Szukaj

Południk 21 - trailer

Kocham wakacje!

 Podobno pewne kanadyjskie przysłowie powiada, że: „najgorszy dzień urlopu i tak jest lepszy od najlepszego dnia w pracy”.  Jeśli to przysłowie rzeczywiście istnieje, a nie jest tylko wymysłem – to trzeba dedykować je przede wszystkim korporacjonistom oraz wszelkim innym fanatycznym pracoholikom.

 

Praca – zwłaszcza stała, a nie na „śmieciowej umowie” – to w dzisiejszych czasach zaprawdę dobrodziejstwo, fakt. Ale wypoczynek się należy jak psu buda ( w innej wersji: "jak psu micha”). I nie chcę mówić tu o walorach regeneracyjnych, te są bezsprzeczne. Idzie po prostu o nabranie zwykłego dystansu.

 

Po powrocie z urlopu, podczas którego nie czytaliśmy gazet ani nie oglądaliśmy żadnej rodzimej telewizji – bo np. byliśmy poza granicami Ojczyzny – uświadamiamy sobie, że tak naprawdę niczegośmy nie stracili. Ba! A może nawet zyskali?

 

Mnie się zdarza podczas samego tylko urlopu wyrobić jakąś piętnastoletnią normę przeciętnego polskiego czytelnika książek (według statystyk tzw. przeciętny Polak czyta pół książki rocznie).  Jeśli dodać do tego „urobek” małżonki oraz dwóch córek (najmłodsza jeszcze nie czyta samodzielnie), to rodziną , podczas samych tylko wakacji, zawyżamy znacząco standard nadwiślańskiego czytelnictwa.

 

I żeby nie było wątpliwości: nie czytamy w tym czasie podręczników, poradników, książek kucharskich, atlasów (chociażby szlachetnych – jak atlasy przyrody), rozmaitych, a namnożonych, pseudoprodukcji artystycznych (np. celebryckich wynurzeń) – tylko rzetelną, solidną prozę. Zgoda, sporo w tym wyborze współczesnych kryminałów – ale jednak z najwyższej półki (Camillieri, Nesbo, Leon).  Ale poza tym i inne pozycje. W te wakacje wróciłem np. do Gombrowicza, przechodząc szturmem – po raz kolejny – przez „Dziennik”. Poza tym nowość: listy Andrzejewskiego i Miłosza, a z przypomnień: wiersze Barańczaka czy rozprawy Artura Sandauera o Mironie Białoszewskim. Zerknąłem też do tekstów Ryszarda Kapuścińskiego („Gdyby cała Afryka…”) – akurat tu z przykrym wrażeniem, że reportaż, choćby i wybitny, zainfekowany bywa wirusem progerii, czego dostrzec nie można w literackich pracach tego autora („Cesarz”, „Szachin - szach”).

 

Jednym słowem – wakacje to okres wolności lektury.  Czytamy dla przyjemności oraz bez zobowiązań. No i – najważniejsze – mamy na to wreszcie czas. Doprawdy lepiej przeczytać interesującą książkę niż tylko grillować się na plaży. A zresztą można te dwie przyjemności połączyć (o ile tylko ktoś zwyczajne smażenie się na przymorskim piasku poczytuje za przyjemność).

 

 


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-07-2012  |   komentarze: (0)

Dandys epoki korporacyjnej

Krzysztof Varga kilka razy już przyznał – w rozmaitych wywiadach czy rozmowach – że licznych swoich bohaterów literackich niespecjalnie lubi, bo są, na swój sposób, często odrażający.

I chyba tak właśnie jest również z Piotrem Augustynem, protagonistą najnowszej powieści pisarza pod tytułem „Trociny”. No bo to niemiły typ. Malkontent, frustrat, mizantrop. Poza tym także cynik i immoralista – choć jednak starający się rozmaite swe decyzje i postawy jakoś tam w kategoriach etycznych opisywać czy uzasadniać. Zatem – pierwsza przestroga – należy wystrzegać się  pochopnych utożsamień tegoż głównego bohatera z autorem, oczywiście jeśli w ogóle któremuś z czytelników przyjdzie taki pomysł zbyt szybko do głowy.

Cała książka jest w zasadzie monologiem tegoż antypatycznego  bohatera – i to raczej monologiem wewnętrznym – uwięzionego w pociągu Inter City relacji Warszawa – Wrocław, który to pociąg stoi przez wiele godzin w środku kompletnie niczym niewyróżniającego się pola gdzieś za Poznaniem.

Monologi – a zwłaszcza monologi wewnętrzne – dobrze wychodzą Krzysztofowi Vardze, by wspomnieć tylko brawurową „Tequilę” sprzed ponad 10 lat. Ów wylew frustracji, pretensji – do świata, Polski i siebie samego - jaki tryska spod palców Piotra Augustyna bębniącego z pasją na klawiaturze służbowego laptopa i spisującego swe opinie, przemyślenia, obserwacje – świetnie się czyta.

A ponieważ jest to tekst konfesyjny, znaczy zwierzeniowy, bohater Vargi nie uznaje hamulców autocenzury. Jego własna opowieść jest mocna, miejscami nadzwyczaj brutalna – uderzająca w tabu i mająca gdzieś zalecenia politycznej poprawności.

Augustyn, pięćdziesięcioletni  pracownik średniego szczebla jednej z dużych korporacji, której siedziba, jak wielu innych podobnych firm, mieści się na warszawskim Służewiu (Służewie?) Przemysłowym, nie ma złudzeń – ani co do siebie, ani świata.

A osobliwie do naszej polskiej tożsamości, literatury, kultury, obyczajowości, religijności,  sztuki czy w ogóle rozwiązań społecznościowo – cywilizacyjnych a la Polacca.

Mówiąc więc kolokwialnie – jedzie równo  po wszystkim.

Czyli: po polskim katolicyzmie, który on – człowiek ateistyczny z wyboru i życiowego doświadczenia – widzi paradoksalnie pogańskim, cepeliowym i sytuacyjnym; więc swoiście powierzchownym, hipokrytycznym, zwłaszcza w ludowym, masowym wcieleniu. To, mówiąc trochę językiem Krzysztofa Vargi (więc językiem naturalistycznym, nie uchylającym się przed skatologią) „nieprzetrawione” doświadczenie religijności miesza się z kompletnym niezrozumieniem świata – zwłaszcza przez starsze pokolenia (więc generacje rodziców głównego bohatera), na które to niezrozumienie nakłada się jeszcze – równie nieprzetrawione – dziedzictwo PRL-u. Ojciec Piotra Augustyna, chłop awansowany z mazowieckich opłotków, wierzy w PRL, matka – raczej w Opatrzność Boską. Powiada więc bohater w pewnym miejscu swego soliloqium, że prawdziwymi jego rodzicami byli właśnie Boska Opatrzność z Polską Ludową…  Już widzimy więc, że istotą tej opowieści będzie i satyra, i groteska.

Po kulturze korporacyjnej jedzie dalej Krzysztof Varga, po toksycznych relacjach dzieci – rodzice, po infrastrukturze kraju (z akcentem na infrastrukturę kolejową zwłaszcza), po snobistycznym modelu życia opartym na kserokopiowaniu egzystencji celebryckiej (jeśli to w ogóle egzystencją nazwać można), po rozbrykanej w kiczu współczesnej estetyce i jej polskich wcieleniach, po schyłkowinteligenckiej i pazerno – prymitywnej chłopskiej mentalności. A nawet po brzydocie Warszawy i mazowieckiego (choć nie tylko) pejzażu.

Piotr Augustyn, jak powiedziano, jest malkontentem i mizantropem – nie podoba mu się zatem prawie nic. Jest współczesnym światem i współczesną Polską – z jej cywilizacyjno – kulturowo – polityczną inkarnacją - zwyczajnie zmęczony. I nienawidzi tego świata i tej Polski, tak jak nienawidzi siebie – bo uległ temu światu, i tej Polsce i dał się wpisać w model funkcjonowania jednostki w tymże świecie (choćby akceptując, mimo śladów kontestacji, korporacyjny styl pracy).

Piotr jest jednak także współczesnym dandysem: uwrażliwia go piękno, którego poszukuje wokół, ale które znajduje tak naprawdę tylko w muzyce klasycznej, zwłaszcza barokowej, oferującej mu przeżycia metafizyczne, jakich nic w otaczającym go świecie, łącznie religią zaoferować mu nie może…

Bohater Krzysztofa Vargi przypomina nieco protagonistę „Dnia świra” Marka Koterskiego czy też protagonistkę książki Bożeny Keff pod tytułem: „Utwór o matce i ojczyźnie”. „Trociny” bowiem to powieść zarówno rozliczeniowa, jak i krzywe zwierciadło, przystawione nam wszystkim gombrowiczowskim gestem.

Przestroga druga zatem – to nie powieść realistyczna, tylko na swój sposób zaangażowana. Zaangażowana, by tak rzec negatywnie, co ją odróżnia wyraziście od rozmaitych projektów pozytywnego zaangażowania, będących dziś domeną zwłaszcza lewicowych czy nawet lewackich środowisk.

Varga nie jest jednakowoż drugim (trzecim, czwartym itd.) Gombrowiczem i nie aspiruje do takiej – pretensjonalnej trzeba by rzec - pozycji.  Bliżej mu być może do Mario Vargas Llosy, który w swej wiekopomnej powieści „Rozmowa w <<Katedrze>>” zadaje pytanie: „Czemu Peru tak się skurwiło?” W „Trocinach” Krzysztof Varga  zdaje się pytać – choć nie wprost, tylko implicytnie -  czemu wszyscy daliśmy się skurwić? Czemu pozwoliliśmy na skurwienie świata?

To niepokojąca i poruszająca powieść. Dawno temu, zaraz po przełomie 1989 roku, środowisko słynnego podówczas literackiego pisma „Brulion” postulowało, by w debacie publicznej języki prywatne stały się oficjalnymi. Innymi słowy – byśmy mówili, co naprawdę myślimy.  Poglądy i oceny Piotra Augustyna są niekiedy tak brutalne w swej bezkompromisowości, że aż cierpnie skóra. Ależ jakże prawdziwe są w swej jednoznaczności! Te wszystkie bezpardonowe zdania wobec rodziców, których kultura i rozmaite normy superego każą nam kochać, te wszystkie brutalizmy wobec obłudnych postaw, jakie zajmujemy w społecznym bytowaniu, wypowiadane przez Piotra Augustyna! Nie lubię go, nie chciałbym go kiedykolwiek spotkać, mieć z nim do czynienia, ale – czytam go zaintrygowany, bo – wstyd przyznać – jego tyrady chociażby przeciwko polskiemu teatrowi współczesnemu czy kinu, nie mówiąc już o rozmaitych innych przejawach pop – kultury, jakoś tam – choć o niepokojące skądinąd - korespondują z moimi własnymi. 

„Trociny” to powieść o skarleniu naszej rzeczywistości i skarleniu nas samych w tejże. Ten dandys Piotr Augustyn, którego da się nawet polubić mimo jego mizantropii, nie zawaha się, by wykroczyć poza wszystkie ludzkie normy, kiedy tylko oceni, że jego pozycja w świecie jest zagrożona. Dokona moralnej transgresji  po to, by móc dalej pracować na zdobytym stanowisku w korporacji i cieszyć się niemałymi dochodami, pozwalającymi na cieszenie się klasyczną muzyką jako odtrutką za małość, jaka na co dzień jest jego udziałem. To memento i ostateczna – dla nas – przestroga. 

----------------------------

Krzysztof Varga, Trociny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012    

   


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-07-2012  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl