Trochę wcześniej niż zapowiadałem – ale już jestem.
Andrzej Bobkowski (zaczytany w Conradzie i rozmaitej literaturze podróżniczej) o tropikach marzył, a także chyba nieźle się – sądząc z opisów – w nich czuł. Ja – przeciwnie.
A jednak staramy się co roku gdzieś w cieplejsze kraje pojechać (usprawiedliwiając się, że “to dla dzieci”), po czym, nasyciwszy się miło upałem w ciągu pierwszych trzech dni pobytu, w następne walczymy z gorącem, obserwując z zazdrością nasze córki, które nic sobie nie robią z żaru lejącego się z bezchmurnego nieba.
A potem następuje nieuchronny powrót – prosto w ramiona deszczów i zachmurzeń i znów zaczynamy pomału myśleć o krajach i ludach, które miały większego farta (jak nam się wtenczas znów zdaje) z losowaniem przydziału terenu i klimatu do życia. Klasyczny przykład myślenia, że “życie bywa gdzie indziej”. Przypomina mi się nagle taki dowcip z czasów PRL-u: żołnierz sowiecki, sącząc melancholijnie samogon z poobijanej menażki, wzdycha: “wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma”.
Jak zwykle podczas wypraw – kilka ciekawostek. Najwyższe wzgórze niedaleko tureckiego kurortu Oludeniz nazywa się... Babadag, najpopularniejsza woda gazowana w tym kraju to “Sifa”, a jeden z rodzajów sił porządkowych (jest ich tu sporo – jawnych, tajnych i dwupłciowych – bo choć Turcja kraj w 90% muzułmański, to jednak świecki) nosi dumnie nazwę: “ZABITA”. Zbieram chętnie takie okruchy, wszędzie gdzie jestem, i gromadzę ku własnej uciesze. Jak też i tę wstrząsającą informację znalezioną w papierach biura turystycznego “Itaka”, że mianowicie wyspą Rodos między XIII a XVI wiekiem rządził Zakon Jezuitów (tak jest!). Jeden wykładowców studium wojskowego na Uniwersytecie Warszawskim, pewien podpułkownik wojsk obrony powietrznej kraju (mieliśmy w PRL-u takie wojska), stanowczo nauczał nas o wielkim niemieckim filozofie XIX wieku, który nazywał się – według niego – Megel. Na zwróconą uwagę, że chyba jednak Hegel – machnął z lekceważeniem ręką i odrzekł: “wiecie, obywatele studenty, Hegel, Megel – różnie piszą”.*/
Udało mi się także przeczytać wszystkie kryminały wzięte na wakacje (choć dzieci utrudniały nam relaks!). To już drugi sezon spędzany głównie z kryminałami i sensacją przede wszystkim ze Skandynawii (choć nie tylko – ostatnio przeczytałem też “Zbyt piękną dziewczynę” niemieckiego autora Jana Seghersa – ale z mocno mieszanymi uczuciami; dwie książki angielskich autorów – niezbyt warte wspomnienia; a także paradokumentalny zapis działań pierwszego polskiego profilera Bogusława Lacha – “Zbrodnia niedoskonała”).
To ciekawe, że dominującym tematem zdaje się w tych nordyckich książkach motyw dziecka – porywanego, molestowanego, torturowanego, zabijanego. Nie umiem powiedzieć czy jest to rzeczywiście jakiś wyrazistszy nurt tematyczny w skandynawskich kryminałach, czy też po prostu takie wrażenie może mieć polski czytelnik sięgający po tłumaczenia (a więc, że jest to poniekąd efekt polityki wydawniczej rodzimych wydawców – takie, a nie inne pozycje edytorskie, preferujących).
Tak czy siak – ta swoista koncentracja tematyczna, leitmotiviczność rzuca się w oczy. Czy dlatego, że inne zbrodnie zostały już jakoś przez literaturę przetrawione, wyeksploatowane, a przez czytelników oswojone? Że na przykład masowi mordercy stali się już jakąś częścią pejzażu, a zwykłe zbrodnie z zysku czy afektu trącą po prostu myszką? A zatem – pozostało nam już tylko dziecko, wyniesione na piedestał przez nowoczesną pedagogikę, oczko w głowie rodziców? Jakiś aspekt socjologiczny też byłby tu istotny. Dbałość o dzieci w państwach skandynawskich jest wszak tyleż legendarna, co – pójdźmy przez chwilę na łatwiznę leksykalną – kontrowersyjna. W Norwegii do połowy lat 90. decyzję o czasowym odebraniu dziecka rodzicom i – ewentualnym – przekazaniu sprawy o pozbawienie praw rodzicielskich do sądu podejmowali urzędnicy samorządowi na poziomie gminy! A impulsem inicjującym działanie odpowiedniej komórki urzędniczej w tych kwestiach mogły być niepokojące informacje ze szkoły (przedszkola etc.), stwierdzenie na ciele dziecka podejrzanych sińców/ okaleczeń itd., czy wreszcie – skarga dziecka samego. Zrozumiałe, że w tak wyczulonych (również instytucjonalnie) społeczeństwach zbrodnia na dziecku, zwłaszcza małoletnim, musi budzić prawdziwą grozę. Z innej więc strony patrząc – to też zwyczajnie eksploatacja pewnej koniunktury przez pisarzy...
Ciekawa byłaby pod tym względem analiza naszego rodzimego podwórka... Czytam sporo polskich kryminałów, ale problem dziecka jako, strach napisać, przedmiotu zbrodni wydał mi się jak dotąd marginalny. Chociaż – tu pewna anegdota, mrożąca lekko krew w żyłach. Pewien młody, zdolny i wzięty polski pisarz, autor dwóch udanych książek, opowiadał mi, jak przedstawiciele znanego i prężnego krajowego wydawnictwa zasłużonego w promowaniu współczesnej polskiej literatury (w tym popularnej) usilnie namawiali go – po wybuchu afery Andrzeja Samsona – by wziął ten temat na warsztat i twórczo go przetworzywszy, stworzył powieść kryminalną osnutą na motywach pedofilskich. Oto piękny przykład na mefistofeliczność wydawców.
Ale dlaczego pedofilia i dziecko jako ofiara nie są – jak dotąd - nazbyt popularnymi tematami polskich kryminałów i sensacji – to intrygująca jednak kwestia. Do przemyślenia, bo nie chciałbym formułować zbyt szybko zbyt pochopnych i topornych wniosków.
I jeszcze jedna obserwacja. Spotkałem się po raz pierwszy z dziwaczną dość manierą okraszania powieści kryminalnych obfitymi przypisami. Praktyka ta ma dwa oblicza. W książce Gunnara Staalesena “Wokół śmierci” (słowo/obraz terytoria) przyjęto standard spotykany dotychczas w pracach seminaryjnych i naukowych (przypisy uczone - objaśniające szeroko background kulturowo – cywilizacyjny, szczegółowe kwestie toponomastyczne czy geograficzne – umieszczone, co budzi w czytelniku najwyższą irytację, na końcu tekstu). Odmienną “filozofię” objaśnień przyjęto natomiast w wydawnictwie Red Horse (powieść Kathy Reichs “Kości w proch”). Tu przypisy tworzył redaktor pozbawiony elementarnego wyczucia – objaśniając często to, co w tekście samej powieści – innymi słowami – wytłumaczone było dwa akapity dalej. Albo tłumacząc rzeczy kompletnie oczywiste, a pozostawiając niewyjaśnionymi np. gry językowe w obrębie angielskiego czy francuskiego, które dla nieobeznanych z tymi językami na wyższym poziomie pozostawały całkowicie niezrozumiałe.
A co czytali rodacy, których podglądałem na plaży czy nad basenami w naszym pięknym hotelu nad malowniczą zatoką Morza Egejskiego? Niestety – głównie “Detektywa”, kolorowe pisemka z mocno dolnych półek (incydentalnie “Newsweek”, “Wprost” i “Politykę”), a także “Vivę” i “Galę”. Z książek – raczej tanie romanse. Ale namierzyłem też rodaka, który pojechał do Turcji po to, by - wygrzewając się na plaży – czytać książkę Wojciecha Cejrowskiego o Amazonii (wydało mi się to lekko, hmm, postmodernistyczne). Mnóstwo ludzi zabijało czas rozwiązując po prostu krzyżówki. W sumie – dość smutnawo...
W “Newsweeku” 26/2009 felieton Tomasza Jastruna (“Jak oddycha Teneryfa”) – tam zaś: “A rodacy? Chciałoby się poskarżyć, że nie czytają książek, gdy niektórzy nagle czytają. Zdają się bardziej aktywni, ruchliwi niż inni. To dobry znak. I jak zawsze niepokój, że trafi się na polskiego palanta.” Ale co czytali rodacy w hotelu na Teneryfie, tego już TJ nie precyzuje. Szkoda, bo przecież nie sam akt lektury, tylko jej wybór jest istotny. Palanctwo (dobry tytuł kolejnej książki Rafała Ziemkiewicza – “Palanctwo polskie”) niekoniecznie musi się realizować w zachowaniach i wypowiadanych nazbyt głośno opiniach. Bo co, drogi panie TJ, jeśli czytali np. “Protokoły mędrców syjonu”?
I jeszcze z remanentów. Wszystkich filmów z Godzillą nie udało mi się jeszcze obejrzeć (ale wszak lato sporo przed półmetkiem!). O dziwo – japońskie katastrofiki wyjątkowo spodobały się Weronice (sześć lat), być może dlatego, że oglądała wcześniej sporo popularnonaukowych filmów dla dzieci o życiu dinozaurów. Weronika zatem przydybała mnie przed telewizorem i usadowiwszy się w wygodnie w fotelu kazała sobie drobiazgowo objaśniać akcję oraz sensy (sic!) przygód sympatycznego Niszczyciela. Zaprawdę powiadam – powiedzieć bystrej sześciolatce coś dorzecznego i logicznie spójnego o sensie obrazów z Godzillą - było to dla mnie jednym z trudniejszych wyzwań pedagogicznych w całej mojej dotychczas dwudziestoletniej karierze nauczycielskiej.
PS. Clint Eastwood oraz polskie filmowe kryminałki wciąż czekają. Proszę spodziewać się dalszych relacji... Tymczasem w następnym odcinku – o społecznej roli pisarza w Polsce (na marginesie mini – dyskusji prasowej z udziałem Piotra Bratkowskiego, Jerzego Pilcha i innych).
*/ tę i inne anegdotki ze studium wojskowego zawarłem w autobiograficznej powieści “Jak nie zostałem menelem” (Warszawa 2002)