Szukaj

Południk 21 - trailer

Lektury wakacyjne i... wakacje!

 

Z ulgą myślę o nadchodzących wakacjach. Nawet nie dlatego, że to odpoczynek od – często iście szatańskiego – tempa pracy śródrocznej (choć to rzecz także bardzo istotna). Bardziej – bo to czas wakacyjnych lektur.


Wakacyjnych – czyli “nieobowiązkowych”. To znaczy niezwiązanych z pracą (choć liczne lektury związane z pracą także potrafią nieść radość), niezwiązanych z planem samorozwoju - a zatem zupełnie dowolnych, czysto rekreacyjnych.


To także czas odrabiania zaległości w oglądaniu filmów (na DVD of course). Bo jak się ma dwójkę małych dzieci, mieszka na wsi, sporo pracuje w mieście (dojazdy!) – to wyprawa do kina zakrawa na operację logistyczną porównywalną z lądowaniem wojsk sprzymierzonych w Normandii.


Co do filmów: czeka na mnie pakiecik klasycznych katastrofików z Godzillą w roli głównej (prezent od małżonki na Gwiazdkę – sic!) – czyli powrót do lat dzieciństwa i upajających projekcji w nieistniejącym już kinie “Czajka” przy ulicy Czerniakowskiej - oraz wydany niedawno tripak Andrzeja Żuławskiego (prezent od małżonki na niedawne imieniny). Zresztą, nie mogłem się powstrzymać i “Na srebrnym globie”, a także dokument o reżyserze, już udało mi się zobaczyć (kosztem zarwanych dwóch nocy). To był sentymentalny powrót, bo film ten (“Na srebrnym globie”) widziałem już gdzieś pod koniec lat 80. w telewizji. “Diabła” (uwielbiam go) i “Trzecią część nocy” oglądałem parokrotnie, ale i tak ostrzę już sobie zęby...


Chcę też wrócić do spaghettii – westernów Sergio Leone z Clintem Eastwoodem (obejrzane, a jakże, ale teraz chcę to zrobić w skupieniu), no i oczywiście do dekującego się na parapecie pięciopaku polskich filmów kryminalnych z czasów PRL-u (m.in. “Zbrodniarz i panna”, “Orzeł i reszka”, “Tylko umarły odpowie”), który nabyłem drogą kupna jeszcze w zeszłym roku... (te filmy oczywiście też znam, ale nic tak nie sprawia przyjemności jak smakowanie znanego już smaku, prawda?).


Jak widać, mam słabość do kina klasy B, a nawet C. Intuicyjnie czuję, że w takich filmach łatwiej, wyraziściej dochodzi do głosu archetypiczność kultury, a także bardziej powierzchniowo uwydatnia się tzw. zeitgeist – choć oczywiście w swej pokracznej, pop-masowej formule (kiedyś nawet myślałem, czy by nie przekuć tych pomysłów w jakąś bardziej poważną refleksję – ale to raczej temat dla uczonego kulturoznawcy niż filologa).*/


A książki? Wakacyjne lektury to oczywiście kryminały, thrillery, sensacja! Już zgromadziliśmy pokaźną paczuszkę, którą zabierzemy na urlop i kiedy dzieciaki będą się pławić w brodzikach i zjeżdżać po fantazyjnych zjeżdżalniach w aquaparku – my, sącząc drinki, będziemy pławić się w rozpuście lektury absolutnie i totalnie bezinteresownej.


A literatury kryminalnej, nie tlko rodzimego chowu, jest teraz w bród. Nadzwyczaj interesująco przedstawia się zwłaszcza reprezentacja skandynawska – już w zeszłym roku udało nam się przeczytać kilka niezłych powieści autorstwa Szwedów, Finów czy Norwegów. W tym sezonie wiele sobie obiecuję po “W bagnie” Arnaldura Indridasona – bo jakaż to w końcu mroczna zbrodnia może czaić się w prowincjonalnym przecież z perspektywy wielkich miast europejskich Reykjaviku, w społeczeństwie, w którym niemal wszyscy się znają?


Muszę wszakże przyznać, że byłbym skłamał twierdząc, że czytanie książek kryminalnych jest dla mnie jedynie rozrywką. Trochę tu i tam podpatruję, analizuję, uczę się, ale i – krytykuję (na własny użytek).


Moja nowa książka – kontynuacja zarówno “Przylądka pozerów”, jak i “Południka 21” – przeznaczona dla Wydawnictwa Literackiego, jest już gotowa w wersji, nazwijmy ją tak, demo. Teraz przyszedł czas na żmudne prace przeróbkowe i redakcyjne. I tym także zamierzam zająć się w wakacje. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, to “Człowiek ostatniej szansy” ukaże się gdzieś na początku przyszłego roku.


Natomiast jeszcze w lipcu, w Wydawnictwie Santorski, ma ukazać się zbiór opowiadań kryminalnych różnych autorów, tam zaś mój – przewrotny – tekścik pod tytułem “Zbrodnia doskonała”. Zapraszam do lektury.


Tymczasem znikam i pozostawiam blog odłogiem (będę jeszcze przez kilka następnych dni podczytywał ewentualne komentarze). Powrócę – około 15 lipca. Miłego wypoczynku życzę wszystkim moim Drogim Gościom i – au revoir.


*/ i oczywiście takie rzeczy już powstały - że przypomnę tylko "Współczesną Biblię Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej" Moniki Sznajderman (Kraków 1998)

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-06-2009  |   komentarze: (3)

Na upadek (starego) "Dziennika"

 

... “starego”, bo jak czytamy, “nowy” będzie już mutacją z “Gazetą Prawną”. Edytowany ma być przez innego niż Axel Springer wydawcę.


Tak czy inaczej to koniec tej gazety w kształcie, w jakim ją do tej pory znaliśmy. A być może początek końca w ogóle (choć zapewne rozpisanego na długie miesiące agonii), gdyż przychylam się do tych opinii, które głoszą, że prawdziwą istotą transakcji był nie papierowy “Dziennik”, ale platforma “Dziennik.pl”.


Nie mam tu oczywiście zamiaru oddawać się spekulacjom biznesowym czy prasoznawczym (takie już – bardzo profesjonalne - pojawiły się i pojawiać z pewnością nadal będą). Chciałbym natomiast dwa słowa powiedzieć z punktu widzenia czytelnika, który towarzyszy (wciąż zresztą) gazecie od jej pierwszego numeru, no i poniekąd autora, który brał – najzupełniej marginalny – udział w fazie przygotowawczej, zanim “Dziennik” wynurzył się z próbnych odmętów, a potem od czasu do czasu gościł tam także.


Denerwowała mnie niestabilność kształtu gazety. Rozmaite działy i działki a to pojawiały się, a to znikały (bardzo ubolewałem nad kasacją zakładki “Czy wiesz, że...” – czy też jak ona się tam nazywała – bo taki ciekawostkowy aspekt był naprawdę bardzo atrakcyjny i dość, na naszym ryneczku prasowym, oryginalny). Podobnie z dodatkami czy to na prawach kolorowych atrakcji o modzie/stylu czy wyodrębnionych wkładek (jak sport). A przyzwyczajenie to ważny walor dla stałego czytelnika. Jednym z niepożądanych efektów tego ciągłego grzebania w strukturze czy wręcz layoucie gazety była dezorientacja czytelników, ale i bałagan wewnątrzredakcyjny. Zdarzało się, że ukazywały się w dwóch miejscach dwie kompletnie różne recenzje z jednej książki (sic!).


Inna rzecz to publicystyka. Miałem wrażenie, że liczni publicyści gazety funkcjonują na prawach “świętych krów” i nikt im nie redaguje tekstów. A przydało by się ograniczyć narcyzm, autobiografizm, autotematyzm i przemądrzałość (Michalski, Zaremba), egzaltację (Jachowicz), wytknąć oczywistości (Karnowski), zachęcić do większej pracy intelektualnej (Miecznicka), ograniczyć mitomaństwo (Bielecki) itd.



Krótka była ławka zewnętrznych komentatorów i doszło w końcu do parodii, bo prof. Król zaczął komentować wszystko: od zjawisk życia społecznego, przez styl życia, po sport i kryminały (nb. wewnętrzny komentator Cezary Michalski też sprawiał wrażenie, że zna się na wszystkim, no może oprócz skautingu). W tym samym czasie w “Europie” Maciej Nowicki w felietonie o Noamie Chomsky’em pisał: “Richard Posner w swojej książce o public intellectuals twierdzi, że naukowiec, który osiągnął sukces w swojej dziedzinie, może użyć tego autorytetu, by pouczać ludzi w sprawach, w których jest absolutnym kretynem”. Prawda, że smakowite?



Pamiętam też, że irytowała mnie powtarzalność tematyki – kolejne artykuły Rafała Matyji (fatalne pióro!) o kształcie i przeobrażeniach polskiej prawicy oraz taktyce rządu etc., nijakie jak flaki z olejem dywagacje Jana Rokity. Dziwiłem się też trochę dość powszechnym komplementom pod adresem wspomnianej “Europy”, bo mnie wydawała się zbyt często zwyczajnie nudna. Może dlatego, że dominował tam wyraźny przechył w stronę politologii i filozofii polityki, a teksty przypominały nadzwyczaj często “piły” z łamów “Foreign Affairs” (a może były przedrukami stamtąd?).



No i wreszcie ten kompleks wobec “Gazety Wyborczej”, salonów decydenckich z lat 90., okrągłostołowego dziedzictwa. Ileż można o tym pisać!!! Ja rozumiem, gdzieś tam na początku, w tekstach założycielskich, ale żeby przez kolejne miesiące? Alternatywy wobec “wrogiego” medium nie czyni się deklaracjami, tylko praktyką.


Piszę to wszystko, bo żal mi “Dziennika” jako straconej szansy. Wspomagałem go piórem recenzyjnym i głosem w sprawach edukacyjnych. Linii politycznej często nie podzielałem. Ale podobało mi się, że obok “GW” i “RZ” pojawiły się jeszcze jedna łamy potencjalnie ubarwiające dyskurs publiczny.


I obawiam się teraz, że prominentne gazetowe postacie, które zrezygnowały w obliczu zapowiadanych przekształceń (np. Krasowski, Stremecka, Michalski), będą się starały przedstawić siebie w pozycji pokrzywdzonych.


Nie, szanowni państwo, po prostu spieprzyliście to własnymi rękami.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 05-06-2009  |   komentarze: (9)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl