Szukaj

Południk 21 - trailer

Wakacje 2013

 
 Znikamy całą rodziną na miesiąc. Następny wpis po koniec lipca.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-06-2013  |   komentarze: (2)

Jeszcze o językach miłości

 

Do tego, co pisałem w poprzednim tekście, powinienem dodać, że dziś zaznacza się odmienny trend w mowach kochanków niż w czasach dawniejszych. To już nie kochankowie zapożyczają się w erotycznej liryce, by prowadzić swą intymną słowną grę uczuć – to raczej literatura czerpie z inspiracji ulicy, jak choćby w przywoływanym przeze mnie wierszu Piotra Paszkowskiego. Zgodnie zresztą ze zdaniem Marcina Świetlickiego, wypowiedzianym gdzieś, kiedyś, że mianowicie podczas studiów uniwersyteckich spotkał się on z wieloma słabymi wierszami, w przeciwieństwie do tego, co usłyszał na ulicy właśnie.

A propos Świetlickiego… Gdziekolwiek mogę, powtarzam tę myśl, że autor Zimnych krajów to zapewne ostatni z naszych poetów narodowych. To znaczy takich, którego wierszami mówimy, którego wiersze cytujemy (a choćby i we fragmentach jedynie). Który potrafi być organizatorem zbiorowej wyobraźni, to znaczy umie ewokować emocje zbiorowości… I którego jeszcze jakoś tam identyfikujemy w tym popkulturowym tsunami nieistotnych nazwisk i pustych pseudoosobowości publicznych.

A jeśli idzie o pokolenie moich artystycznych rówieśników, tych urodzonych w latach 60. zeszłego wieku, to jeszcze chciałbym wspomnieć Jacka Podsiadłę – właśnie jako poetę liryki miłosnej. Wydaje mi się, że on i Świetlicki to emblematyczne nazwiska dla dwóch różnych szkół pisania o miłości. Przynajmniej w naszych czasach.

Zacznijmy od Świetlickiego:

Listopad, niemal koniec świata

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem.
Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła.
Wolne? Zajęte – odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.

Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o
liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta,
wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.

Znudzimy się i pozabijamy po tygodniu, ale pomyśl o tych
łunach, które pozostawimy za sobą, o tych wszystkich miejscach
i kobietach, mężczyznach; pomyśl – z jaką ulgą

będziemy krzyczeć w hotelowym pokoju, na najwyższym piętrze,
a nasze krzyki dotrą na pewno aż na
portiernię. Wolne? Już za chwilę będzie wolne – odpowiadam. Zmierzch.

A teraz Podsiadło:

Noc nr 135. Przesilenie

Telewizor włączony. W krwi i ognia warkoczach
wielka słodka planeta ginie na moich oczach.

Talerz z resztkami zimnej zupy stoi na stole.
Ciemne ziarno gorczycy biorę w palce. W niewolę.

Dłoń się do ust spóźniła. Dwie ściany twoich imion
mój głos przeniknął cicho. Jeszcze mi wargi dymią.

Niby nic; jednak język zwiotczał mi i złagodniał:
oto przechodzi murem i połykaczem ognia

stał się, drgnąć mu starczyło. I znów oszwabia ciemność.
Przycięty knot oddechu ciągle tli się przede mną.

Własny głos mnie nakrywa odbita falą wspomnień.
Nocą, kiedy już spałaś, twój zapach mówił do mnie:

„Trwałe jest to, co ulotne i wieczne, co nietrwałe.”
Nie mogę tego pojąć. A wtedy rozumiałem.

Nie myślałem, że pęknie tych dni tanecznych koło.
Gdy się uczyłaś, szedłem do pobliskiego zoo

patrzeć na smutną parę starych orangutanów.
Były podobne do nas i snułem setki planów,

jak je uwolnić. Ludzka czułość pochodzi przecież
od śmiesznych min, z jakimi wręczały sobie śmiecie

rzucane im przez ludzi poprzez pręty klatki. Teraz
zamiast do zoo chodzę nad staw. Kamienie zbieram

i zmieniam pogląd w kwestii własnego pochodzenia.
Nie pochodzę od małpy. Pochodzę od kamienia.

Wyrzekłem się Czułości. Będę się przed nią bronił
jak kamień przed pieszczotą. I nie wybaczę dłoni

że się do ust spóźniła i ściany twoich imion
runęły za mną cicho. Ich gruzy jeszcze dymią.

Ciemne ziarno gorczycy w przełęczy ust się huśta.
Mała gorzka planeta ginie na moich ustach
90.11.25

U Świetlickiego miłość sprowadza się do walki, nieustannego konfliktu, podniecającego, rzecz jasna, ale jakże krótkotrwałego. Romans kochanków to niczym rajd pary porównywalnej do Bony i Clyde, która pozostawia za sobą spopielony świat – bo ich namiętność zżera i niweczy wszystko dookoła. No właśnie – raczej namiętność niż miłość. I jeszcze ta autoironia mówiącego bohatera: ich krzyki (krzyki namiętności?) dotrą aż… na portiernię (jakiegoś, jeśli wolno się domyślać, podrzędnego hotelu). Jakkolwiek ekspansywna, autoniszczycielska i niszczycielska miłość (namiętność) jest ich udziałem – w żaden sposób nie zmieni świata (to znaczy: nawet nie naruszy jego podstaw).

A poza tym to wszystko jest jedynie projektem wywiedzionym z imaginarium nieusatysfakcjonowanego (zdradzonego? porzuconego?) kochanka: wszak mamy do czynienia z myśleniem życzeniowym, z marzeniami kogoś, kto w depresji pogrążony zapewne okupuje miejsce w jakiejś w miarę popularnej kawiarni (wciąż pytają, czy miejsce przy stoliku będzie wolne).

Ach te klimaty walki płci, pozbawione tu co prawda Strindbergowskiego mroku, ale odwołujące się - mimo wszystko - do wizji miłości (namiętności?) jako doświadczenia negatywnego… Tu namiętność (miłość) jest spełnieniem wybuchowym, krótkim, intensywnym – co więcej - nie rokującym kontynuacji. To nie jest zatem miłość (namiętność) związku, tylko wypalenie się serc w błysku magnezji.

U Podsiadły mamy natomiast nieszczęśliwego kochanka, ale porzuconego, osamotnionego (skądinąd bohater Świetlickiego też samotny – ale jakby agresywnie, nieprzyjaźnie wobec świata, ludzi i siebie samego). Zatem kogoś, kto zaznał miłości – tej budującej, kształtującej i doskonalącej ludzkie charaktery. Zaznał związku opartego na partnerstwie i myśleniu pozytywnym. Niektórzy nazywają takie doświadczenia szczęściem… A teraz, opuszczony, przetrawia cierpienie (którego znakiem jest ziarenko gorczycy, symbolizujące, jak w Mickiewiczowskich „Dziadach cz. II” – konieczność męki, której doświadczywszy, stajemy się bardziej ludzcy). On jest tutaj ofiarą, nie jak u Świetlickiego, gdzie możemy domniemywać, oboje kochankowie są (byli) równie trudnymi partnerami dla siebie.

Różnica między wierszami jest fundamentalna: atmosfera wiersza Świetlickiego ma coś wspólnego – metaforycznie – z koncepcją świata i ludzkich relacji jako „teatru okrucieństwa” (jak to niegdyś chciał widzieć Artaud); u Podsiadły dominuje wzruszenie i klimat – mimo wszystko – sentymentalny. Bohater Świetlickiego zaciska usta i trzyma fason, choćby mu się flaki wewnątrz przewracały; bohater Podsiadły obnaża się emocjonalnie, opuszcza gardę, staje bezbronny, jakby pozbawiony skóry.

Obaj nie odkrywają poetyckiej Ameryki; stoi za ich poezją potężna twierdza tradycji – i to wcale nie tak dawnej. Bo czy – na przykład – nie poprzedzał Świetlickiego swą twórczością, co prawda nie poetycką, zapomniany dzisiaj Ireneusz Iredyński? A Podsiadłę - chociażby – Edward Stachura (do patronatu którego nad swoim pisaniem, autor „Języków ognia” przyznaje się zresztą)?

No tak, tak; każdemu pisarzowi, może oprócz tych nielicznych, naprawdę genialnych, da się zarzucić jakąś – pozorną czy lekko choćby prawdziwą – wtórność. Więc nie o to tu idzie, tylko o ekspresję. A ta udała się obu poetom wyśmienicie. Czytamy te wiersze i nie pamiętamy o dziedzictwie, jakie za nimi stoi. Po prostu czytamy i ciarki nam po plecach pełzają. Prawda?


*(tekst ukazał się wcześniej na łamach "Wiadomości Literackich")



Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 23-06-2013  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl