Szukaj

Południk 21 - trailer

Utracone w tłumaczeniu

 
 Wśród koneserów literatury pięknej od dawna funkcjonuje przeświadczenie, że prawdziwy kunszt sztuki słowa dostępny jest jedynie w języku oryginału. A każde tłumaczenie nie jest nigdy przekładem, tylko czymś w rodzaju – czasami mniej, a czasami bardziej udanej – wariacji czy wręcz parafrazy.

Ale ciekawe są rozmaite „wpadki” czy też przeinaczenia tłumaczy, a osobliwie te, które dotyczą tytułów znanych utworów. Były one często nie tyle efektem braku kompetencji językowych, ile raczej świadectwem dramatycznych zmagań ze znalezieniem właściwego, dobrze brzmiącego w polszczyźnie, odpowiednika.

Oto słynny tomik poetycki Charles’a Baudelaire’a Les Fleurs du mal, tłumaczony na polski jako Kwiaty zła lub Kwiaty grzechu. Francuskie słowo „malade” to choroba raczej niż zło. Je suis mal powie Francuz, wtedy, gdy chce oznajmić, że źle się czuje. A zatem właściwszy przekład mógłby raczej brzmieć: Chorobliwe kwiaty, ewentualnie: Kwiaty choroby. Choć oczywiście jest to wybór tłumacza, owo mal w tytule, najlepiej jeszcze gdyby było pisane dużą literą, mogłoby, bez szkody dla sensu, uchodzić jednak za synonim „zła”.

„Chorobowość” byłaby jednak bliższa przesłaniom liryki autora Paryskiego spleenu. Baudelaire tworzył bowiem wiersze utrzymane w klimacie dekadentyzmu – postawy ideowo głęboko pesymistycznej, naznaczonej niewiarą w człowieka i jego działania, przeczuciem schyłkowości świata i dotychczasowego modelu kultury europejskiej. Efektem takiego myślenia, owej „choroby wieku” (czyli właśnie: mal du siecle”) jest apoteoza niemocy: człowiek nie ma wpływu na rzeczywisty kształt świata, a także na własny los; wszelkie wysiłki, jakie podejmuje, by kształtować jedno i drugie - i tak skończą się klęską. To właśnie miała być owa „choroba końca wieku XIX”, choroba egzystencji ówczesnego człowieka.

Przyznajmy jednak – czy Chorobliwe kwiaty mają tę samą moc, brzmią równie dobrze jak Kwiaty zła? Jakkolwiek metaforycznie przełożony, tytuł ten zakorzenił się jednak w polskiej kulturze i dziś nikt już chyba nie dokonuje rewizji jego źródłowego znaczenia.

A znów arcydzielna powieść Marcela Prousta A la recherche du temps perdu pisana w latach 1913 – 1927, znana u nas jako W poszukiwaniu straconego czasu ? W polszczyźnie przymiotnik „stracony” kojarzy się z klęską, z bezpowrotną stratą , z czymś ostatecznym, nie do przezwyciężenia. A tytuł proustowskiej powieści odnosi raczej do „utracenia” (W poszukiwaniu utraconego czasu winien zatem brzmieć) przeszłości, dzieciństwa i młodości. Bo ewokuje wspomnienia,
nostalgię; zapowiada też pracę pamięci, wywołaną przez zapach i smak legendarnego ciastka – magdalenki.

Nawet jeśli odczytujemy książkę Prousta w szerszym kontekście – jako zapis przemian w społeczeństwie francuskim przełomu XIX i XX wieku – to nie mówi ona o stratach na marne, ile o radzeniu sobie – bądź nie - człowieka z owymi przemianami.

Wreszcie A Catcher In the Rey J.D. Salingera, tłumaczona na polski jako Buszujący w zbożu. Tu mamy całkowite odwrócenie znaczeń. Właściwymi „buszującymi w zbożu” są dzieci ze snu głównego bohatera powieści. Łan zboża kończy się w nim przepaścią, w którą one spadną, jeśli bohater ich nie wyłapie i w ten sposób nie ocali. Nie jest on zatem „buszującym” w zbożu jak znaczy polski tytuł, tylko owym „łapaczem” (a catcher), ratownikiem, wybawcą. Sen ma znaczenie wybitnie metaforyczne: chodzi o ocalenie w człowieku tego, co pierwotnie niewinne i naturalnie etyczne, nieskażone przez konformizm dorastania.
Ale znów – Łapacz w zbożu – co to znów za tytuł?

Inny przykład - Nowy wspaniały świat Aldousa Huxley’a; w oryginale zaś: Brave New World, czyli raczej, dosłowniej: Odważny nowy świat. Tu wierność oryginałowi byłaby dlatego pożądana, gdyż tytuł ten nawiązuje bezpośrednio do mowy Mirandy (Akt V, scena I), jednej z bohaterek Burzy Williama Szekspira, a zatem sugeruje rozmaite aluzje czy też powiązania znaczeniowe pomiędzy oboma dziełami.

Na koniec zaś drobny błąd w tytule, tym razem już nie w tłumaczeniu. Idzie o wiersz Czesława Miłosza Campo di Fiori. Właściwa nazwa rzymskiego placu, na którym w roku 1600 spalono na stosie Giordana Bruna to Campo de’ Fiori. Błędna nazwa, a więc i błędny tytuł utworu na tyle się przyjął jednak w polskiej literaturze, że Miłosz już go nie korygował w kolejnych edycjach swoich wierszy. A i czytelnicy się przyzwyczaili.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-07-2016  |   komentarze: (0)

Ach, Trylogia!

 
 
W poprzednim tekście wspomniałem o sienkiewiczowskiej idei „krzepienia serc”.

Autor nie mógł pisać wprost, bo musiał uważać na cenzurę carską, zatem posłużył się tą metaforą. Co oznacza zatem owo sformułowanie? Szło pisarzowi o podniesienie na duchu narodu pozbawionego już wiele lat niepodległego państwa, udręczonego od lat pod butem zaborców, osuwającego się w pesymizm wynikający z braku perspektyw na diametralną odmianę losu. Pisarz wybiera zatem w Trylogii takie momenty w dziejach XVII wiecznej Rzeczpospolitej, gdy państwo niemal upada – zagrożone a to powstaniem ukraińskim (w Ogniem i mieczem), a to najazdem szwedzkim (w Potopie), a to znów nawałą Imperium Osmańskiego (w Panu Wołodyjowskim). I jednocześnie pokazuje, że naród zjednoczony, solidarny wokół idei obrony swego samostanowienia może się wydźwignąć z każdego, nawet najgorszego zagrożenia czy też niemal beznadziejnej sytuacji politycznej. Genialnie spuentuje sens tej tezy Zagłoba: „Nie ma takich terminów, z których viribus unitis, przy Bożych auxiliach, nie mogłoby się wydobyć.”

Zatem „krzepić serca” to znaczy dawać nadzieję Polakom, że i mroczne czasy zaborów kiedyś miną, jeśli tylko znajdziemy w sobie siłę, by walczyć o swoje. Ale „krzepić serca” to znaczy również pobudzać dumę narodową, wzmacniać poczucie narodowej wartości – dlatego Sienkiewicz pokazuje, oprócz klęsk, głównie spektakularne sukcesy oręża polskiego i bohaterstwo szlacheckich sarmatów. A sięga przy tym po awanturniczo – przygodowy model powieści historycznej, jaki opisałem w poprzednim tekście, po to, by dotrzeć do jak największej grupy odbiorców ze swą narodową terapią.

Czy jednocześnie fałszuje historię, jak mu niejednokrotnie zarzucano? Powiedziałbym, że raczej ją upraszcza, czasami modyfikuje, żeby lepiej się czytała, a przede wszystkim idealizuje – zwłaszcza rzeczywiste postaci historyczne.

Upraszcza historię, bo nie pisze traktatów czy podręczników, tylko popularne powieści, nie chce zatem wikłać się w drobiazgowe analizy. Stąd na przykład dość prymitywne wyjaśnienia konfliktów politycznych w Trylogii. Dlaczego Chmielnicki wywołuje powstanie kozackie, które zachwieje państwem? Bo nie dostał kozackiej buławy hetmańskiej, więc – osobiście urażony – mści się na Rzeczpospolitej. Dlaczego Szwedzi najeżdżają Polskę? Bo namawia ich do tego – znów z powodów osobistych - magnat Hieronim Radziejowski, banita wygnany z kraju, po tym jak przyłapano go romansującego z żoną króla Jana Kazimierza Ludwiką Marią Gonzagą. Skąd znów wojna polsko – turecka o Podole? Bo Imperium Osmańskie prowadziło „dżihad” i chciało zaprowadzić islam w całej Europie…

A modyfikacje wydarzeń historycznych – żeby atrakcyjniej się czytało? Choćby obrona Częstochowy w Potopie – ani tak dramatyczna (przeor… nie był tak pryncypialny, jak go przedstawił pisarz i układał się z oblegającymi klasztor Szwedami), ani tak ważna podczas skandynawskiego najazdu, bo to nieprawda, że obrona klasztoru jasnogórskiego dała Polakom impuls do wzmożonego oporu wobec najeźdźców. No i nie było żadnej „kolumbryny” ani jakiegoś Kmicica, który ją wysadził, zdecydowawszy w ten sposób o sukcesie polskiej obrony.

Jeśli zaś idzie o idealizację postaci historycznych – dotyczy to głównie wodzów. I kolejny to przykład na schematyzm, o którym już pisałem. W każdej powieści historycznej Sienkiewicza występuje jakiś niekwestionowany autorytet, mąż opatrznościowy, człowiek bez skazy. W Quo vadis? jest to święty Piotr; w Krzyżakach Jagiełło; w Potopie Czarniecki (ale też nieudolny król Jan Kazimierz); w Panu Wołodyjowskim hetman, a potem Król Jan III Sobieski (żadnych napomknień, że w czasach potopu opowiedział się za Szwedami); w Ogniem i mieczem – książę Jeremi Wiśniowiecki.

Zwłaszcza nad tą ostatnią postacią historycy, komentujący Sienkiewicza, załamują ręce. Bo wizerunek Jaremy, w świetle badań, jest co najmniej mocno kontrowersyjny. Skuteczny w tłumieniu powstania kozackiego, zyskał sobie złą sławę brutalnością i bezwzględnością – przyrównywano go, ze względu na skłonność do masowego nabijania na pal przeciwników, do rumuńskiego księcia Vlada Palownika, pierwowzoru Draculi. Poza tym Wiśniowiecki dość anarchistycznie i swobodnie poczyniał sobie z obowiązującym w Rzeczpospolitej prawem…

Morał: z powieści Sienkiewicza nie należy uczyć się historii, należy je czytać krytycznie, ale jednocześnie doceniając mistrzostwo literackie.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-07-2016  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl