Szukaj

Południk 21 - trailer

O pokusach transferowania autorytetu

 

Rozmowa Jacka Żakowskiego z profesorem Przemysławem Czaplińskim w „Polityce” (nr 31/2015) pod tytułem „Czas horroru”, w której, jak głosi redakcyjny lead, autor „Ruchomych marginesów” opowiada: „o tym, jak literatura odpowiada na polskie przemiany ostatnich 30 lat i co możemy z niej wyczytać o naszym społeczeństwie”.

Jacek Żakowski, jak można wywnioskować z treści pytań, na współczesnej polskiej literaturze pięknej zna się średnio, zresztą nie musi, najważniejsze, że pytaniami na ogół nie ogranicza i nie zaburza wypowiedzi swego rozmówcy. Do pewnego momentu przynajmniej, gdy ponosi go ewidentnie publicystyczny temperament i zadaje pytanie, które de facto żadnym pytaniem nie jest, jeno propozycją diagnozy:

„A może nie chodzi o żaden nowy ład, tylko o korekty obecnego, który się wynaturzył. W polityce to bardzo dobrze widać. Kapitalizm – tak. Ale bez wypaczeń. Demokracja – tak. Ale trochę inna. Najbardziej antysystemowe ruchy typu kukizowców chcą tylko korekt od dawna proponowanych przez dużą część mainstreamu. JOW, prywatne finansowanie partii itp. to hasła radykalizujące system, a nie obalające go. Jako antysystemowe postrzegane jest to co jest ultra systemowe. To historyczny fenomen.”

Jakby się naczytał Ranciere’a, pomyślałem, na moment oderwawszy wzrok od wywiadu. Co zresztą oryginalną refleksją nie jest, bo teraz nawet w krytyce literackiej widzę liczne – by nie rzec: dość powszechne - głosy (tak, to metafora, choć kiedyś profesor Bralczyk był łaskaw ironizować nad moim jej użyciem podczas jakiegoś panelu) jakby żywcem zainspirowane lekturą pism francuskiego myśliciela.

No, ale co na to Przemek? – z niepokojem wróciłem do „Polityki”. Przemysław Czapliński: „Ja jestem pan od literatury, nie od polityki. O Kukizie i o Komorowskim nie da się ze mną porozmawiać.”

Piękne!

Na początku XXI wieku Richard Posner w swojej książce „Public Intellectuals. A study of Decline” (2002) zarysował taką tezę, że w zglobalizowanym świecie umasowionej komunikacji na naukowca, który w swej dyscyplinie odniósł znaczący sukces lub/i jest niekwestionowanym światowym guru w jakimś badawczym obszarze, czyha pokusa transferu tego autorytetu na inne dziedziny. Innymi słowy, że swojego zbudowanego na merytokratycznych podstawach autorytetu może on użyć, a media będą go do tego niewątpliwie zachęcać, by wypowiadać się z pozycji znawcy w sprawach, o których, mówiąc delikatnie, ma bardzo blade pojęcie.

Ilustratorzy koncepcji Posnera lubią, jako wzorcowy przykład, przywoływać Noama Chomsky’ego. Ten papież nowoczesnej lingwistyki, twórca gramatyki generatywnej, bez której trudno sobie wyobrazić choćby rozwój współczesnej informatyki, uznany profesor Massachusetts Institute of Technology, najsłynniejszej politechniki świata (tak, tak – jest tam bardzo silny fakultet humanistyczny) od lat zajmuje się wydawaniem opinii politycznych, historycznych czy ekonomicznych. Bronił m.in. Roberta Faurissona, holocaustowego kłamcę, przed ostracyzmem, jaki spotkał go za twierdzenie, że komory gazowe i ludobójstwo Żydów to nieprawda; „Hegemonię i przetrwanie” Chomsky’ego polecał z trybuny ONZ Hugo Chavez; słynny lingwista negował też w swoim czasie zbrodnie Czerwonych Khmerów, wychwalał Milosevicia i nie wierzył w masakrę w Srebrenicy. Zaś o ZSRR pisał jako o istnym raju.

Przemysław Czapliński jest dziś najwybitniejszym, z całym szacunkiem dla innych, krytykiem literackim badającym polską współczesną prozę. Żaden inny badacz mu nie podskoczy, tak jak żaden polski prozaik jeszcze nie podskoczył Prusowi. Jest też błyskotliwym intelektualistą o szerokich horyzontach, czytającym chyba wszystko i – co ważniejsze – rozumiejącym, co czyta. A co równie istotne, jest świadom swych możliwości i swojego potencjału, ale ma w sobie tyle skromności, że w żaden sposób nie można zarzucić mu wywyższania się czy protekcjonalnego traktowania innych. I – o czym jestem głęboko przekonany – miałby wiele interesujących rzeczy do powiedzenia zarówno o Kukizie, jak i o Komorowskim.

A jednak mityguje swego rozmówcę i nie ulega pokusie, by przetransferować swój autorytet znawcy literatury na politykę (co zaleca wspomniany Ranciere), choć – jak powiadam – z pewnością doczekalibyśmy się z jego ust ciekawych rozpoznań i diagnoz. Zupełnie przeciwnie niż ten wybitny – jak słyszę – znawca cywilnego prawa rzymskiego, chadzający w sutannie, który ze swej profesorskiej katedry był łaskaw oświecić nas o istnieniu bruzd na czaszkach dzieci zrodzonych metodą in vitro.

Brawo Przemek! Kłaniam się nisko, po polsku, czapką do ziemi.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 29-07-2015  |   komentarze: (0)

Wakacyjne marzenia o podróżach

 

Wakacyjne plany najprzyjemniej czyni się późną jesienią, gdzieś w okolicach słotnego i ponurego listopada. W kominku igrają płomienie, o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny, a ty podróżujesz po mapach (dzisiaj pewnie raczej wygooglowanych) obliczając trasę, zakładając przyszłe miejsca postoju i odpoczynków, sprawdzając w przewodnikach i informatorach turystycznych lokalne atrakcje.

Tak powstało wiele z naszych rodzinnych eskapad, które w miesiącach letnich wprawiły w czyn słowa z listopada. Podróż przez zachodnią Ukrainę; północna marszruta przez Danię, Szwecję i Norwegię, by – zaczepiwszy o Lofoty – dotrzeć do Narviku; biwakowy objazd Austrii, północnych Włoch (jezioro Garda!), Szwajcarii i Bawarii… A to tylko niektóre. Kiedyś jeździliśmy we dwójkę, od paru lat towarzyszą nam dzieci, w związku z czym istotnym przemianom uległ profil programowy naszych wypraw. W największym skrócie: więcej w nim teraz aquaparków czy parków rozrywki niż zabytków do zwiedzania. Albo lepiej: staramy się o zdrową proporcję pomiędzy tymi atrakcjami.

Kiedy jednak nastaje sezon urlopowy, a ty przebywasz wciąż w pracy – bo wypoczynek zaplanowałeś na późniejsze tygodnie wakacji; tymczasem w mieście turyści wypierają mieszkańców i pogoda sprzyja – zaczynasz bezwiednie oddawać się marzeniom.

Myślisz na przykład o świetle nad Morzem Białym, które postanowiłeś kiedyś zobaczyć; o dalekich krajobrazach Japonii, z którymi zetknąłeś się czytając niegdyś sagi o groźnych i walecznych samurajach oraz wiersze haiku; o niepoznanych jeszcze wyspach Morza Śródziemnego – Korsyce, Sardynii, Sycylii, które przyzywają cię swą historią i legendą…

Romantycy docenili poznawcze i formacyjne walory podróżowania. Z tego, co dziś nazywamy turystyką uczynili metodę, by z przygody czerpać zyski dla serca i duszy. Byleby tylko mieć oczy szeroko otwarte, a uszy radarowo nastawione. I być gotowym do czerpania radości z łazęgowania.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-07-2015  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl