Szukaj

Południk 21 - trailer

Przerwa wakacyjna

Niniejszym ogłaszam przerwę wakacyjną do połowy lipca. Wtedy pojawi się nowy wpis.

Życzę udanych lektur w tym czasie.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-06-2010  |   komentarze: (1)

O dobrze znanej niesprawiedliwości

Na marginesie promocji książki Czesława Miłosza/Oli Watowej „Listy o tym, co najważniejsze”(Zeszyty Literackie, 2010), której współorganizatorem było Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie – refleksji słów kilka.
Tom listów, okraszony licznymi i naprawdę bardzo interesującymi tekstami pomieszczonymi w Aneksie (a przynoszącymi wytłumaczenie i rozwinięcie rozmaitych wątków kontekstowych), dotyczy wspólnych zmagań autora „Trzech zim” i wdowy po Aleksandrze Wacie z gigantycznym materiałem wywiadu – rzeki (znanego nam dzisiaj jako „Mój wiek”) oraz walki o jego publikację.
Prace te i walka zaczęły się w zasadzie zaraz po śmierci autora „Ciemnego świecidła” w 1967 i trwały lat dziesięć – bo pierwsze wydanie (emigracyjne) miało miejsce w 1977 r. nakładem Polonia Book Fundation w Londynie (pierwsze oficjalne wydanie krajowe – 1990).
Z jednej strony listy te ujawniają mozolne prace Miłosza, który podjął się wstępnych działań redaktorskich, a ponieważ nie dysponował dzisiejszą techniką, to możemy sobie tylko wyobrazić te godziny spędzone na mozolnym przepisywaniu rozmów z taśmy magnetofonowej, by potem poddawać je –już w wersji papierowej – obróbce iście benedyktyńskiej (ostateczną redakcję wykona później Lidia Ciołkoszowa). A jednocześnie Miłosz stara się spuściznę Wata upowszechniać – publikuje, tłumaczy, pisze artykuły…
Ola Watowa jest tu czułą i czujną towarzyszką przyszłego Noblisty. Jeśli się nawet spierają – to merytorycznie, jeśli dyskutują – to zawsze z założeniem, że dla dobra Dzieła.
Listy odkrywają też (lub raczej szerzej ukazują) niezwykle silną przyjaźń Watów z Miłoszem. Coś niezwykłego w przestrzeni literatury, o której ten sam Miłosz wszak ongiś pisał, że jest „turniejem garbusów”. Andrzej Wat, zapytany przeze mnie podczas promocji o fenomen tej przyjaźni, spojrzał na mnie zdziwiony. Dla niego to były sprawy naturalne: najpierw życie, potem twórczość, by strawestować pewną filozoficzną maksymę.
Nie chcę tu idealizować żadnego z bohaterów, chcę tylko powiedzieć, że prymat życia nad twórczością (karierą, profitami, zaszczytami, pochwałami etc.) bywa jednak możliwy. I to by było optymistyczne.
Ale męczy mnie dzisiaj jedna, tytułowa kwestia. Aleksander Wat cierpiał przez ostatnie kilkanaście lat swojego życia w sposób niewyobrażalny. To przez ból je sobie w końcu odebrał. Wydanie „Mojego wieku” rodziło się także w bólach. Nie mówiąc już o innych sprawach (tomie „Ciemne świecidło”, kwestiach recepcji i oceny twórczości AW…).
Dziś Wat wraca, choćby i na fali nowego zainteresowania awangardą początku XX wieku (w niej potrafią szukać inspiracji współcześni młodzi twórcy…). Jego dzieła wydaje Czytelnik, napomyka się o monumentalnej edycji audio (w wersji oryginalnej) „Mojego wieku” (choć przydałoby się i wznowienie papierowe), „Zeszyty Literackie” edytują materiały biograficzne (wspomniana książka epistolarna jest pierwszą z zapowiadanego cyklu), a nawet bibliofilskie reprinty – jak choćby w przypadku legendarnej wersji „Bezrobotnego Lucyfera” z ilustracjami Jana Lebensteina i odręcznymi uwagami autora.
Nawet cząstki tego sukcesu nie doświadczył Wat za życia (nie mówiąc już o dramatyzmie samej biografii). I jawi się to jako jaskrawa, dysproporcjonalna niesprawiedliwość.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 01-06-2010  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl