Szukaj

Południk 21 - trailer

Porucznik Ordon popełnia samobójstwo

 

Większość z nas pamięta zapewne te mocne sceny malowane piórem w Reducie Ordona przez Adama Mickiewicza:

„Pociemniało mi w oczach – a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój jenerał.
On przez lunetę wspartą na moim ramieniu
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł: „Stracona”.(…)
Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest? – „Jenerale,
Czy go znam?... Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę – znajdę – dojrzę! – śród dymu się schował;
(…)
Widzę go znowu – widzę rękę – błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świcę,
Biorą go – zginął, – o nie, - skoczył w dół, - do lochów”,
„Dobrze – rzecze jenerał – nie odda im prochów”.
Tu blask, - dym, - chwila cicho – i huk jak ze stu gromów!”

Z porucznikiem Ordonem same kłopoty. Po pierwsze: jak miał na imię? Juliusz czy też Konstanty Julian, jak zaświadczają rodzinne dokumenty (ale nie metryka chrztu, która jest nieznana)? A on sam znów podpisywał się za życia: Julian Konstanty; w takiej też kolejności wyryto imiona na grobie na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, gdzie został pochowany.

Dalej – czy jako dowódca baterii artyleryjskiej nr 54, którą dowodził podczas obrony warszawskiej Woli przed nawałą carskich wojsk w powstaniu listopadowym, wysadził ją osobiście 6 września 1831 roku, grzebiąc tym samym około dwóch setek szturmujących redutę Rosjan, czy też eksplozja zgromadzonych pocisków i prochu miała charakter samoistny, bądź była efektem zbiegu rozmaitych bitewnych okoliczności? A może miała związek z ostrzałem nieprzyjacielskiej armii? A może tak naprawdę, jak twierdzą niektórzy z oficerów w swych pamiętnikach i relacjach, redutę wysadził kapitan piechoty Nowosielski, a Ordon z całych tych perypetii wyszedł żywy, tyle że mocno poparzony? Tego nie wiadomo. Sam Ordon we własnych relacjach i wypowiedziach nigdy nie rozstrzygnął ostatecznie tej zagadki.

Wiemy tyle, że wbrew przesłaniu mickiewiczowskiego poematu przeżył detonację własnej baterii i znalazł się w końcu na emigracji. Mieszkał w między innymi w Niemczech i Szkocji, w 1848 roku udał się do Mediolanu, bo chciał wstąpić do Legionu Mickiewicza (zniechęciła go do tego nieprzychylna reakcja innych ochotników).

Z samym Mickiewiczem spotkał się osobiście w 1855 roku w Burgas. Miał podejść do wieszcza i powiedzieć: „Jam jest porucznik Ordon, któregoś uśmiercił w swym wierszu”. Ale to też nie jest pewne do końca. Nie wiadomo także jak na to – czy rzeczywiście mające miejsce? – wyznanie zareagował autor Pana Tadeusza.

Pewnym jest, że Ordon popełnił samobójstwo we Florencji w roku 1887. Ale dlaczego? Znów motyw nie jest przejrzysty. Jedni twierdzą, że z powodu choroby, starości czy też depresji, inni – gdyż nie mógł znieść presji polskiego środowiska emigracyjnego. Gdziekolwiek się bowiem pojawił i przedstawiał – pytano go, czy nie jest krewnym tego słynnego oficera z powstania listopadowego. Gdy twierdził, że to on sam, we własnej osobie – reagowano z niedowierzaniem i… wyrzutem. Bo też jego domniemana śmierć została tak pięknie przez Mickiewicza opisana w wierszu. Ordon, który miał wysadzić armaty, stał się tym samym bohaterem narodowym, owym „patronem szańców”, świetnie wpisywał się w romantyczną koncepcję poświęcenia życia dla ojczyzny przez jednostkę. Ordon żywy zatem negował tę legendę i zaprzeczał sensom nader popularnego wiersza Adama Mickiewicza.

No i swoim życiem demitologizował własną osobę już mieszkającą, w wyobraźni rodaków, w zbiorowym panteonie zaludnionym przez herosów, którzy mieli świecić przykładem. Ordon żywy stanowił dewastację marzenia o bohaterze na wskroś romantycznym, w służbie Sprawy. To właśnie owo zdegustowanie rodaków, manifestowane ostentacyjnie i z pretensją, że ocalał i żyje, miało go podobno doprowadzić do samobójczej śmierci.

Ale dlaczego Adam Mickiewicz uśmiercił Ordona w swym poemacie? Z niewiedzy rzecz jasna. Wieszcz nie uczestniczył osobiście w powstaniu listopadowym. Dlaczego nie wziął w nim udziału, choć miał po temu sposobność? To też jedna z niewyjaśnionych ostatecznie do tej pory zagadek. Wciąż dyskutują o tym biografowie autora Dziadów i historycy literatury; hipotezy są różne i nie doczekaliśmy się, jak dotąd, przekonującego wyjaśnienia.

Szczegóły bitewnych zdarzeń powstania listopadowego poznawał więc Mickiewicz z drugiej ręki, z relacji świadków. Słuchał ich w Dreźnie, przez które wędrowali uciekinierzy z kraju, po klęsce powstania, by osiąść ostatecznie we Francji czy Anglii, i utworzyć Wielką Emigrację. O obronie Woli opowiedział Mickiewiczowi jego przyjaciel, zresztą też poeta, Stefan Garczyński, a na podstawie tej relacji powstała właśnie Reduta Ordona. Wieszcz był na tyle lojalny, że zaznaczył, iż jest to opowieść zasłyszana: nadał jej wszak podtytuł: Opowiadanie adiutanta, a całość ujął w cudzysłów.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-05-2016  |   komentarze: (0)

Poprawiane dzienniki

 
 
Dziennik osobisty pisarza (zwany też często dziennikiem intymnym) to taki gatunek literatury, w którym, wedle koncepcji francuskiego badacza Philippa Lejeune’a, nawiązany zostaje między autorem a czytelnikiem swoisty układ zwany „paktem autobiograficznym”. Zasadza się on, w dużym uproszczeniu, na tym, że pisarz stara się szczerze pisać prawdę, ujawnia swe wewnętrzne przemyślenia oraz szczegóły z życia - oddalając pokusę autocenzury oraz autokreacji, natomiast czytelnik przyjmuje – w dobrej wierze – że czytając, rzeczywiście obcuje z niesfałszowanym przekazem. Co więcej, dziennik, w przeciwieństwie do różnych innych typów literatury wspomnieniowej, pisanych z perspektywy czasu, tworzony jest na bieżąco, chwytając chwilę i często prowadzony regularnie, niemal z dnia na dzień.

Dlatego tak bardzo bulwersujące czytelników i wzbudzające ich emocje są przypadki, gdy sam autor lub jego spadkobiercy, przygotowując dziennik do druku, wykraczają poza zwyczajowe poprawianie ewidentnych usterek stylu, przejęzyczeń czy korekt faktograficznych i podrasowują tekst, wprowadzając rozmaite zmiany ingerujące w dawne zapiski, zmieniające ich istotę.

Jednym z najgłośniejszych tekstów, wokół którego wciąż trwają dość zażarte dyskusje o jego faktycznym kształcie, jest „Dziennik 54” Leopolda Tyrmanda. Autor, barwna i emblematyczna postać warszawskiej bohemy wczesnych lat powojennych, miał pisać go w pierwszych miesiącach roku 1954, gdy, po zamknięciu w 1953 roku „Tygodnika Powszechnego”, z którym współpracował, wegetował w stolicy klepiąc biedę i utrzymywał się z dorywczych prac literacko – redaktorskich.
Pierwsze wydanie „Dziennika 54” ukazało się w londyńskim wydawnictwie Polonia Book Fund - Tyrmand wtedy już od piętnastu lat przebywał na emigracji. We wstępie pisał: „niniejsza książka zawiera całość dziennika, nie naruszoną przez względy edytorskie, rozterki moralne, polityczne konieczności, towarzyskie koneksje.”

Tymczasem na okładce znajdowało się zdjęcie karty rękopisu, gdzie tekst był niezgodny z treścią książki w odpowiednim miejscu! Fakt ten zrodził podejrzenie, że Tyrmand drastycznie przerobił oryginalny rękopis dziennika już po wyjeździe z Polski w 1965 roku, a najbardziej radykalni w swych sądach komentatorzy twierdzili wręcz, że książka w całości powstała w USA, gdzie od 1966 jej autor mieszkał. Zwolennicy poglądu o „autofałszerstwie” wskazywali m.in. na obecność kalek z języka angielskiego, błędy stylu czy też rozmaite nieścisłości. Z tych ostatnich najchętniej przywoływany był przykład jednej z bohaterek, szesnastoletniej Bogny, oficjalnie korepetytantki Tyrmanda, a w istocie jego dwa razy młodszej kochanki. W rzeczywistości dziewczyna była sporo starsza i nazywała się Małgorzata lub Katarzyna.

Tadeusz Konwicki, wybitny polski prozaik, który zresztą postać Tyrmanda, oczywiście literacko przetworzoną, uczynił jednym z bohaterów własnej powieści „Wniebowstąpienie”, zwracał uwagę w kilku przeprowadzanych z nim wywiadach, że w wydaniu książkowym „Dziennika 54” pojawiają się omówienia zdarzeń czy faktów, o których autor, gdyby rzeczywiście pisał swój tekst w pierwszym kwartale 1954 roku, nie mógł zwyczajnie wiedzieć. Notabene wypada przypomnieć, że sam Konwicki pojawia się na kartach „Dziennika 54” jako postać negatywna – był wówczas literatem zaangażowanym politycznie po stronie komunistycznej władzy i piszącym utwory w duchu socrealistycznym.

Według Henryka Dasko, biografa autora „Dziennika 54”, liczne zmiany wobec rękopisu miały służyć pisarskiej autokreacji, pokazującej Tyrmanda jako niezłomnego, niezależnego twórcę o niezmiennych antykomunistycznych poglądach (tyle że w latach 50. ukrywanych). Ale jednocześnie na kartach książki refleksji czy analiz politycznych jest niewiele, Tyrmand koncentruje się na estetycznych koszmarach komunizmu, na bolączkach życia codziennego. Poza tym plotkuje, wyzłośliwia się, portretując rozmaitych uczestników życia kulturalnego w kraju w tamtych czasach – np. Zygmunta Kałużyńskiego – krytykuje także ówczesną modę czy styl życia i rozrywek. Dość powiedzieć, że w rękopisie znajduje się nawet umiarkowana pochwała Włodzimierza Ilicza Lenina, której nie znajdziemy już jednak w edycji książkowej.

Publikacja w 1999 roku „Dziennika 54” w wersji oryginalnej, w oparciu o notatki udostępnione przez ostatnią żonę Tyrmanda, Mary Ellen Fox, a przechowywane na Uniwersytecie Stanforda, potwierdziła tezę o daleko idących ingerencjach autora w swój oryginalny tekst, ale sporów, jak w związku z tym należy ów Tyrmandowy dziennik i wprowadzone przez autora przeróbki traktować, nie zamknęła.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-05-2016  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl