No proszę, wystarczy, że człowiek wyjedzie na chwilę i oderwie się od prasy i internetu, a tu od razu robi się ciekawie.
W “Newsweeku” 26/2009 artykuł Piotra Bratkowskiego “Pisarze na marginesie”, który wzbudził burzę w szklance wody (riposta Jerzego Pilcha felietonem w “Dzienniku” i inne reakcje).
Bratkowski pisze o marginalizacji społecznej polskiego pisarza po 1989 r. – jako “inżyniera dusz”, sumienia narodu, jako uczestnika debaty publicznej, autorytetu (duchowego? moralnego?). “Pisarze polscy tracą znaczenie, bo w zmieniającym się świecie nie wymyślili siebie na nowo. Nawet gdyby chcieli, już nie potrafią być przewodnikami duchowymi. Nie chcą (Masłowska próbowała i przerażona uciekła) konkurować z celebrytami medialono – popkulturowymi. Z roli ekspertów wypierają ich rozmaici specjaliści. A gdy ktoś przy nich coś staromodnie szepnie o obowiązkach pisarza, zniesmaczeni wywracają oczami. Tylko że w efekcie godzą się na to, że właściwie nikt od nich niczego nie wymaga i stają się niekonieczni. Jak wisienka na torcie: zawsze miło, gdy tam na nas czeka. Ale przecież tort da się zjeść i bez niej.” – kończy swój tekst autor “Nauki strzelania” (bardzo ciekawego tomiku poetyckiego, wydanego w 1990 roku przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie; w ramach serii “Poezja szybkiej obsługi” – redakcja: Jacek Podsiadło – tak jest!).
Przy pierwszym kontakcie tekst Bratkowskiego wydał mi się nieco kanikułowy. Lato to tradycyjnie czas, kiedy kolorowe tygodniki pozwalają sobie na drukowanie tekstów nieco bardziej refleksyjnych, niezwiązanych z rytmem codzienności i rytmem mediów, żywiących się “gorącymi” zdarzeniami. Latem wszakże tygodniki mają też czasem kłopoty z zadrukowaniem kolumn kulturalnych (bo ile można pisać o czekających nas koncertach czy festiwalach – a w kinie i teatrze tymczasem cisza. Wydawnictwa też raczej niczego wtenczas nie wypuszczają na rynek). I wtedy pojawia się jakiś dyżurny temat kulturalny - a wątek roli społecznej literatury i jej twórców właśnie do takich w sezonie ogórkowym właśnie należy.
Rzecz była już zresztą niejednokrotnie wałkowana – na poziomie publicystki płytkiej i nieco głębszej, a także na poziomie refleksji fachowej – więc tekst Bratkowskiego żadnej Ameryki tu nie odkrywa; co najwyżej zbiera rozmaite wnioski z różnych źródeł. Znamienne też, że pisarze, którzy zgodzili się wygłosić komentarz do tez Bratkowskiego (ciekawe: nie ma tam żadnej pisarki, sami faceci) – potraktowali całą imprezę dość protekcjonalnie (może oprócz Tomasza Piątka, ton jego wypowiedzi współgra z tonem artykułu) i diagnozami autora się nie przejęli.
Artykuł Bratkowskiego zjechał, jak się rzekło, dość ostro Jerzy Pilch, a i pozostałe krytyki, które słyszałem (lub podczytywałem) pozwalają mi zatem na zupełnie inną strategię komentarza. Otóż postanowiłem założyć przez chwilę, że jest tak, jak autor “W stanie wolnym” napisał: pisarze nie umieli się odnaleźć po 1989 r, społeczna rola pisarza i literatury (może w ogóle sztuki wysokiej) leży w gruzach itd., itp.
A teraz zdekonstruujmy to rozumowanie.
Rozpatrywanie funkcji literatury w kategoriach “misji” oraz definiowanie roli pisarza w kategoriach “wyjątkowości” autorytetu intelektualisty – diagnosty świata jest spadkiem po romantycznym myśleniu. W warunkach polskiej kultury ten osobliwy opis został wzmocniony przez doświadczenie zaborów – kiedy literatura przejęła liczne role normalnie przypisane do instytucji państwowych i obywatelskich (ale skoro państwa i wolnego społeczeństwa nie było – to w końcu zrozumiałe). Lecz nawet wtedy artyści doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pisarstwo jest domeną elit, a także – co ważniejsze – czytelnictwo jest także domeną – pozytywnie tu rozumianego – marginesu społecznego. W “Epilogu” do “Pana Tadeusza” Mickiewicz wzdychał, że marzy o sytuacji, by jego księgi trafiły pod strzechy. Znaczący to dowód tej świadomości.
Poniekąd związany z romantycznym modelem kultury stał się też kreślony przez pisarzy wizerunek inteligenta, a więc także pisarza. Co ciekawe – ten romantyczny paradygmat przeżył własną epokę. Fenomen pisarstwa Stefana Żeromskiego polega wszak między innymi na tym, że jego bohaterowie są romantykami (idealistami, inteligentami z misją itd.), którym przyszło spełniać się nie tylko w patriotycznych, ale też pozytywistycznych z ducha dekoracjach. Wszystko to zaś autor “Wiatru od morza” wkłada w ramy modernistycznej narracji. Sam zaś Żeromski (nie tylko on oczywiście, ale rozpatrujemy tu ten akurat przykład) stał się dziedzicem romantycznej wizji artysty w społecznym (narodowym?) odbiorze.
Piotr Bratkowski zbudował swój tekst na tych właśnie założeniach, choć o nich eksplicytnie nie wspomniał. Dlatego też – subwersywnie – tym możemy tłumaczyć nieobecność kobiet – pisarek w zestawie twórców udzielających komentarza do tekstu. W modelu romantycznym artysta – inteligent – autorytet – komentator jest mężczyzną, gdyż romantyczna literatura rezerwuje dla kobiet, także artystek, rolę pasywną (mimo obecności w polskiej literaturze romantycznej kilku heroin aktywnych – jak Balladyna czy Grażyna). Pisały o tym obszernie badaczki romantyzmu – choćby Maria Janion i Marta Piwińska – więc nie ma co tego wątku dalej rozwijać.
Zmierzam do tego, że tekst Bratkowskiego w istocie najpierw konstruuje, a potem opisuje problem fikcyjny. I nie idzie mi o nawiązania do słynnego “odejścia paradygmatu romantycznego” wieszczonego w zeszłej dekadzie przez Marię Janion.
W sytuacji “znormalizowanej” egzystencji społeczeństwa (w warunkach ustroju demokratycznego i choćby częściowo wolnego rynku) zapotrzebowanie na “misyjność” literatury spada. Dobrze to rozumiał ten sam Żeromski, gdy w roku 1920 inicjował powstanie Związku Zawodowego Literatów Polskich. Właśnie – “Zawodowego” i “Literatów”. Pisarstwo stało się w wolnej (choć wciąż trwała wojna z bolszewikami!) Polsce bardziej rzemiosłem, zawodem - jeśli ktoś woli, a także działalnością, nazwijmy ją tak, hobbystyczną. Dlatego ZZLP koncentrował się na sprawach bytowych: doradztwie prawnym i wydawniczym, współtworzeniu prawa autorskiego, kwestiach zabezpieczeń emerytalnych, stypendiach, zapomogach. Warto pamiętać, że to właśnie z renty wypłacanej przez ZZLP żył w dwudziestoleciu międzywojennym schorowany psychicznie Kazimierz Przerwa – Tetmajer, niezdolny do zarobkowania...
Pisarze i działacze ZZLP rozumieli dobrze, że życie literackie w warunkach niepodległości warto instytucjonalizować, gdyż sztuka stała się elementem puzzle’a społeczno – gospodarczego, “normalizując się” w ten sposób. I w takich kategoriach należy też pewnie rozumieć powołanie Polskiej Akademii Literatury (indywidualny autorytet artysty zostaje zastąpiony autorytetem instytucji – by tak rzec – bardziej skutecznym, choćby lobbystycznie, w nowych czasach).
Inna rzecz – już bardziej współczesności dotycząca – to rozmywanie się pojęcia “inteligenckości”, a co za tym idzie, rytuałów i wzorców funkcjonujących w tej unikatowej (na Zachodzie nieznanej!) warstwie społecznej. Przemiany ekonomiczne i cywilizacyjne (ale też polityczne) zachodzące w kraju od – umownie – 1989 roku modyfikują stratyfikację społeczną opartą teraz na innych niż “ethos” cenzusach. Z odejściem inteligencji wiązać również wypada przemodelowanie statusu artysty - pisarza, od którego przestano już wymagać postaw sumienniczych.
Ten wątek jest zresztą o tyle ciekawy, że wciąż jednak toczy się dyskusja wokół kwestii archaizowania się inteligenckiego ethosu i zaniku podstaw, na bazie których ta warstwa dokonywała autodefinicji. Obrońców inteligencji mamy sporo, a ich analiz nie można tak po prostu lekceważyć.
Jeden z nich, Jerzy Jedlicki, pisze, ironicznie: “Teza o zanikaniu inteligencji powraca uporczywie w ostatnim 20 – leciu. Coraz to ktoś oznajmia w prasie lub w mediach, że inteligencja właśnie “schodzi ze sceny” – ale jakoś nigdy nie znika do końca i zawsze coś pozostaje do następnego zejścia.” Swe, bardzo skądinąd interesujące rozważania (“Kłopoty z inteligencją” – “Niezbędnik inteligenta. Bezpłatny dodatek tygodnika “Polityka”, lipiec 2009), profesor kończy następująco: “Z pewnością żadna warstwa społeczna nie ma dziś monopolu na działanie w sferze publicznej, aczkolwiek związek aktywności z wykształceniem nie ustał. Cóż jednak znaczy twierdzenie, że inteligencję zastąpią eksperci? Eksperci od czego? Od sygnalizowania zagrożeń cywilizacyjnych, od ujmowania się za skrzywdzonymi i poniżonymi, od obrony zasad demokracji, od inicjowania debaty politycznej, od publicznego, gdy trzeba, protestu? W każdej z tych dziedzin ekspertyza może być przydatna, wszelako wizja monopolu ekspertów i technokratów – każdego w ścisłym zakresie jego specjalności i kompetencji – nazbyt przypomina “nowy wspaniały świat”.
Taką diagnozę można oczywiście uznać za obronę istotności – mimo wszystko – inteligencji, ale też rozpatrywać ją można jako dość w sumie desperacką – i anachroniczną z punktu widzenia przyszłości – próbę wymuszenia uznania roli inteligencji przez identyfikujących się z nią intelektualistów w redefiniującym swą istotę społeczeństwie. Tak czy tak – artykuł Bratkowskiego wpisuje się w jeden z powyższych modeli rozumowania.
Odrębna rzecz to ta, że publicysta niejako hurtowo wiąże rolę pisarza jako bytu społecznego ze społecznym bytem literatury. A tu również nastąpiło wyraziste rozsynchronizowanie. Tak zwane zaangażowanie sztuki przestało być jej domeną konstytutywną (jak to miało w romantyzmie, a także nieco później), pytanie czy podobna przygoda miała miejsce ze społeczną rolą artysty?
Najpierw o zaangażowaniu sztuki. Nie podzielam obserwacji Bratkowskiego, że pisarze w Polsce gremialnie odwrócili się od spraw publicznych (czy politycznych) i wycofali w rozmaite nisze (awangardyzmu, prywatności etc.). Taki był generalnie trend wśród debiutantów z przełomu lat 80. i 90., a rozpatrywać go należy w kontekście potrzeby odreagowania przepolityzowanego funkcjonowania kultury w dobie PRL – u. Później natomiast artyści (na ogół) zrozumieli, że jeśli już chcieliby tworzyć sztukę zaangażowaną (społecznie czy politycznie) – to nie może być ona naznaczona propagandyzmem czy wulgarną perswazją, gdyż wpływają one znacząco (i to negatywnie) na jakość estetyczną, a z twórcy czynią co najwyżej publicystę (i tak to właśnie wygląda jeśli idzie o ostatnie dokonanie epickie np. Cezarego Michalskiego, Andrzeja Horubały czy Bronisława Wildsteina). Tak zawsze bywa, gdy nad literaturą rozpościera swe skrzydła tendencja – choćby i szlachetna.
Dlatego polemizowałem swego czasu z Igorem Stokfiszewskim, gdy ten na łamach “GW” nawoływał do zdynamizowania lewicowego zaangażowania literatury (osobliwie zaś poezji – sic!).
Ale nie można mówić o braku wątków “zaangażowaniowych” w dzisiejszej polskiej prozie, z tym, że obecne są one w realizacjach estetycznie zapośredniczonych (i dobrze!). Przywołać tu można, na prawach exemplum, choćby twórczość Mariusza Sieniewicza czy Sławomira Shutego, liczne książki z biblioteki HA!Artu, a także rzeczy na pograniczu literatury, bo de facto stanowiące coś na kształt fabularyzacji rozmaitych idei (ostatnie dokonania Doroty Masłowskiej czy choćby głośny “Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik).
Zaangażowanie – w formie aksamitnej – reprezentują też liczne teksty z tzw. mainstreamu, czyli coraz lepiej sobie radzącej literatury obyczajowej, zwyczajowo lekceważonej przez krytykę, mimo że to właśnie w tym segmencie prozy odnotowujemy niezwykle wysokie wyniki czytelnictwa (a w każdym razie kupna).
O ile zatem z mniejszym entuzjazmem myślę o programowym zaangażowaniu literatury, to za całkiem sensowne uznałem narzekania Bratkowskiego na nieobecność pisarzy w życiu publicznym.
Teraz więc o zaangażowaniu samego pisarza, chociaż wolałbym raczej mówić o aktywnym uczestnictwie artysty w życiu publicznym. Bratkowski liznął tę kwestię z jednej strony pomstując na defensywne lub indyferetne postawy twórców w tej materii, z drugiej przyznając, że aktywności tej nie sprzyja w Polsce ani obecny model debaty publicznej (niektórzy twierdzą wręcz, że jej nie ma!), ani stan mediów. Co do drugiej sprawy – prawda. Nie mogę dziwić się pisarzom, że nie chcą występować w telewizjach, gdzie dominuje zwyczajna naparzanka, jeśli idzie o sprawy polityczne czy społeczne. A programy kulturalne stały się już totalnie marginesem w każdym chyba paśmie nadawczym (może poza – mającym jednak kłopoty – II PR). Nie mogę dziwić się, że wstrzemięźliwie zabierają głos na łamach prasy (wciąż mówimy o sprawach pozaartystycznych), skoro ta traktuje ich często zupełnie niepoważnie (redagując barbarzyńsko wypowiedzi, odwlekając publikację, zwlekając z wypłatą i tak śmiesznie niskich honorariów itd.). A potem łatwo w takich warunkach wyjść na idiotę lub zostać wpisanym w jakieś polityczne pierepałki, w których polskie gazety grzęzną.
Pisarze zapewne wyczuwają, że nie istnieje zapotrzebowanie na nich jako autorytety (myślicieli!) – to efekt procesów, o których pisałem wyżej - z drugiej strony warunki działalności publicznej (choćby w sferze mediów) są trudne do zaakceptowania.
By wrócić do wspominanego tekstu Jedlickiego. Jednak rzeczywiście to specjaliści zaczynają wypierać tradycyjne inteligenckie omnibusy z ról eksperckich. Na świecie taką funkcję pełnią tzw. “think – tanki”, zajmujące się również sprawami, które Jedlicki widzi jako tradycyjny obszar inteligenckiej aktywności (np. zagrożenia cywilizacyjne, refleksja kulturowa, inicjowanie debaty etc.). A czego one czynią – choćby w sferach protestu - staje się elementem działalności rozmaitych organizacji społecznych, w tym o globalnym zasięgu (np. Greenpeace, Amnesty International). Na marginesie – intrygujące, że w polskich warunkach pojawił się ośrodek, który ma ambicję łączenia w sobie obu tych funkcji – analitycznej i programowej oraz społecznie aktywnej. Myślę tu oczywiście o środowisku “Krytyki Politycznej”.
Niemniej jednak – obserwując chociażby to, jak sobie radzą Niemcy – wyobrażalnym jest aktywne uczestnictwo artystów/intelektualistów w życiu publicznym. Ale to chyba kwestia czasu, okrzepnięcia instytucji publicznych, dojrzewania mediów, stabilizacji ustrojowej itd.
Wszakże jednemu co najmniej pisarzowi w Polsce udało się zbudować ostatnimi laty, mimo wszystkich niedogodności i trudności, wizerunek intelektualisty – komentatora, przypominający trochę niemieckie wzorce – i jest nim Stefan Chwin*/.
Narzeka też Piotr Bratkowski, wspierając się zresztą statystyką, na zanik czytelnictwa w Polsce, z nim również wiążąc degradację autorytetu pisarza – albo odwrotnie – uznając spadek czytelnictwa za objaw owej degradacji.
Z punktu widzenia nauczyciela (także akademickiego) mogę potwierdzić to, co opisuje beznamiętnie statystyka. Także moje prywatne doświadczenia jako piszącego pozostają jakoś w zgodzie z tymi rozpoznaniami. Ale – na co zwraca uwagę Jerzy Pilch w swym felietonie – jak to pogodzić z rosnącymi nakładami książek, z opiniami wydawców o rozwijającym się dynamicznie rynku, z rosnącą sprzedażą? W tym obszarze też działa równie nieubłagana i beznamiętna statystyka, a co więcej – widoczny jest obrót pieniądza.
Szczerze mówiąc – tego paradoksu nie umiem wyjaśnić. A i nie znalazłem dotąd żadnej racjonalnej opinii ze strony fachowców (krytyków, analityków rynku wydawniczego etc.). No może poza figlarnym bon mottem, jaki usłyszałem na majowych Targach Książki z ust jednego publicysty. Z szelmowskim uśmiechem stwierdził, że sytuację obiektywnego spadku czytelnictwa z obiektywnym wzrostem sprzedaży książek w kraju należy objaśnić tym, że: “Polacy kupują książki na później”.
Natychmiast przypomniała mi się sytuacja sprzed lat dwudziestu pięciu, kiedy podczas egzaminu z literatury współczesnej mój profesor, dobrodusznie patrząc na mnie znad zsuniętych na nos okularów, zawyrokował: “Panie Jarosławie, niektóre książki nadają się do czytania dopiero na emeryturze.”
*/ skądinąd intrygujące, że niektórzy pisarze, których nie udało się zagospodarować na użytek debaty publicznej w Polsce – funkcjonują na tych prawach poza granicami kraju. Myślę tu na przykład o Andrzeju Stasiuku, który bywa regularnym felietonistą poważnych gazet niemieckich czy włoskich. Znaczy – można. Co trzeba by było uczynić, by np. autor “Opowieści galicyjskich” zechciał się udzielać w podobnej roli na rodzimym podwórku? Może właśnie to wszystko, o czym piszę powyżej?