

W istocie jest to nie tak znów radykalna parafraza kluczowego fragmentu „Obcego” Alberta Camusa, w którym główny bohater – Mersault – opisuje zabójstwo, jakiego dokonał na anonimowym Arabie na plaży. Podobnie jak u Camusa, doktor Klejnocki opisuje mękę egzystencjalną, jaka towarzyszy mu w podróży do gabinetu profesora Grabowieckiego (odpowiednikiem w oryginale jest powrót Mersaulta na plażę i poszukiwanie Arabów, którzy go wcześniej zirytowali).

Podobnie jak główny bohater „Obcego” jest dziwacznie podekscytowany i nie w swoim nastroju, niejako umęczony sytuacją. Podobnie wreszcie zostanie oślepiony przez światło (Mersault przez słońce, Klejnocki przez blask lampy, bijącej mu prosto w oczy). Protagonista „Obcego” sięgnie w tej sytuacji (bezwiednie? sprowokowany okolicznościami? – nie wiemy tego) po rewolwer, natomiast doktor Klejnocki uchwyci ową lampę, która raziła o, by – znów: bezwiednie, sprowokowany okolicznością – zadać nią gadającemu i irytującemu profesorowi Grabowieckiemu kilka ciosów w głowę.

Cała ta scena w „Przylądku pozerów” zostaje niejako przepisana z „Obcego”, co likwiduje jej prawdopodobieństwo i ewentualną oryginalność. Jej czystym naśladownictwem; Klejnocki, przyznając się do zbrodni, nie mówi swoim językiem, tylko bezwiednie (a może świadomie?) kryptocytuje. Nawrocki najwyraźniej nie zna „Obcego” i przyjmuje to wyznanie z dobrodziejstwem inwentarza. Czytelnik o odpowiednich kompetencjach winien mieć, podczas lektury tego fragmentu, prawdziwy ubaw, gdyż dostrzeże czystą literackość owej sceny.

Czy zatem Klejnocki wrabia zwyczajnie policjanta (bo potem odwoła swoje zeznania i już nie będzie przyznawać się do winy) czy też podejmuje z nim swoistą grę, sytuując się – w pewnym sensie - w pozycji podobnej do postaci Pierre’ a Menarda Borqeza (więc nieświadomego – ale czy naprawdę – imitatora)?

Zbrodnia jest ze swej istoty papierowa i literacka; wydarzyła się – bo tak wynika z realistycznej konwencji opowieści - ale też może być efektem psychologicznej wariacji doktora Klejnockieo, który „Obcego” ewidentnie zna. Czy zatem doktor Klejnocki jest rzeczywiście zabójcą (zwłaszcza w świetle jego przyszłej niezgody na pierwotne przyznanie się do winy) czy jedynie mitomanem – ta kwestia pozostaje bez rozstrzygnięcia.

Inne gry intertekstualne w „Przylądku pozerów” mają oczywiście też pomniejszy, choć znaczący, wymiar. Zasadzają się zwyczajowo na żonglowaniu aluzjami i wpisywaniem rozmaitych fragmentów osadzonych w tradycji tekstów literackich w wypowiedzi (zazwyczaj potoczne) postaci z powieści. Zatem kiedy na przykład Krzysztof powiada, że zbuntowany wobec współczesnych praktyk bankowych tłum będzie „śpiewał na ruinach piosenkę zagłady” – rzecz odnosi aluzyjnie do właściwego passusu sonetu Adama Mickiewicza pod tytułem „Bakczysaraj”. Tego typu rozwiązań zastosowano w „Przylądku” jeszcze co najmniej kilka, ale pozostaniemy tylko na przytoczeniu pierwszego z nich.

Te czytelne dla kompetentnego czytelnika chwyty mają mu dostarczyć frajdę, polegającą na klarownej deszyfracji aluzji (odbiorca niekompetentny czy też mniej kompetentny nie poradzi sobie z ich identyfikacją i przyswoi sobie te fragmenty jako przykłady „wycieczek” autora w rejony literatury wyższego rzędu – choćby ze względu na wyrafinowanie [tu: wyraziście obcego] stylu).

Intencja tekstu dla czytelnika kompetentnego będzie więc jasna: mamy oto do czynienia ze swoistą zabawą literacką i igraszką formalną (co założone przez autora), czytelnik mniej kompetentny (lub w ogóle nieprzygotowany na taki stan rzeczy w książce) – będzie czuł się zawiedziony czy/lub poirytowany. Co w jakiś sposób można też połączyć z intencją autorską.

Konkluzja: ostateczny model odbiorcy

Wróćmy do początku i powtórzmy pytanie: kto mógłby być odbiorcą takiej powieści, jak „Przylądek pozerów”? Marzeniem autora, o czym już wspomniałem, byłby intelektualny replikant jego samego. Świadectwa recepcji są jednak bezlitosne. Czytelnik ukierunkowany na rozrywkowe bądź terapeutyczne walory tekstu będzie zawiedziony, zaś odbiorca przygotowany, choćby dzięki swym kompetencjom erudycyjnym, na wyłamywanie się książki poza presupozycyjną konwencję – także nie będzie do końca zadowolony („Przylądek” nie jest wszak serioznym zaprzeczeniem schematów powieści kryminalnej, tylko igraszką z nimi). Można zatem postawić tezę, że wirtualny czytelnik nie jest przez tę powieść jednoznacznie określony, ponieważ zostały rozmazane jego prerogatywy. Innymi słowy – konkretyzacja odbiorcy tego tekstu jest o tyle trudna, że powieść – świadomie, dodajmy – konkretyzację tę utrudnia. Pół żartem można by zatem rzec, że jest to powieść dla nikogo (może jedynie poza samym autorem). Byłaby zatem przykładem absolutnej i doskonałej autotelii. Gdyby przyjąć taką właśnie tezę -pewnie uczyniłaby autora oryginalnym twórcą w gospodarstwie literatury polskiej.

Niestety tak nie jest. Profesor Bogdan Owczarek uczynił bowiem powieść tematem uniwersyteckich ćwiczeń na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Co pozwala zmodyfikować zarysowaną wcześniej hipotezę odbiorczą. „Przylądek pozerów” stanowi zatem przykład lekturowej autarkii – naukowy pracownik uniwersyteckiego wydziału filologicznego pisze książkę, która później staje się przedmiotem analiz i rozważań na zajęciach, jakie prowadzi profesor na tym samym wydziale. W tym jednostkowym, nadzwyczajnym przypadku, literatura, powstająca poza Uniwersytetem, traci tym samym rację bytu, gdyż wirtualnym czytelnikiem książki, inkarnującym się podczas wspomnianych ćwiczeń akademickich w konkretnego odbiorcę, staje się student macierzystego dla autora Wydziału Filologii.

Dziękuję Panie Profesorze!


*Tekst przygotowany na jubileusz siedemdziesięciolecia profesora Bogdana Owczarka
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-08-2013  |   komentarze: (0)

Nędza krytyków i siła jurorów

 
 

Na początku sierpnia otrzymałem – via mail – następujące zaproszenie:


„Szanowni Państwo,

festiwal Literacki Sopot zaprasza:


PISARZ I JEGO JUROR

Podczas drugiej edycji festiwalu Literacki Sopot w gościnnych progach Dworku Sierakowskich odbędą się spotkania z jurorami oraz laureatami najbardziej prestiżowych nagród literackich. W ramach cyklu PISARZ I JEGO JUROR wystąpią wybitni polscy poeci, prozaicy i literaturoznawcy, m.in. Andrzej Sosnowski, Piotr Śliwiński, Joanna Bator, Tomasz Różycki, Piotr Matywiecki oraz Przemysław Czapliński.

"W centrum naszej uwagi pozostanie książka, ale porozmawiamy także o fenomenie nagrody literackiej - nie tylko jako narzędzia promocji, ale i władzy" - zachęca Tadeusz Dąbrowski, koordynator cyklu.


"Pisarz i jego juror", festiwal Literacki Sopot,
16-20 sierpnia 2013, godz. 19.00
Dworek Sierakowskich, ul. Józefa Czyżewskiego 12, Sopot
Wstęp wolny”

Kilka dni później dostałem – tą samą drogą - komentarz do owego zaproszenia, pióra Janusza Drzewuckiego:

„Szanowni Państwo!
Dziękuję za wiadomość o festiwalu. Ciekawy temat, ciekawa myśl przewodnia. Signum temporis.
Już nie pisarz i jego krytyk, lecz pisarz i jego juror...
Cóż, krytyk napisze recenzję, której nikt poza królikiem i jego przyjaciółmi nie przeczyta, chociaż królikowi bardzo, ale to bardzo na niej zależy (wiem co mówię, krytyką literacką zajmuję się czynnie od 29 lat), a juror przyznaje nagrody, o których jest głośno w telewizji, w radiu i w prasie. Słowem: nie jesteś takim pisarzem, jakiego masz krytyka, lecz jesteś takim pisarzem, jakiego masz jurora. Czapki z głów przed jurorem. Przyszłość literatury polskiej należy do jurorów, bez dwu zdań.
Z należnym uszanowaniem!
Janusz Drzewucki
("Twórczość")”

Znany poeta i krytyk nie obrazi się, że cytuję jego maila, zwłaszcza, że wysłał go do wielu adresatów – ludzi związanych z kulturą oraz instytucji kulturalnych.

Rozumiem sarkazm komentarza, poniekąd podzielam go (sarkazm) po części, ale może jeszcze warto dodać dwa słowa.

Parafrazując, prostacko rzecz jasna, założenia teorii aktów mowy, w kulturze współczesnej o wiele ważniejsza od illokucji jest perlokucja. Zatem głos krytyka już się w zasadzie nie liczy – ważny jest gest lub zdarzenie (publiczne) związane z tekstem. Zamiast mniej lub bardziej merytorycznego omówienia książki – znaczniejszą rolę zaczyna odgrywać znak (omarkowanie). W tym sensie nagroda (ówże znak, omarkowanie) zastępuję dawniejszą recenzję, a ma o tyle silniejszy impakt, że jest sam efektem kolegialnej decyzji (więc zbiorowego autorytetu) oraz posiada wymierny kształt w realu (zazwyczaj mniej lub bardziej pokaźna sumka pieniężna, działająca na wyobraźnię odbiorcy). Nieważne więc, że jeden z drugim krytyk kręcą nosem – ważne są inne kryteria. Twórcy festiwalu mają więc rację – tak jest! – to między innymi jurorzy stanowią dziś bardziej o społecznych ramach jakości odbioru, nie krytycy.

Przykład z ostatnich tygodni. Powieść sensacyjna Zygmunta Miłoszewskiego „Bezcenny” spotkała się z dość oziębłą, by nie rzec, że w konkretnych przypadkach nawet miażdżącą oceną krytyki. I to zarówno w przestrzeni internetu (np. tekst Bernadetty Darskiej na Onet.pl) czy tradycyjnej prasy papierowej (recenzja Dariusza Nowackiego w „Gazecie Wyborczej”). Nie przeszkodziło jej to w brawurowym umiejscowieniu się na listach bestsellerów, na której pewnie pozostanie co najmniej do końca wakacji. Illokucyjna wartość krytycznoliterackich rozpoznań nie miała tu więc większego znaczenia (abstrahując zresztą od samych ocen – gdyby były pochlebne, zapewne też nie wpłynęłyby na sukces odbiorczy „Bezcennego”). Wydaje się, że zadziałała perlokucja: wydawnictwo zawsze dbało o wyjątkowej jakości promocję, jedna z poprzednich książek Miłoszewskiego została sfilmowana (z sukcesem), on sam dwukrotnie został laureatem konkursu na najlepszą powieść kryminalną (nagroda Wielkiego Kalibru), pojawił się również w przestrzeni celebryckiej (programy telewizyjne, kolorowe magazyny itd.).

Jakiej jakości książką jest „Bezcenny” ma tu – niestety – najmniejsze znaczenie. „Niestety” – bo o owej jakości nikomu, oprócz niesłuchanych przez nikogo krytyków, nie chce się już rozmawiać.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-08-2013  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl