Szukaj

Południk 21 - trailer

Samorządy i szkolnictwo

 
 
Do końca lutego samorządy, zgodnie z prawem oświatowym, muszą ogłosić, które ze szkół funkcjonujących na terenie objętym ich jurysdykcją zostaną zlikwidowane, przekształcone lub oddane stowarzyszeniom (w tym ostatnim wypadku: de facto sprywatyzowane). Władze samorządowe zazwyczaj zwlekają do ostatniej chwili i swoje decyzje ogłaszają dzień, dwa przed zobowiązującym je terminem. Wszystko oczywiście z lęku przed protestami rodziców, którzy nie tylko nauczyli się w ostatnich latach jednoczyć w podobnych sytuacjach kryzysowych (największy obecnie społeczny ruch rodzicielski w Polsce, to zainicjowana przez rodzinę państwa Elbanowskich irredenta przeciwko obowiązkowemu posyłaniu sześciolatków do szkół), ale też zdobyli doświadczenie w wykorzystywaniu mediów dla swych celów. A wiadomo, że medialne nagłośnienie protestu to murowany skandal, czasami na ogólnopolską skalę – żaden samorządowiec tego nie lubi.

Zarządzanie oświatą było po 1989 roku przekazywane samorządom stopniowo. Od roku 1999 samorząd terytorialny ma pod swymi skrzydłami przedszkola, szkoły podstawowe oraz placówki ponadgimnazjalne. Łoży na ich utrzymanie, wypłaca pensje nauczycielom i pedagogom oraz pracownikom administracyjnym, podejmuje wreszcie decyzje inwestycyjne. Budżet państwa wspiera samorządy tzw. subwencją oświatową, naliczaną – najogólniej – wedle metody, że pieniądze idą za uczniem, a zatem od ilości uczniów w danej placówce zależy przekazywana jej suma pieniędzy (różni się ona w zależności od tego np. czy uczniowie są pełnosprawni czy dysfunkcyjni w szerokim rozumieniu tego pojęcia – w tym drugim przypadku subwencja może stanowić nawet wielokrotność sumy naliczanej od „pełnosprawnego” dziecka). Oczywiście subwencje nie pokrywają całkowitych kosztów funkcjonowania oświaty w danej gminie, gross wydatków obciąża budżet lokalny. Dotacje dodatkowe – choćby z Unii Europejskiej – konsumowane są głównie przez, jakże zresztą potrzebne, inwestycje, natomiast bieżące, codzienne funkcjonowanie przedszkoli i szkół zależy właśnie od decyzji samorządowców, do obowiązku których należy podział finansowego tortu, na jaki składają się dochody jednostek terytorialnych.

Oznacza to, że w zarządzanie oświatą wkroczył twardy rachunek ekonomiczny, co bywa niekiedy bolesne, zwłaszcza tam, gdzie dochody gmin nie są zbyt wysokie, a zatem budżetowa kołdra jawi się jako przykrótka. Stąd też rosnąca fala likwidacji szkół, bądź ich agregowania, jaka przelewa się w ostatnim czasie przez kraj. Liczne małe lokalne placówki, liczące poniżej siedemdziesięciu uczniów (z rozmaitych powodów ten właśnie limit ilościowy wyznacza granicę „opłacalności” funkcjonowania danej szkoły) bywają zamykane, bądź też uczniowie przenoszeni są do innych szkół. Takie małe szkoły, o ile tylko pojawi się grupa rodziców lub nauczycieli, którzy zdecydują się zawiązać stowarzyszenie lub powołać fundację gotową przejąć placówkę oświatową i utrzymywać ją wprowadzając czesne, są też przekazywane takim podmiotom. Wiele z nich radzi sobie potem całkiem nieźle, liczne są jednakże przypadki, że takie szkoły – z rozmaitych przyczyn – padają. Wtedy mamy także do czynienia z likwidacją, tyle że odłożoną w czasie.

A likwidacja szkoły to zawsze dramat. Przede wszystkim dla uczniów – bo odbiera im się możliwość nauki w przestrzeni już oswojonej, w gronie poznanych kolegów i przyjaciół. Mała społeczność szkolna jest zazwyczaj mocno zintegrowana – wszyscy się znają; pomiędzy uczniami, a także pomiędzy nauczycielami i uczniami zawiązuje się często niemal familiarna więź, kontakty z rodzicami są bezpośrednie. Taka szkoła leży też zazwyczaj w pobliżu miejsca zamieszkania uczniów – nie trzeba do niej jechać godzinę gimbusem lub być równie długo dowożonym przez rodziców – dla których to dodatkowa mitręga i swoista rewolucja w planie dnia.

Mała szkoła to zazwyczaj także nieliczne, najwyżej kilkunastoosobowe klasy. Wiadomo, że proces dydaktyczny, ze swej istoty, postępuje lepiej właśnie w niewielkich zespołach uczniowskich. Jest wtedy większa szansa na indywidualizację nauczania, będącą jednym z czynników sukcesu dydaktycznego, są większe możliwości wprowadzania innowacji metodycznych, lepsze są relację, o czym już wyżej wspomniano, między uczniami, a także między zespołem klasowym a nauczycielami. Mniejsze klasy, niejako z definicji, dają szansę na podniesienie i utrzymanie wysokiego poziomu nauczania, a także dobre przygotowanie do egzaminów.

Ponadto likwidacja takich szkół to nie tylko skazywanie uczniów na poniewierkę i stres funkcjonowania w edukacyjnym molochu, do którego zostają przeniesieni, lecz również drenaż lokalnych elit. Szkoła, poczta, dom kultury, parafia, posterunek policji, ośrodek zdrowia, urzędy itp. – to wszak siedziby inteligencji, miejsca, w jakich pracują ludzie wykształceni, stanowiący nierzadko awangardę małomiasteczkowej czy wiejskiej społeczności. Lokalna szkoła to często jedno z nielicznych miejsc, w którym na wsiach ogniskuje się życie wspólnoty: tam mają spotkania kółka zainteresowań czy grupy fascynatów (np. tańcem lub śpiewem), funkcjonuje – niechby i skromna – biblioteka, służąca nie tylko dzieciom ale i dorosłym, odbywają się spotkania wyborcze czy mitingi regionalnych stowarzyszeń, mają miejsce zajęcia sportowe. Szkoła po godzinach nauczania jest bowiem ośrodkiem kulturotwórczym; w większych aglomeracjach funkcje te mogą sprawować też – i zazwyczaj sprawują – inne instytucje, ale na prowincji jaki jest wybór?

Samorządowcy zdają się nader często lekceważyć te czynniki, bowiem w ich mniemaniu decydują przede wszystkim pieniądze. Fundusze zaoszczędzone na optymalizacji i restrukturyzacji gminnej oświaty (jak to się w dzisiejszych czasach eufemistycznie określa cięcia finansowe) przeznaczane są na modernizację infrastruktury: drogi, chodniki, rewitalizację zieleni, sprzątanie terenu, lokację śmietników, budowę sieci gazowej, kanalizacyjnej czy wodociągowej itd. Te przedsięwzięcia podnoszą oczywiście ogólną jakość życia i są ze wszech miar potrzebne (zwłaszcza, że na tzw. prowincji sporo w tej materii jest jeszcze do zrobienia), ale generowanie na nie środków kosztem sfery edukacyjnej wydaje się chybione.

Władza samorządowa coraz częściej płaci także za tak prowadzoną politykę. Rodzice uczniów z likwidowanych szkół nie tylko jednoczą się w komitety protestacyjne, ale też niepokornie kontestują decyzje swych lokalnych włodarzy, dając również wyraz swej dezaprobacie poprzez głosowania w wyborach.

Głośny w ostatnim czasie stał się przypadek zachodniopomorskiej gminy Świdwin. Położona na jej terenie mała szkoła podstawowa we wsi Rusinowo (a także dwie inne placówki : w Klępczewie i Oparznie) została zamknięta, uczniów zaś przeniesiono do kombinatu edukacyjnego w miejscowości leżącej wiele kilometrów dalej. Chodziło o to, by zaoszczędzić, ale też nie stracić subwencji oświatowej. Rodzice gremialnie się przeciwstawili – najpierw czynnie protestowali (choćby pojawiając się na zebraniach Rady Gminy z transparentami czy składając interpelacje), a później odmówili podporządkowania się decyzji swych samorządowych przedstawicieli, wysyłając dzieci do szkół w sąsiedniej gminie, położonych bliżej niż zespół szkolny, do którego arbitralną decyzją administracyjną ich dzieci zostały przeniesione. Gmina w ostateczności wyszła na swoim zabiegu jak Zabłocki na mydle – po pierwsze jednak utraciła znaczną część oświatowej subwencji, a po drugie wójt w ostatnich wyborach, wskutek lansowanych przez siebie koncepcji oświatowych, stracił stanowisko (więcej patrz: Piotr Kobalczyk, Państwu dziękujemy, „Rzeczpospolita” 7-8.02.2015, s. 6-7).

O dziwo kwestia masowej likwidacji małych szkół gminnych stała się przedmiotem uwagi urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej, instytucji znanej skądinąd z tego, że nierychliwie zazwyczaj reaguje na palące problemy polskiej oświaty. 4 lutego 2015 roku szefowa resortu wystosowała oficjalny list do samorządów w kraju, w którym apeluje, by nie likwidowały pochopnie małych wiejskich szkół. Minister zachęca w nim samorządy, by te – zamiast zamykania placówek – rozważyły czy nie rozszerzyć ich działalności na funkcję przedszkolną oraz zajęcia Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Przypomina także, że od bieżącego roku subwencja szkolna została znacząco podwyższona – rocznie na każdego ucznia przypadać teraz będzie 1100 zł więcej. Rusza też projekt, dzięki bardziej elastycznie implementowanym funduszom unijnym, przekształcania szkół w Lokalne Ośrodki Wiedzy i Edukacji, dzięki czemu beneficjentami systemu edukacyjnego będą mogli w większym stopniu niż dotychczas stać się dorośli. Niewiele jest dobrych wiadomości z poziomu władzy centralnej dotyczących oświaty w Polsce, ale te akurat powitać można z ostrożnym optymizmem.



Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-06-2015  |   komentarze: (0)

Książka skandaliczna

 

Nakładem Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – dzięki wsparciu finansowemu Urzędu Miejskiego w Bydgoszczy - ukazała się książka pod tytułem „Pamięć” sygnowana nazwiskiem poety i dramaturga oraz terapeuty uzależnień Ryszarda Częstochowskiego. Piszę „sygnowana”, gdyż jej zawartość odbiega od standardu książek autorskich.

Na tom składają się listy nieżyjących i żyjących ludzi kultury do „autora”, zdjęcia oraz fotografie (przedstawiające na ogół RCz podczas spotkań literackich, ale jest też m. in. foto rzeźby głowy poety – sic!), omówienie twórczości RCz przez krytyka i badacza Dariusza Tomasza Lebiodę, fragmenty recenzji twórczości pisarza (w tym także mojego artykułu sprzed lat),wywiady z „autorem” i autorstwa „autora” (np. z Agnieszką Holland).

Książka jest de facto pomniczkiem, który Częstochowski wystawia samemu sobie za pieniądze podatnika bydgoskiego (w tym mieście mieszka i szefuje od 1985 roku tamtejszemu MONARowi), posługując się szyldem OW SPP (którego – co stanowi pewne kuriozum – jest członkiem).

Wszystko to – mocno niestosowne i trącące prowincjonalnością - byłoby raczej śmieszne i żałosne jednocześnie (biorąc pod uwagę szczyty minoderii i tony autowazeliny, jakie sobie Częstochowski funduje), gdyby nie jeden – skandaliczny – aspekt całego tego przedsięwzięcia.

Jak wspomniałem, istotną część edycji zajmują fotokopie listów do Częstochowskiego od różnych publicznych osób polskiej kultury. Na ogół są to dość zdawkowe i konwencjonalne podziękowania za otrzymane tomiki wierszy, okraszone dwoma – trzema zdaniami ogólnikowych uwag o charakterze krytycznoliterackim.

Częstochowski był jednym z założycieli pisma literackiego „Kwartalnik Artystyczny”, pracował w nim także przez kilka lat jako redaktor. Z tej pozycji prowadził bogatą korespondencję, stąd zapewne responsy epistolarne na przykład od Jana Błońskiego czy Czesława Miłosza.

Częstochowski publikuje także listy od pisarzy żyjących i znanych. Miałem okazję – z ciekawości – zapytać dwoje z nich: Nataszę Goerke i Andrzeja Stasiuka czy „autor” uzyskał na to ich zgodę? Okazuje się, że nie! Co więcej – nawet o swych zamiarach nie poinformował! W przypadku Stasiuka jest to tym bardziej bulwersujące, gdyż listy reprodukowane w książce są bardzo osobiste, można nawet powiedzieć, że w niektórych partiach wręcz intymne (panowie poznali się podczas epizodu hipisowskiego w swym życiu i przez krótki czas intensywnie się przyjaźnili).

O to czy Częstochowski raczył był prosić spadkobierców Miłosza lub Błońskiego o zgodę na zamieszczenie ich listów – nawet nie pytam, skoro tak pogrywa z żyjącymi.

I – last but not east - ciekaw jestem kto z władz OW SPP dał zgodę na druk tej pożal się Boże książki pod szyldem Stowarzyszenia? I czy oznacza to, że każdy członek organizacji, jeśli tylko przyjdzie z własnymi (załatwionymi) pieniędzmi, będzie mógł teraz wydać dowolne g… sygnowane przez OW SPP?
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 02-06-2015  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl