Szukaj

Południk 21 - trailer

Uniwersytet Twórczości Literackiej?

Po reformach (likwidacyjnych) matury, czas zająć się reformami studiów wyższych.

Dziś tylko drobny, acz wydaje mi się, że istotny aspekt. Czy wiecie państwo, że w Polsce można zdobyć stopnie naukowe z twórczości np. filmowej, aktorskiej, fotograficznej, plastycznej (w tym z instalacji i performance’u), muzycznej, a może nawet i cyrkowej (tu nie daję głowy) – ale nie można z twórczości literackiej? Chyba że doktoraty honoris causa.

Jedyna droga dla twórców – to szeroko pojęte literaturoznawstwo. I tak mamy rozlicznych poetów i pisarzy profesorów i doktorów od literatury. Zachód w tej materii jest, albo raczej był – o czym za chwilę – bardziej elastyczny. Czesław Miłosz nauczał o literaturze, dzierżąc tytuł profesorski, legitymując się przy tym magisterium z prawa. No ale to się jednak zmieniło/zmienia. Ten sam poeta/profesor wspomina w którymś miejscu, że gdy zaproponował, odchodząc na emeryturę, Tomasa Venclovę na swoje miejsce, to już nie przeszło, bo ten nie miał doktoratu (który w końcu musiał zrobić, by zostać pełnoprawnym akademikiem).

Ale już Adam Zagajewski (też nie literaturoznawca z wykształcenia) naucza creative writing w Ameryce. Wcześniej na uniwersytecie stanowym w Houston (Texas), obecnie zaś na prestiżowym Chicago University (znanym skądinąd z „wyprodukowania” słynnej szkoły ekonomicznego myślenia).

Przy czym tamtejsze studia „twórczego pisania” składają się z dwóch elementów: wszechstronnego kształcenia filologiczno – kontekstowego (kultura, historia literatury, teoria, rozmaite konteksty) oraz elementu stricte artystycznego. Obrona Masters Degree (magisterium) może być obroną na przykład własnego tomiku poetyckiego, wzbogaconego o elementy refleksji teoretycznej czy filologiczno – kulturowej.

U nas nie do pomyślenia. A właściwie czemu? Czym różni się rzetelna artystycznie książka poetycka czy powieść od dyplomowej roli aktorskiej albo instalacji przestrzennej? Czemu mamy rozmaite szkoły artystyczne, a nie mamy ani jednej Wyższej Szkoły Twórczości Literackiej? I nie tylko nie edukujemy w tej materii (lukę zapełniają kursy na poziomie Domów Kultury – z całym szacunkiem dla tych instytucji – oraz, chyba jedyne w kraju, pomaturalne studium przy Uniwersytecie Jagiellońskim?), ale wręcz gruntujemy tezę, że tworzenie literatury to albo rodzaj hobby, albo odmiana amatorszczyzny? No i nie ma, jak się rzekło, żadnej ścieżki rozwoju naukowego w tej materii. A skoro nie ma tej ścieżki, to i kierunku edukacyjnego też być nie może. Kółko absurdu zamyka się w ten sposób.

Czy jesteśmy gotowi na powołanie Wyższej Szkoły Literatury, albo chociaż Akademii (bo już nie mówię, że od razu Uniwersytetu –np. im. Wisławy Szymborskiej)? A może chociaż wydziału przy funkcjonującej już placówce? No ale która by się na to zdobyła? Który uniwersytet? A może któraś Akademia Sztuk Pięknych (bo wszak literaturze patronują konkretne Muzy!). Jeden z kolegów, słysząc moje tezy, skomentował to tak, że jeśli już, to najwyżej jakaś Akademia czy Uniwersytet Medyczny (afiliacja przy psychiatrii – co tylko ilustruje pomieszanie pojęć).

Rzecz chyba – choć nie do końca wszak – w tym, że u nas, choć literatura tak podobno ważna jest – i historycznie, i kulturowo – nikt do niej w istocie poważnie nie podchodzi. Nie dostrzega się w niej rzemiosła, które samo w sobie jest Sztuką i opiera się na umiejętnościach i sprawności technicznej.  

Gdyby jednak przyszło do powołania jakiejś Wyższej Uczelni Literackiej, mam już gotowe kandydatury na stanowiska administracyjne. Dziekan(ka) Wydziału Prozy – Olga Tokarczuk; Poezji – rzeczony Adam Zagajewski, Dramatu – Tadeusz Słobodzianek; Eseju i Form Dyskursywnych – Andrzej Stasiuk; Krytyki Literackiej – Karol Maliszewski; Marketingu i Promocji Twórczości – Manuela Gretkowska (ewentualnie ktoś z wydawnictwa WAB na prawach wyjątku); Poetyki i Teorii Literackich – Jerzy Jarniewicz; Wydawnictwa Akademickie – Monika Sznajderman (na razie: Wydawnictwo Czarne); Rzecznik Uczelni – Michał Witkowski.

Kto Rektorem? Jakże by – sam Jerzy Pilch! Prorektor ds. kontaktów z zagranicą – Anders Bodegard, tłumacz i polonofil; Prorektor ds. rozwoju kadry naukowej – Piotr  Sommer – ten już by wszystkich nas przypilnował; Prorektor ds. programowych (tj. nauczania i kreatywnego myślenia) – Janusz Rudnicki (nikt nie miałby spokoju); Prorektor ds. administracyjnych – Adam Wiedemann (byłoby przynajmniej wesoło). Sam dla siebie rezerwowałbym natomiast skromne stanowisko Prorektora ds. studenckich. W końcu człowiek jest w tym wszystkim najważniejszy.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 10-05-2012  |   komentarze: (12)

Znieść maturę?

To nie jest bynajmniej pytanie retoryczne czy skandaliczne. Bo czym dziś jest matura? Rodzajem przepustki na wyższe studia. Tak to zostało pomyślane przed laty i tak to funkcjonuje – uczelnie wyższe klasyfikują swych przyszłych studentów właśnie poprzez analizę standaryzowanych wyników egzaminu dojrzałości.

Dlaczego zatem warto rozważyć ideę zniesienia matury (choćby na jakiś czas) lub też jej „ograniczenia”?

Pierwszy argument wynika z demografii. Wchodzimy w fazę głębokiego niżu, który trwać będzie ponad dekadę. „Odbicie” planowane jest na lata 2020 – 22, a i tak oznaczać to będzie jedynie powrót – mniej więcej – do sytuacji, jaką mamy w tej chwili. A może być oczywiście gorzej. Dla uczelni wyższych oznacza to okres kryzysu. W porównaniu do oferty studiów, studentów będzie po prostu za mało. Uczelnie, nie tylko niepubliczne, zaczną się bić o kandydatów i obniżać kryteria przyjęć. Ten proces zresztą już się zaczął. Prasa (konkretnie „Gazeta Wyborcza”) doniosła, że już w tej chwili trzy wydziały historyczne całkiem renomowanych uczelni (w tym UJ-tu) zniosły wymóg zdania matury z historii przy rekrutacji. To znaczy, że można będzie zostać studentem historii beż zdania egzaminu z tego przedmiotu na maturze! (Jednocześnie historycy z tych samych wydziałów dołączyli do protestu przeciwko – ich zdaniem – ograniczeniu nauczania historii w nowej podstawie programowej dla szkół ponadgimnazjalnych. Niezły przykład hipokryzji, co?).

Powtórzmy - w najbliższej przyszłości wydziały szkół wyższych zaczną rywalizować o studentów obniżając po prostu kryteria przyjęcia na studia. Wyobrażam to sobie tak, że nie trzeba będzie zdać polskiego na wysokim poziomie, żeby studiować polonistykę, a żeby studiować rozmaite inne kierunki – w ogóle nie trzeba się będzie legitymować przyzwoitym wynikiem egzaminu maturalnego z konkretnych kierunkowych przedmiotów.

Drugi argument wynika z oszczędności. Skoro uczelnie wyższe za chwilę ( pierwsze symptomy już się pojawiły, patrz wyżej) obniżą i zliberalizują oczekiwania kwalifikacyjne – więcej – same zaczną zapraszać studentów z „ledwie – zdaną – maturą”, to zniesienie lub ograniczenie matury przyniesie całkiem znaczącą redukcję kosztów. Zmniejszenie biurokratycznych molochów w postaci wojewódzkich komisji egzaminacyjnych - a także Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, wraz z jej tajemniczymi ekspertami, recenzentami i urzędnikami da konkretny, realny wynik.

Trzeci argument, nieco, przyznam,  humorystyczny – to wpisanie się likwidacją (lub ograniczeniem) matury w procesy deregulacji, tak hołubione przez funkcjonującą właśnie władzę wykonawczą. Bo po co komu egzamin, który wydaje się coraz mniej potrzebny?

Coraz więcej młodzieży wybiera szkoły zawodowe (technika), wierząc, że konkretny fach to jest to. Matura jest tu dodatkiem, ale niekoniecznym. Dyplom technika dziś wydaje się „twardszym” papierem niż świadectwo maturalne, a w każdym razie otwiera drzwi do zatrudnienia. Świadectwo maturalne natomiast, jak rzekłem, to tylko rodzaj promesy na wyższe wykształcenie. Obietnica obietnicy.

Argument czwarty: bez gilotyny maturalnej szkoły ponadgimnazjalne powinny uczyć lepiej – bez „przepychania” uczniów z klasy do klasy. Bowiem to nauczanie w szkole buduje podstawę wiedzy i umiejętności. Czy matura ją dziś sprawdza/weryfikuje? Nie bardzo. Brutalnie mówiąc – w tym kształcie, jak dzisiaj, można zdać maturę w ogóle do szkoły nie chodząc. Wystarczy doza oczytania i standardowej inteligencji. 

Szkoła nie będzie więc uczyć „do matury”. Będzie uczyć bardziej bezkompromisowo, a zarazem bardziej ogólnie i erudycyjnie, bo świadectwo ukończenia stanie się rodzajem glejtu, podpisanego przez konkretnych nauczyciela. Glejtu, zaświadczającego, że ich wychowankowie coś umieją.

Argument piąty: brak stresu i całego tego napięcia na początku każdego maja. Jeśli matura przestałaby funkcjonować, albo zaczęłaby funkcjonować w znacznie ograniczonym zakresie (np. – dla chętnych – z przedmiotów ścisłych), dalibyśmy sobie wreszcie spokój z tym ogólnonarodowym rozhukaniem psychologicznym, zupełnie nieuzasadnionym. Dzieciom i rodzicom bardzo by się to przydało.

Argument szósty: rozruszanie uczelni wyższych. Dziś są statyczne, jak tłuste transatlantyki -  sunące przez oceany - niezdolne do zrobienia gwałtownego manewru. Wyobraźmy sobie więc taką sytuację: nie ma matury, a w wyniku niżu demograficznego można się po prostu „zapisać na studia” (tylko na podstawie ukończenia szkoły ponadgimnazjalnej, która – to zakładamy – zaczyna uczyć lepiej, bo to nie matura weryfikuje poziom nauczania, tylko właśnie świadectwo maturalne danej, konkretnej placówki). Na uczelnię spada więc odpowiedzialność, by student odebrał właściwe wykształcenie (adekwatne np. do potrzeb rynku pracy). Uczelnie winny zatem wdrożyć nowy, bardziej elastyczny, program edukacyjny. Po pierwsze: niwelujący ewentualne różnice w wykształceniu studentów pierwszego roku (więc: kursy wyrównawcze, zajęcia ogólno humanistyczne, ogólno przyrodnicze, ogólno matematyczne itd.). Po drugie: bardziej selektywny (kto nie daje rady, trudno, będzie skreślany z listy studentów). Po trzecie: bardziej weryfikacyjny (licencjat i magisterium przestają być czystą formalnością, jak to często dzisiaj bywa).

Marzenie jeno?


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 05-05-2012  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl