Szukaj

Południk 21 - trailer

Et in Utopia ego

 
Adam Zagajewski
Rogi obfitości

Smutno jest żyć bez utopii, mieć oczy
szeroko otwarte, za wcześnie rozumieć
to, co inni poznali dopiero po śmierci.
Żyć bez nadziei, stwarzając się
codziennie od nowa, bo Bóg był słaby
i stworzył nas niestworzonych,
połowicznie, w brulionie. A przecież
nie wiemy i nie będziemy nigdy
wiedzieli, dlaczego Kierkegaard
porzucił Reginę Olsen i kim byłby
Robespierre, gdyby dożył lat
siedemdziesięciu. Nie będziemy tego
wiedzieli, chociaż żyjemy tak,
jakbyśmy znali każdą tajemnicę,
nawet sekret pomarańczowego światła
i zagadkę lemingów. O zmierzchu
pod kwitnącymi akacjami przechodzą
żołnierze. Skrzypią skórzane buty.
Wozy z sianem, rogi obfitości, jadą na południe.
Głosy i milczenie, wszystko nas przerasta.



Kiedy Adam Zagajewski powiada w wierszu “Rogi obfitości”, że smutno żyć bez utopii, ma zapewne na myśli smutek przewidywalności, czyli nudę widzianego świata. Znaczy - świata bez tajemnicy, a tym samym – bez nadziei. A jakby nam było mało, doprecyzowuje tę tezę w innym jeszcze utworze: “Ruchome schody”.

Adam Zagajewski
Ruchome schody

Jak nieruchomo stoją na ruchomych schodach
posągi moich nieznajomych bliźnich
Jak wolno się wznoszą, bez wysiłku
i bez zmęczenia. Pod nami leży miasto,
którego nikt już nie zdobędzie,
bo dzisiaj nie oblega się murów.
Przeznaczenie chętnie kapituluje,
a zwycięzcy nie są gorsi od poprzedników.

Słońce zachodzi tak samo jak zawsze,
różowy krem dotyka horyzontu.
Ulice są otwarte jak puszki po piwie,
śpiewają tę samą pieśń, bez rozkazu.
Po co zdobywać miasta,
po co miotać kamienie i palić świątynie,
jeśli wystarczy szept i śmiech, pogarda.
Schody rosną jak las sosnowy.

Noc św. Bartłomieja może trwać kwadrans,
bez krwi – tylko odwaga wietrzeje powoli.
Patrzę na tłum, który jedzie w górę.
Tyle twarzy, tyle policzków,
tyle nadziei, oczekiwania, ręce splecione,
w tęczówkach wypłukanych oczu
światło krzyżuje się z cieniem.

Tyle twarzy, tyle dłoni
i tylko jedna wyobraźnia.
My, którzy wracamy, już wiemy:
w górze nikt na nas nie czeka.
Gołębie walczą o okruchy chleba,
jaskółki szybkimi hieroglifami
piszą list do pana prezydenta
a prezydent śmieje się jak wiatr.

To świat bez tajemnicy transcendentalnej, sprowadzony do wymiarów dających się objąć zmysłami. I świat duchowego wyjałowienia: “bez płomienia, bez nocy bezsennych, bez żaru/bez łez, bez wielkiej namiętności, bez przekonania,/tak będziemy żyli (“Sensa flash”). Bo “jeśli coś nam doskwiera – lecz nic nam nie doskwiera – to tylko pustka” (Squere d’Orleans”).
Podczas jednej z gali Paszportów Polityki uhonorowana laurem Maria Janion powiedziała, że to kapitalizm obdarł nas z marzeń.
Gdyby iść dalej tą drogą – i wziąć pod uwagę rozważania Daniela Bella (autora “The End of Ideology”), które po latach zwulgaryzuje (i wylansuje!) Francis Fukuyama w swojej teorii o końcu historii – to należało by winą (lub może raczej przyczyną?) za zmierzch myślenia utopijnego obarczać dwuistotową spółkę: demokracji z kapitalizmem. Na marginesie moglibyśmy co prawda dodać, że swoją rolę w uwiądzie utopijnego myślenia w czasach post-nowoczesnych odegrały też utopie wcielone, czyli antyutopie (nazistowska czy komunistyczna), ale w tym akurat wywodzie nie jest to kwestia prymarna.
Zaiste: kapitalizm i demokracja pozbawiają nas złudzeń, to znaczy wykastrowują z ideowości. W pewnym sensie Maria Janion ma zatem rację – w wolnym świecie wolnego rynku (choć, przyznajmy: ani ten świat taki wolny, ani ten rynek...) nie ma miejsca na marzenia z gatunku wielkich, nie ma miejsca na architekturę idei. Repertuar wcieleń świata jest ograniczony i – do pewnego stopnia – przewidywalny. Koniec wieku XX to świadectwo krachu myślenia rewolucyjnego, myślenia, do którego nie ma powrotu. Wolny rynek i demokracja (choćby i karłowate) zdają się nie mieć alternatywy. Nawet jeśli w ostatnich latach zawiódł nas system bankowy i okazało się, że liczni z nas żyli przez długi czas ponad stan. Korekty tego systemu są, czego doświadczamy na własnych skórach i czego efekty widzimy w naszych portfelach, są niezbędne, ale system sam z siebie nie skompromitował się aż tak bardzo.
Ponieważ jednak przestrzeń marzenia musi się nasycić i wypełnić, myślenie utopijne (cóż za rozmach w tych wielkich, niechby i chorych projektach całościowej organizacji życia społecznego!) zostaje zwolna zastąpione skarłowaciałą wersją utopii – to znaczy wizją arkadyjskiej refleksji.
O ile bowiem utopia planuje życie zbiorowe, arkadia stanowi projekt minimalistyczny: opisuje indywidualne bytowanie bez - troski. Arkadyjskość pozbawiona jest zakorzenienia w czasie konkretnym, linearnym (co najwyżej odwołuje się do czasu wytchnienia, będącego de facto swoistym bezczasem – jak choćby w trwaniu miłości w poezji Jana Andrzeja Morsztyna), tworzy też mitycznie odrealniony krajobraz (czyli ów “pejzaż arkadyjski”), wyposażony w rozmaite atrybuty (np. łagodny klimat, zieleń flory i obfitość fauny) - gdzie człowiek wiedzie życie wiecznie odpoczywając (tu: ważna też rola muzyki).
Wieczny doczesny odpoczynek jest zamiennią, analogonem „świętego spokoju”. W indywidualnej wizji arkadyjskiej nie ma społeczeństwa, gdyż jego organizacja natychmiast wprowadzałaby w obręb pojedynczego bytu pojęcie troski.
Wcieleniami arkadii hojnie szermuje język reklamy (zwłaszcza biur turystycznych!), uruchamiając świadomie naszą archetypową tęsknotę. Utopia zaś jest w komunikacji społecznej przezornie nieobecna, gdyż uruchamiałaby nasz archetypiczny niepokój. Po utopię wszak sięga każda wizja zaangażowanego politycznie przesłania. Dlatego i demokracja, i kapitalizm tak chętnie podsycają naszą potrzebę zamieszkania w arkadii, a wszelkie rewolucje tak chętnie odkurzają utopijne koncepcje. I stąd pewnie współczesna mała ich nośność w społeczeństwach europejskich, bo na lewicową frenezję polityczną nie ma obecnie zbyt wielkiego zapotrzebowania. Wartością nadrzędną zdaje się bowiem „syte trwanie”, a nie pokusa „zmiany”. Wszystkie ruchy oburzonych lub zniesmaczonych grami na Wall Street buchają z siłą słomianego płomienia i stanowią co najwyżej paliwo dla bieżącej publicystyki medialnej oraz kolejnych rozpraw akademickich mędrków od socjologii i ekonomii.
Wszelako napomnienie dla arkadyjskiej idylli stanowi słynny motyw świadomości przemijania, owo „et in Arcadia ego”. Te słowa szepcze śmierć i odbijają się one echem w uszach zamarłych – na moment – pasterzy. Porzuciliśmy marzenie o idealnym porządku społecznym (choć, jak się rzekło, po utopijne konteksty sięgają dziś choćby alterglobaliści czy też radykalni ekolodzy), została nam rozpaczliwie – i bez – nadziejnie - pielęgnowana idea indywidualnego szczęścia. Utopia wszakże skompromitowana została na przestrzeni wieków przez pokusę jej implementacji w rzeczywistości. Arkadyjskie marzenia są tym bardziej naiwnością, gdyż człowiek dokonał kilku odkryć, które naznaczają jego istnienie naturalną troską. Lustro buduje naszą świadomość, gdyż dostrzegając siebie, zaczynamy myśleć o własnym bycie jako o uprzedmiotowionym (a tym samym uwięzionym) podmiocie. Zegar bezlitośnie wskazuje na linearność czasu (a więc i przemijania), nie pozwalając na odbudowę idei wiecznego powrotu, która jest fundamentem mitu. Co raz wynalezione, nie da się wyrugować z przestrzeni świadomości. Nie porzucimy już lustra, ani nie zapomnimy o zegarze. A zatem nie zrezygnujemy już nigdy z samooglądu, który owocuje gorzko: autokrytycyzmem, autoironią – wreszcie – frustracją. W każdym wariancie domniemanego szczęścia znajdziemy uchybienia, wątpliwości, samouchybienia. Kraina szczęśliwości przynależy istotom bezrefleksyjnym, które nigdy nie natknęły się na frazę Koheleta: kto pomnaża poznanie, ten pomnaża cierpienie.
Arkadia, ta kieszonkowa, bezambicyjna utopia, nieodwołalnie należy do przestrzeni fantazji. Ale bez arkadii też smutno żyć...

(Tekst ukazał się jako felieton w numerze 5/2013 "Wiadomości Literackich")

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 24-05-2013  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl