Szukaj

Południk 21 - trailer

Mały jubileusz

Rok temu, w sierpniu, nastąpił debiut niniejszej strony internetowej.

Był to start bardziej techniczny, właściwy rozruch to wrzesień (i wtedy odnotowano go jakoś szerzej), niemniej w sierpniu przypada, hm, jubileusz. Postanowiłem napisać o tym dwa słowa, bo u zarania swej działalności spotkałem się z licznymi wyrazami niedowierzania i sceptycyzmu.

Wątpiono czy mi się będzie chciało prowadzić ten blog regularnie, czy aby nie robię tego głównie w celach autopromocyjnych, dopytywano o ewentualną cenzurę ze strony Wydawnictwa Literackiego (właściciela tego miejsca w sieci) oraz autocenzurę...

Na razie okazuje się, że wszystko to były płonne zmartwienia. Przedsięwzięcie zamierzam prowadzić nadal, wciąż w podobnym duchu. W pierwszym roku działalności zamieściłem 39 wpisów, znakomita większość - to teksty merytoryczne. Postaram się utrzymać tę częstotliwość w następnych latach.

Bardzo wszystkim Drogim Gościom tej strony dziękuję. Możliwość porozmawiania w ramach "komentarzy" jest dla mnie (naprawdę!) przyjemnością; nierzadko intelektualną. Dziękuje także tym, którzy czytają, choć śladów swych odwiedzin nie pozostawiają w komentarzach. Wciąż spotykam Was w "realu" i bardzo mi przyjemnie słuchać wszystkich Waszych uwag.

Zachęcam więc do dalszej lektury i obiecuję kilka nowych inicjatyw. Pierwsza z nich już w następnym, sierpniowym, wpisie. Będzie to pilotażowy odcinek cyklu, który nazwałem "Według Mistrzów".

I jeszcze jedno specjalne podziękowanie: dla Bartłomieja Kwaska, bez którego wysiłków i opieki start tej strony byłby z pewnością trudniejszy, jeśli w ogóle nie niemożliwy.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 31-07-2009  |   komentarze: (1)

Pisarze wymyśleni

 
 
Jeszcze kontynuując kwestie poruszone we wpisie “Rola literatury, rola pisarza.” Tego wątku wstępnie nie planowałem rozwijać, jednak komentarz Nanka jakoś mnie pobudził.

Nanek ujawnia się jako zwolennik ortodoksyjnej, ale i szlachetnej, koncepcji pisarza. Uważa, że obowiązki rasowego literata – to przede wszystkim sama twórczość, rzetelna, pełna szacunku dla samego autora - ale i dla czytelnika, któremu należy się dobra, przyzwoita (jak rozumiem – w sensie wykonania i wartości rozmaitych, choćby estetycznych) książka.

To formuła, jak się rzekło, dość tradycyjna, modernistyczna z gruntu. Żeby nie było niedomówień – bliska także mnie samemu. Jej istotą jest koncentracja na akcie ekspresji, na wypowiadaniu się artysty. Traktowana poważnie, w pisarstwie widzi bardziej model życia, w wersji ekstremalnej model całościowy, absolutny, podporządkowujący sobie wszystko. Taki artysta zachowuje w sobie – zazwyczaj – pewną dozę niewinności (by nie rzec: dziecięcej wręcz), pozostając umiarkowanie wycofany wobec świata, w którym przyszło mu żyć.

Na drugim biegunie mamy ideę kreacyjności, czy może lepiej powiedzieć – wizerunkowości artysty. Wydaje się, że dla licznych pisarzy wstępujących dopiero na ścieżki twórczości (choć niektórzy z nich zdążyli już odnieść jakoś uwyrażnić własną twórczą egzystencję) ta druga opcja wydaje nawet nie tyle bliższa, co najzwyczajniej bardziej naturalna. By nie powiedzieć bez ogródek: oczywista.

Kluczowym słowem jest tu pojęcie “sukcesu”.

Dla pisarza bliższego modernistycznym wyobrażeniom swego artystycznego losu sukcesem jest głównie to, co wiąże się z udanym powstaniem tekstu. A więc: poczucie zrealizowania własnych założeń programowych, zadowolenie z efektu finalnego, a także sam fakt opublikowania książki i jej obecność w księgarniach. Ten ostatni czynnik nie jawił się zresztą jako obligatoryjny – bodajże Korab – Brzozowski, młodopolski poeta, nigdy nie kierował swych tomików do wolnej sprzedaży, publikował je w bibliofilskich nakładach i zwykł rozdawać pomiędzy tych czytelników, których uznał za godnych (już o tym zresztą wspominałem). Ale to wersja mocno ekstremalna, by nie rzec – hard core’owa. Co chcę tu powiedzieć – to to, że pisarz starego chowu o wiele bardziej koncentrował się na kwestiach “nadawczych” niż “odbiorczych”. A jeżeli już tych drugich, to zwracał uwagę przede wszystkim na tzw. “recepcję fachową” (czyli to, co napiszą recenzenci, jakie będą rekacje branżowego środowiska, co powiedzą – napiszą, naplotkują – koledzy po fachu etc.).

Piotr Bratkowski w swoim tekście pisze, że polscy pisarze po 1989n roku nie umieli “wymyślić siebie” (odpowiedni passus rzeczonego artykułu cytowałem w poprzednim merytorycznym wpisie). Rozumiem oczywiście intencje – dość zresztą jasne – publicysty. Brak umiejętności “wymyślenia siebie” to u Bratkowskiego analogon braku umiejętności “znalezienia własnego miejsca” w nowej rzeczywistości po przemianach; brak “pomysłu na siebie” – czyli pewnego rodzaju zagubienie w nowych warunkach; nieumiejętność zredefiniowania swego miejsca w społeczeństwie oraz swych ról – o czym pisałem już poprzednio.

Ale ja znów postanowiłem niejako przyjąć diagnozę Bratkowskiego dosłownie, niemalże literalnie i ponownie się z nim nie zgodzić. Mam bowiem wrażenie, że właśnie mnóstwo pisarzy (ale też artystów reprezentujących inne, nazwijmy to tak, dyscypliny) potrafiło po 1989 roku “wymyślić siebie”. Ba! – wydaje mi się, że otacza nas coraz więcej twórców, którzy poświęcili wiele wysiłku, czasu i inwencji, żeby “siebie wymyślić”. Do pewnego stopnia więc – pełno wokół nas pisarzy “wymyślonych”.

Przez “wymyślenie” rozumiem właśnie autokreację, dbałość o wizerunek, wreszcie przesunięcie dominanty w działaniach artystycznych z poziomu ekspresji na poziom odbioru.

Do pewnego stopnia skłonny jestem rozumieć taką postawę – w końcu myślenie o sobie jako artyście, który prezentuje własne wyroby na – pardon – agorze, to rzecz naturalna. I nie mam tu na myśli jedynie kwestii merkantylnych. Myślenie w kategoriach odbiorczych (czyli: jak dotrzeć i zdobyć sobie czytelnika) jest też myśleniem nad własnym miejscem w komunikacji społecznej, nad własną strategią odnalezienia się wśród innych tworzących. Ale oczywiście tej kwestii też nie należy nie doceniać – jest też myśleniem nad zarobkowaniem. A zarobkowanie nie musi się wcale sprowadzać do zarabiania w sensie dosłownym.

Wyrobienie własnego miejsca, zyskanie w miarę “głośnego” nazwiska itd. otwiera drzwi do rozmaitych stypendiów twórczych, wyjazdów, rautów, festiwali, spotkań autorskich (można z tego nawet żyć – przy niezbyt wygórowanych wymaganiach: standardowe honorarium za wieczór to 300 – 500 zł + zwrot kosztów – jak u Chandlera!), wreszcie literackich nagród (a w tej materii w ostatnich latach niezwykle się u nas poprawiło – zarówno jeśli idzie o wysokość finansowych beneficjów, jak i ilość samych znaczących laurów).

A zatem, powtarzam, nic dziwnego w tym, że zwłaszcza młodsi artyści wkładają wiele wysiłku, by “wymyślić siebie”. Na mojej liście w tym dziale numerem 1. jest Michał Witkowski. Sam pisarz zdradza od czasu do czas w wywiadach, talk-showach, rozmowach i ankietach szczególy swej pijarowskiej kuchni i - trzeba przyznać - czasami czytam to z podziwem. Bo żeby na przykład wpaść na pomysł wypożyczenia markowych i trendowych ciuchów na sesję fotograficzną mającą zilustrować kolejną gazetową wypowiedź?

Nie zżymam się i absolutnie nie potępiam takich akcji. Skandal, prowokacja i autorkreacja to narzędzia, nic więcej. Jeśli za tym stoi jeszcze jakiś message – to mniej więcej wszystko w porządku. Kiedy jest to tylko atrapa – no cóż, pozostaje jedynie bezgraniczna żałość.
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-07-2009  |   komentarze: (9)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl